Jeszcze pogrzeb R. K.
Cisza w kościele Świętego Krzyża. Dźwięk skrzypiec tylko ją podkreśla, nie napełnia kościoła, unosi się, jak wątły dymek kadzidła. Stąpania, szmery. Nawet grzechot żołnierskich butów wytłumiony. Warta honorowa dyskretnie zajmuje swoje miejsce.
Przez cały czas bardzo dużo ciszy, chociaż jest i śpiew i mówią ci i tamci. Ale cisza wraca. Dziś każde ze słów wypowiadanych i wspominanych ma swoją otoczkę ciszy.
*
Czytanie z Apokalipsy (Ap 5). Zawsze tajemnicze. Inny rodzaj przywoływania tego, w co mamy wierzyć.
Dziś, tutaj, nie przypadkiem przywołany ból z powodu niedostępności Księgi – ukazującej się jako zwój z obu stron zapisany i spięty pieczęciami. Jakaż to pieśń o ludzkiej niewystarczalności. Oczu nawet nie możemy podnieść na to, co rzeczywiście istotne. Póki te pieczęcie nie złamane, na nic wszystkie inne zwoje i księgi, na nic niebosiężne wieże biblioteczne i zbiory wszystkich możliwych układów słów.
Trzeba wysłuchać tekstu do końca. Wtedy pocieszenie: ze Zwycięstwa, które tamten zwój otwarło, płynie już światło na zapisane przez nas strony, odbija się w literach spod naszych rąk i tych wybijanych z naszego polecenia.
Wiosna
Zima w tym roku późna, krótka, małośnieżna. Jakby się nam już ocieplił klimat, przynajmniej prowizorycznie. Królowa Śniegu zajęta czym innym, może wpatruje się w swój odłamek diabelskiego lustra i wreszcie zdaje sobie sprawę ze swej brzydoty. Czy może raczej z kruchości swojej urody znikającej, gdy wkracza w świat miejski?
Szaro, ale jakby mniej śmiecia na trawnikach, wiatr gdzieś zagnał to, co już dawno wyszło spod śniegu i wyschło.
Wiosna w ptakach. Marcowa, szaropióra z bystrym oczkiem, uwija się wśród bezlistnych gałązek.
Odżegnuję się od personifikowania idei, na przykład „ojczyzny”. Personifikacja prowadzi gdzieś w stronę pogaństwa. Szczęśliwie nie ma ideologii wiosny. Wiosna jest zwyczajnie z bajki. To magiczna osoba, w której jawi się czysta „wiosenność”. Wcale nie koniecznie młoda. Wiosna i Marzanna to równolatki, tyle, że inny wiatr, inny zapach od nich wieje.
Sen
Rozległy pawilon pod wysokimi drzewami, połacie mokrych zielonych trawników. Nie teatr, raczej sala koncertowa lub świecki dom przedpogrzebowy (bez katafalku jednak). Plakat zapowiada spotkanie z profesorem Leszkiem Kołakowskim (po angielsku, choć to w Polsce jesteśmy). W rzędach krzeseł niezbyt wiele osób, siedzą grupkami. Zielona kurtyna, drewniana mównica z mikrofonem. Profesor trochę za wysoki, pochyla się, mówi, krótko, energicznie. Chcielibyście wiedzieć, o czym, co twierdził. Ale się nie zarejestrowało. Tylko same charakterystyczne kadencje. Wdaję się z nim w dyskusję, najpierw też po angielsku, potem już po polsku, staramy się coś sobie wzajemnie uświadomić. Rzecz dziwna: Profesor trwa przy katedrze, ja wciąż zmieniam miejsce na sali, siadam bliżej, dalej, po prawej, po lewej. Wreszcie biegnę schodkami na galerię. Stoję tam obok Ani Dymnej, ponad salą rzucam Profesorowi jakąś ripostę i nagle już po wszystkim, koniec krótkiego spotkania, Profesor znika, sala pustoszeje. Zostajemy z jakimiś strzępami myśli, diagnoz, a katastrofa się zbliża. Ania dokądś się śpieszy, musi tam być już zaraz, staram się za nią nadążyć przez gęstniejący fioletowy zmrok, bo ja też chcę być tam właśnie, dokąd ona się śpieszy.
Zapis z powstającego blogu (1)
Gniewam się na E., która tak sobie coś bąka o bezsensie życia. To jest jak zabawa rtęcią. Wyobraźnia wyświetla obraz, sylwetkę dziewczynki, która tylko co powiesiła się na drzewie nad rowem pełnym wiosennej zielenizny.
Szatan siewca rozpaczy.
Ale i my nieobecni obok tych, których trzeba bronić. Nie zawsze to proste, nie zawsze jest kogo winić. Ale na pewno brak w powietrzu ulotnych radosnych świadectw odkrywanego sensu, dobra, wierności, różnych zwycięstw przecież wciąż przez kogoś odnoszonych.
Kochana E., śpiewaj o swoim szczęściu, wiem, że je masz.
Inna nauka od E. z jej opowiadania na spotkaniu Wirydarza. Gdzieś na Zachodzie, chyba w Stanach, E. wciąż była brana za Rosjankę. Nie chciano jej wierzyć, że nawet po rosyjsku nie umie. Co w tym złego? To, że każdy (no, może prawie każdy) chce być tym, kim się czuje i sam to definiować. A więc: nie uzurpować sobie prawa do jakiejś własnej lepszej wiedzy, kim są inni. Idzie „ten inny”, jak w eseju Kapuścińskiego, wchodzi w moje życie i sam powie, kim jest. A ja będę badać, co to konkretnie znaczy.
Wejrzenie, podejrzenieJeden z moich ulubionych epizodów ewangelicznych (J 1, 38-1,50). Jezus wybiera sobie najbliższych uczniów, świadków, siewców swego Królestwa. Wybiera – czy raczej bierze, przybiera, bo nie dowiadujemy się nic o jakichś sprawdzianach, próbach. Jest jednak ktoś, kto nie zostaje przybrany. To biegły w prawie, który twierdzi, że chciałby iść za Jezusem, gdziekolwiek On się uda… Słyszy odpowiedź poruszającą: ten Nauczyciel nie ma gdzie głowy skłonić. Kandydat na ucznia mógłby mimo to pójść za nim, ruszyć na świętą włóczęgę. Ale chyba tego nie zrobił. Nie dostał zachęty (Mt 8,20). Ktoś inny, młody człowiek uwikłany w to, co posiada, otrzymał zachętę, ale sam zrezygnował (Mt 19,20-22). Ale wróćmy do Natanaela. Skierowane do niego zaproszenie wydaje mi się szczególnie piękne. Jest znakiem i objawieniem, że wejrzenie Jezusa wnika we wnętrze człowieka. Tak było z Natanaelem. Nie wiemy, co przeżywał, jakiej pracy dokonywał w sobie, siedząc pod drzewem. Czy chronił się pod baldachimem skórzastych liści przed nagłym deszczem czy przed upałem? Jezus przypomina mu o tