Od kilkudziesięciu lat myśl Karola Gustawa Junga rzuca cień na moje życie. Ten cień ma trzy smugi. W pierwszej leżą koncepcje, które mnie kiedyś zafascynowały i porwały, lecz kiedy chciałem je pojąć i zgłębić, umykały memu zrozumieniu, pozostawiając osad wątpliwości; w drugiej skryły się rozważania o cieniu, w pewnej mierze trafne, lecz w ostatecznym rachunku złudne i niebezpieczne; w trzeciej zaś natrafiam dziś coraz częściej na przybrane w maskę nauki empirycznej wizje metafizyczne, których zaakceptować nie jestem w stanie. Ale zacznijmy od początku.
Junga poznałem, kiedy miałem niespełna dziewiętnaście lat i rozpoczynałem studia na Uniwersytecie Warszawskim. Poznałem go, rzecz jasna, nie osobiście, lecz za pośrednictwem Jerzego Prokopiuka. To pośrednictwo było na tyle sugestywne, że Jung zdał mi się patronem wszelkiej głębszej myśli i przewodnikiem w świecie prawdy. Jego wyrzeźbiona bruzdami mądrości twarz patrzała na mnie z okładek książek rozrzuconych w pokoju Jerzego. Raz na jakiś czas gromadziła się w tym pokoju niewielka grupa młodych ludzi, spragnionych prawdy o człowieku i świecie, odbiegającej od dostępnych wówczas w Polsce wzorców marksistowskiego, pozytywistycznego lub katolickiego myślenia. Grupa przyjęła nazwę „Temenos”, co przywodziło na myśl sprawy głębokie, święte i owiane tajemnicą. Wszak Temenos w starożytnej Grecji to odgrodzona od świata przestrzeń, w której znajdowała się poświęcona jednemu z bóstw świątynia. Rzeczy święte, choć wiedzieliśmy o nich tyle co nic, miały dla nas smak zakazanego owocu; garnęliśmy się do nich, choć traktowaliśmy je przede wszystkim poznawczo. Interesowało nas zjawisko religii w ludzkim świecie; wiele godzin zatem poświęciliśmy dyskusjom nad Złotą gałęzią Frazera, Szkicami z socjologii religii Wacha czy zbiorem uczonych tekstów religioznawczych wydanych pod redakcją Eliadego. Poza tym pociągały nas zjawiska tajemnicze i niewyjaśnione, podejmowaliśmy więc wyprawy w rejony parapsychologii, ezoteryki czy mistyki. Na dobrą jednak sprawę nikt – może poza Jerzym – nie miał pojęcia, dokąd te poszukiwania miały nas prowadzić. Kierowała nami naturalna dla młodych ludzi ciekawość i pragnienie dotarcia do prawdy, skrywanej – jak byliśmy przekonani – za oficjalną wykładnią nauki, ateizmu i wiary. Nic więc, co ludzkie, nie było nam obce i na początek przyszedł Jung. Mógł to być równie dobrze Freud czy Eliade, choć raczej nie Marks i nie Tomasz z Akwinu. A że Jerzy akurat Jungiem intensywnie się zajmował, wygłosił nam na jego temat aż sześć wykładów.
Prawdę powiedziawszy, niewiele z nich zrozumiałem. Nieświadomość zbiorowa, animus i anima, cień, persona, jaźń – te i inne Jungowskie pojęcia prawie nic mi nie mówiły; mój umysł, pozbawiony odpowiedniego przygotowania, nie był w stanie ich wchłonąć. Pobudzały jednak nienasyconą ciekawość i zawierały wspaniałą obietnicę. „Jeśli nas poznasz – zdawały się mówić – otrzymasz klucz do tajników ludzkiej duszy”. Któż nie odpowiedziałby na takie wezwanie? I oto Jung, ów „stary mędrzec” – jak Jerzy lubił o nim mówić – stał się dla mnie jeśli nie mistrzem, to przynajmniej nauczycielem; był przecież nie tylko uczonym psychologiem, był kimś, kto wiele przemyślał i doświadczył. Nie miałem wątpliwości, że potrafi mnie wprowadzić w prawdziwą w mądrość. Zajmował się nie tylko psychopatologią człowieka i leczeniem duszy, wnikał w istotę męskości i kobiecości, interesowały go prastare ludzkie symbole i mity, pasjonowała go alchemia i gnoza, bardzo wiele uwagi poświęcał religii. Nie był wprawdzie człowiekiem wierzącym w konwencjonalnym sensie tego słowa i nie należał do żadnego Kościoła. Mniemanie o współczesnym chrześcijaństwie miał bardzo złe; uważał, że jego źródła niemal całkowicie wyschły na skutek jednostronnego rozwoju racjonalnych władz człowieka. Ale na pytanie, czy wierzy w Boga, odpowiadał, uśmiechając się tajemniczo: „Nie, nie wierzę, ja po prostu wiem”.
Nie mogłem pojąć tego wyznania; pewność istnienia Boga oparta nie na wierze, lecz na wiedzy szokowała mnie i wprowadzała w poznawczy zamęt; bardziej kojarzyła mi się z zarozumiałą teologią niż z badawczą postawą psychologa, której przedstawicielem i orędownikiem mienił się Jung. Moje skojarzenie było oczywiście niemądre i zawieszone w próżni; o teologii nie miałem wówczas żadnego pojęcia; kierowałem się przesądami właściwymi młodemu człowiekowi wychowanemu w rodzinie agnostycznej, wyznającej tak zwany światopogląd naukowy. Kiedy napotykałem na słowo teologia, ogarniało mnie niepomierne zdumienie. „Jak to możliwe – zadawałem sobie pytanie – by inteligentni ludzie – przez setki lat poświęcali tyle czasu i energii na zupełnie jałowe rozważania?” Od teologii, włącznie ze św. Tomaszem, na którego trafiłem w krótkich opracowaniach, wiało śmiertelną nudą. Zwłaszcza że wydawała mi się przeniknięta racjonalnym myśleniem, które w moim przekonaniu było powierzchowne i płytkie i nie prowadziło do nikąd. Miałem go szczerze dosyć, a że byłem młody i niecierpliwy, sądziłem, że można je po prostu odrzucić. Dlatego tak bardzo porwał mnie Jung. Jego psychologia, zwana przecież „psychologią głębi”, otwierała rzeczywistość ukrytą pod powierzchnią nie tylko życia, lecz również intelektu.
W owym czasie zaczynał już pękać mój „naukowy światopogląd”. Dostrzegłem w nim luki, niedopowiedzenia i umysłową łatwiznę; ze śmiechem przyjmowałem jego żałosne roszczenia do posiadania prawdy. Miałem się za poszukiwacza i za wszelką cenę chciałem zachować intelektualną otwartość. Toteż analogiczne roszczenia wysuwane przez katolicki Kościół napawały mnie zgrozą. Niemniej pociągała mnie i interesowała religia, zrazu zapewne tylko z przekory. Powoli dusiłem się w rodzinnym klimacie „światopoglądu naukowego”, czułem się zniewolony panującym w świecie uniwersyteckim oficjalnym pozytywizmem, zwłaszcza że przychodziła mu w sukurs prymitywna i wzmocniona autorytetem partii marksistowsko-leninowska, pożal się Boże, „interpretacja świata”. Jej nachalny redukcjonizm, emanacja „jedynie słusznej filozofii”, wprawiał mnie w obrzydzenie, a intelektualny smród, który z niej dolatywał, nakazywał natychmiastową ucieczkę. Wówczas pojawił się Jung – ani teolog, ani naukowiec spod znaku szkiełka i oka, lecz wielce uczony psycholog, oddany empirycznym badaniom przeciwnik metafizyki. I ten niewierzący przecież człowiek religię traktował z najwyższą powagą. Nie tylko nie redukował jej do nerwicy, jak niegdysiejszy jego mistrz Zygmunt Freud, lecz dostrzegał i doceniał jej realność. Ba, uważał nawet, że duchowy kryzys naszych czasów wynika z niedoboru autentycznej religijności w świecie zachodniej kultury. Stwierdzał, że większość jego pacjentów cierpi na duchową pustkę i zanik sensu.
Jung nie tylko doceniał religię i dostrzegał jej ogromne znaczenie w procesie terapeutycznym. Interesował się również, a nawet pasjonował wszelkimi jej przejawami. Tropił mity i symbole religijne w snach swoich pacjentów, w baśniach, legendach i wierzeniach różnych kultur i czasów. W symbolicznych i mitycznych obrazach widział przejawy nieświadomości zbiorowej, która stała się jednym z fundamentalnych pojęć nie tylko jego psychologii, ale całego jego myślenia. W postawie religijnej człowieka szukał klucza do jego zdrowia psychicznego. Czy zatem trudno się dziwić, że Jung mnie porwał i uwiódł? Porwał mnie właśnie wtedy, na początku lat sześćdziesiątych, kiedy w oficjalnej nauce – poza marksizmem oczywiście – prym wiodło myślenie scjentystyczne, wsparte najwyżej reizmem Tadeusza Kotarbińskiego, katolicka zaś strona nie miała mnie, niedowiarkowi, nic ciekawego do zaoferowania. Dopiero jakiś czas później znalazłem wydane przez „Bibliotekę Więzi” Wprowadzenie do egzystencjalizmów Emmanuela Mouniera. Była to chyba pierwsza książka katolickiego myśliciela, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie; przeczytałem ją z prawdziwym przejęciem, wiele z niej przyjąłem i później nieraz do niej wracałem. Choć myśl Mouniera już od lat pozostaje poza zasięgiem moich zainteresowań, do tamtej książki zachowałem niemały sentyment; zapoczątkowała bowiem moją drogę do wiary i moją – jeśli wolno mi tak powiedzieć – formację chrześcijańską. Wspominam zaś o niej dlatego, że bez Junga jej lektura nie doszłaby pewnie do skutku. By poważnie zainteresować się wiarą, trzeba było inspiracji Junga; nie wystarczała ani przekora, ani bunt przeciw „naukowemu światopoglądowi”.
Będąc kiedyś za granicą, kupiłem niewielką książeczkę Junga pod tytułem Psychology and Religion, zawierającą trzy wykłady wygłoszone na uniwersytecie w Yale. Na okładce pochylona twarz autora, w drucianych okularach na wydatnym nosie, skupiona i zamyślona. Oczu wprawdzie nie widać, ale uwagę przykuwa znamionujące inteligencję wysokie czoło. Długo wpatrywałem się w tę okładkę i w tę twarz sfotografowaną na czarnym tle, dobrotliwą i mądrą. Postawiłem książkę na półce i nieraz po nią sięgałem, ale na lekturę zrazu nie potrafiłem się zdobyć. Te wykłady robiły wrażenie trudnych. Ich tytuły otwierały wprawdzie nowe i pasjonujące światy, ale pełne przeszkód i nieskończone. Próba ich zgłębienia na pewno wymagała wielkich wysiłków i dalszych, pasjonujących wprawdzie, lecz żmudnych studiów. Bo czyż łatwo wchłonąć na czterdziestu niewielkich stronach sens „autonomii nieświadomego umysłu”? Czy bez większego trudu można pojąć, na czym polega różnica między „dogmatem a naturalnym symbolem”? A „historia i psychologia naturalnego symbolu”? Co to takiego? W końcu książkę przeczytałem. Wywarła na mnie wielkie wrażenie, ale daleki byłem od jej pełnego zrozumienia. Wiedziałem tylko, że myśl Junga pojąć trzeba i warto; czułem, że podążając za nią, dojdę do zrozumienia religii i człowieka.
Czytałem więc dalej, czytałem inne książki samego Junga i opracowania jego myśli. Wgłębiałem się w jego koncepcje, choć nigdy gruntownie i systematycznie; byłem młody i interesowałem się wieloma innymi rzeczami, byłem perfekcjonistą i by zrozumieć Junga, chciałem najpierw zrozumieć Freuda, a potem innych przedstawicieli psychologii głębi czy psychologii humanistycznej. Czytałem więc samego Freuda i Adlera, czytałem Ericha Fromma i Ronalda Lainga. Do Junga zawsze wracałem, choć nieraz po wielu miesiącach, a nawet po latach. Na ogół jednak lektura jego pism pozostawiała mi pewien niedosyt. Często nie rozumiałem jego intuicyjnych i symbolicznych wywodów, trudno mi było podążać za ich tokiem, nieraz pozbawionym szczebli racjonalnego procesu myślenia. Nie rozumiałem również samych jego koncepcji. Przyciągały mnie i zarazem odpychały. Dlaczego – nie wiem dobrze. Być może czułem, że ich głębia była pozorna, skryta w gąszczu fantasmagorycznych wizji i spekulacji. Fascynowały mnie te wizje i porywały, lecz nie mogłem oprzeć się niejasnemu wrażeniu, że mimo wszystko nie dotykają istoty rzeczy. Gdzieś w głębi mojej duszy natrafiały na opór. Lecz opór nie był ani skrystalizowany, ani nawet świadomy, toteż mogłem go łatwo zlekceważyć i brnąć dalej. Brnąć, czując wyzwanie niepokojących pytań; nie umiałem na nie odpowiedzieć, ale świadomości cienia skrywającego myśl Junga nie byłem już w stanie przed sobą ukryć. Dziś, kiedy patrzę na niego dużo bardziej krytycznie, zwłaszcza na jego „metafizykę”, powoli domyślam się, co mi w nim przeszkadzało. Wtedy jednak dawałem mu całkowity kredyt zaufania, przekonany, że cień, który powstaje w obcowaniu z tą myślą, jest tylko wynikiem mojego nieuctwa. Większość jego koncepcji przyjmowałem z niekłamanym entuzjazmem, zakładając, że białe plamy wypełnią się w toku dalszych poszukiwań.
Szczególnie przyciągała mnie i ożywiała Jungowska idea indywiduacji, czyli takiej przemiany jednostki ludzkiej, która prowadzi do jedności przeciwieństw, psychicznej równowagi i pełni człowieczeństwa. Musiałem nosić w sobie choćby nieuświadomioną nadzieję, że przeoranie myśli Junga, tak gruntowne, że pozwoli na wyjście ze sfery intelektu i doznanie głębokiego przeżycia, doprowadzi mnie do indywiduacji. Jestem przekonany, że podobną nadzieję żywiło bardzo wielu moich rówieśników, jeśli nie w Polsce, gdzie Jung był jeszcze prawie nieznany, to na zachodzie Europy i w Ameryce, gdzie – jak się miałem za kilka lat przekonać – jego myśl i jego osoba święciła triumfalny pochód wśród pokolenia kontrkultury. Ludzie zrazu pragną przemiany swojego życia, któż bowiem jest naprawdę szczęśliwy, któż jest pogodzony z bólem i cierpieniem czy choćby „niewygodą” ludzkiej egzystencji? Większość jednak, kiedy upłynie już młodość, zastępuje to pragnienie rezygnacją, czasem pełną goryczy i gniewu, czasem spokojną, lecz podszytą smutkiem. Kiedyś przemianę oferowała religia, od kilku jednak stuleci, przynajmniej w obrębie kultury zachodniej, człowiek chce przemieniać świat i siebie przy pomocy nauki, techniki lub inżynierii społecznej aż po rewolucję. Dziś jednak rewolucjonistów jest w Europie i Ameryce niewielu; w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat rewolucja straciła nimb świętości i tylko zajadłym fanatykom wydaje się moralnie czysta. Wyszły na jaw popełniane w jej imieniu zbrodnie, a czynione przez nią spustoszenie częściej już budzi odrazę i lęk niż entuzjazm.
Pokolenie kontrkultury pragnęło wprawdzie przemiany całego świata, ale do rewolucyjnego zbrojnego czynu na ogół nie było mu spieszno.
Ludzie, którzy wchodzili w dorosłość w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, byli często przekonani, że chcąc przemienić świat, trzeba najpierw przemienić człowieka. Dlatego tak chętnie zwracali się ku medytacji, mistyce i orientalnej duchowości. Przemianie miały również służyć narkotyki, naturalne lub sztuczne substancje, których zażycie powodowało „rozszerzenie świadomości”. Te wszystkie praktyki na ogół zatrzymywały się na powierzchni życia i łatwo się degenerowały. Z medytacji i duchowości brano spektakularne zjawiska, pomijając ich religijny kontekst i odrzucając wiarę; narkotyczne eksperymenty przeradzały się w sztukę dla sztuki, której patronowali bogowie czystej rozkoszy. Ludzie pokolenia kontrkultury często okazywali się nieodpowiedzialni, zapatrzeni w siebie i niedojrzali. Lecz przemiana świadomości, choć wątpliwej próby, stanowiła ich pomysł na życie. W ten właśnie pomysł znakomicie wpisywał się Jung i jego koncepcja indywiduacji. Oferowała przemianę, otwierała drogę prowadzącą do pełni człowieczeństwa i realizacji całego ludzkiego potencjału. Nie miała nic wspólnego z religijną tradycją chrześcijaństwa czy judaizmu, które w oczach i Junga, i pokolenia kontrkultury nieodwołalnie zbankrutowały. Była naukowa – przynajmniej w swoich roszczeniach – lecz wolna od rygorystycznie scjentystycznej postawy reprezentowanej choćby przez Freuda. Była empiryczna, lecz daleka od determinizmu; była wynikiem psychologicznych badań i odżegnywała się od metafizyki lub teologii. Nie zatrzymywała się na życiu seksualnym, lecz obejmowała całe ludzkie doświadczenie, włącznie z mitami, symbolami i zjawiskami paranormalnymi. Była wezwaniem do wolności; w procesie indywiduacji człowiek przecież nie służy żadnemu Bogu, lecz sobie. Słowem, była skrojona na potrzeby zeświecczonego, pozbawionego duchowej busoli pokolenia, złaknionego przemiany i duchowej realizacji, lecz nieufnego wobec religii i wiary. Religijna tradycja oparta na wierze i służbie Bogu budziła nie tylko jego niechęć, lecz szyderstwo. Kiedy na samym początku lat siedemdziesiątych znalazłem się na emigracji, pewien znajomy Amerykanin, długowłosy i bosonogi, powiedział mi z błyskiem w oku: „Jung jest najbardziej psychodelicznym myślicielem wszechczasów”. Spojrzałem na niego zdumiony. Nie pasowało mi to określenie do człowieka, którego nazwisko wymienialiśmy w Polsce pełnym szacunku szeptem i którego Dzieła zebrane, długi rząd opasłych brązowych tomów, oglądałem z zapartym tchem w jednej z londyńskich księgarń. Jung wydawał mi się trudny, elitarny i niedostępny długowłosej braci. Nie miałem racji. Myśl Junga nie była wprawdzie łatwa i mało kto spośród złotej psychodelicznej młodzieży przeczytał i zrozumiał kilkanaście tomów jego dzieł. Ale w swoim wymiarze parareligijnym była młodym, zbuntowanym ludziom dostępna i nie budziła wątpliwości; trafiała do ich dusz niczym objawienie, pobudzając entuzjazm i zachwyt. Nie podzielałem tego zachwytu, choć podzielałem entuzjazm. Koncepcja indywiduacji wydawała mi się ze wszech miar sensowna, lecz by ją przyjąć, by w nią „uwierzyć”, potrzebowałem dużo więcej czasu i namysłu. Tymczasem odłożyłem ją na półkę i nie zaprzątałem sobie nią głowy. Była otwartą możliwością, do której chciałem kiedyś wrócić. Musiało minąć wiele lat, musiało na moim umysłowym horyzoncie pojawić się wiele innych myśli, musiałem też wiele przeżyć, by nadszedł czas na namysł, który zaowocował przewartościowaniem wartości niejednej Jungowskiej koncepcji. Ale o tym za chwilę. Tymczasem słów kilka o moim wielkim długu wdzięczności wobec Junga, nauczył mnie bowiem bardzo wiele. Najpierw wyprowadził mnie z wiary w nauki ścisłe, którym odtąd z radością odmawiałem prawa do bycia jedynym źródłem poznania i wiedzy. Jung wprawdzie mienił się tylko uczonym psychologiem, który rygorystycznie trzyma się sfery empirycznej, wiele jednak wskazuje na to, że taką postawę dyktowało mu nie tyle wewnętrzne przekonanie, co roztropność. Wiedział, że chcąc zyskać uwagę i posłuch ludzi, nie może przedstawiać się jako mistyk, gnostyk czy wizjoner, musi wystąpić jako naukowiec. Ta taktyka niewątpliwie przyniosła sukces; agnostycy i ateiści, którym nie wystarczał światopogląd naukowy, otwarci byli na impulsy religijne, byle nie miały nic wspólnego z teologią i Kościołem. Toteż rozważania Junga były dla nich szczególnie atrakcyjne. Od zorganizowanej religii trzymały się z dala, nie redukowały ludzkiej wiary do biologii czy socjologii i nie były po prostu jej beznamiętnym opisem. Nie były wyznawcze, lecz również nie były czysto poznawcze; Jung przecież niemal na każdym kroku wartościował religię; aż nadto wyraźnie dawał do zrozumienia, że zajmuje ona centralne miejsce w doświadczeniu człowieka, jest mu potrzebna do psychicznego zdrowia i autentycznego życia. Religia była w jego myśleniu snopem jasnego światła, nie plamą ciemności, w której dominuje ignorancja i pleni się zabobon. Jako psycholog z łatwością omijał nierozwiązalny problem dowodów na istnienie Boga, cały nacisk kładąc na ludzkie doświadczenie. Czytając Junga, nie stałem się automatycznie człowiekiem religijnym czy wierzącym; nie mogłem już jednak religii ani odrzucać, ani lekceważyć. Ba, zainspirowany wskazaniami „starego mędrca” postanowiłem ją jeśli nie zgłębić, to przynajmniej lepiej poznać. Błądziłem oczywiście po omacku. Panpsychizm Junga, uporczywie obstającego przy przekonaniu, że cały byt ma naturę psychiczną, nie ułatwiał mi rozstrzygnięcia, czy Bóg istnieje. Stary mędrzec wydawał się „puszczać oko” do czytelników i uczestników swoich seminariów, już to utożsamiając Boga z nieświadomością kolektywną, już to swoim stwierdzeniom zaprzeczając. Mówił wtedy, że nieświadomość jest tylko sferą, z której życie religijne człowieka wypływa. On „wiedział”, że Bóg jest, ja nie wiedziałem; on był z nim za pan brat, ja go tylko szukałem i wcale nie byłem pewien, czy istnieje naprawdę i obiektywnie, w niebiosach i niedosiężnych zaświatach, czy tylko w ludzkiej psyche. Doznałem jednak „religijnego ukąszenia” i wyruszyłem w wędrówkę ku światu mitów, symboli i tajemniczych archetypów żyjących w głębinach naszej duszy. Towarzyszyły mi marzenia senne, czasem inspirujące i piękne, na ogół jednak trywialne i proste, tylko z rzadka ocierające się o numinosum czy tremendum, których Jung wydawał się doświadczać niemal każdej nocy. Zazdrościłem mu. Przejęty też bardzo byłem jego przekonaniem, że neuroza, która w tych czasach staje się udziałem większości ludzi w naszym kręgu cywilizacyjnym, nie jest po prostu chorobą, którą trzeba zwalczać jak grypę czy zapalenie płuc, ale przeznaczeniem i życiowym zadaniem człowieka. Neuroza jest zgoła potrzebna, by uporawszy się z nią, wznieść się na wyższy poziom psychicznej integracji. To mi się podobało. Na horyzoncie majaczyła upragniona pełnia, do której prowadził proces indywiduacji. Jak konkretnie miałem dojść do owej pełni, oczywiście nie miałem pojęcia, ale ta niewiedza nie spędzała mi snu z powiek. Cieszyłem się, że pozostawiłem za sobą naukową dogmatykę, nudny i ciasny racjonalizm czy paraliżujący wyobraźnię sceptycyzm, który każde stwierdzenie poprzedza pytaniem o jego prawomocność. Do pełni było mi wprawdzie daleko, ale otworzył się przede mną nowy świat, pełniejszy, bogatszy i głębszy. Był to świat ludzkiej duszy, świadomej i nieświadomej, był to również świat religii, mitów i duchowych nauk, które wymykały się wprawdzie mojej wierze, ale kusiły poznaniem. Nieraz ogarniały mnie wątpliwości; nie do końca zrozumiałe koncepcje kładły się cieniem na mojej spragnionej prawdy młodzieńczej duszy, ale podążałem dalej. Wędrówkę utrudniały niejasne i pokrętne myśli Junga, ułatwiała zaś jego osobowość przebijająca się przez trudne wywody i zdania. Choć go osobiście nie znałem, czytając książki oraz słuchając wykładów i relacji Jerzego Prokopiuka, miałem wrażenie, że obcuję z duchem „starego mędrca” lub przynajmniej z jego częściową emanacją. Kiedy więc później natrafiłem na króciutki portret Junga skreślony przez Eliadego, poczułem znajomy mi klimat. „Po pół godzinie rozmowy – mówi Eliade w Próbie labiryntu – miałem wrażenie, że słucham chińskiego mędrca lub starego wieśniaka ze wschodniej Europy, zakorzenionego jeszcze mocno w Ziemi-matce, a jednocześnie żyjącego blisko Nieba. Byłem zafascynowany prostotą jego sposobu bycia, jego spontanicznością, erudycją i humorem” . Ja też byłem zafascynowany, choć nie prostotą, ale głębią myśli, szerokością horyzontów i mądrością, która zdawała się obejmować ziemię i niebo. Niemniej od czasów „Temenosu” i zachłyśnięcia się Jungiem wracałem do niego dość rzadko. Pozostał jednak trwale w mojej świadomości (a może nawet nieświadomości), był znakiem i patronem wędrówki, którą prędzej czy później chciałem podjąć. Był również intelektualnym układem odniesienia. Za każdym razem gdy zaglądałem do nowej i ciekawej książki, sprawdzałem, czy Carl Gustaw Jung wymieniony jest w indeksie. Jeśli był, książkę uznawałem za godną uwagi. Tymczasem nie miałem szczególnej ochoty zagłębiać się w jego mitografię czy symbolologię; nadal wydawały się trudne. Wolałem Eliadego, Campbella czy Gravesa. Pisząc pracę doktorską, miałem do czynienia z bogatym materiałem mitologiczno-symbolicznym i dużo musiałem na ten temat przeczytać. Jung jednak nie wydawał mi się szczególnie pomocny. Poza tym zaczęły się już lektury książek w ściślejszym rozumieniu słowa religijnych i teologicznych. Fascynowało mnie przede wszystkim chrześcijaństwo, ale interesowałem się również judaizmem, islamem i buddyzmem. Tu też Jung nie wydawał się szczególnie przydatny. A jego rozważań czy teorii czysto psychologicznych czy psychoterapeutycznych po…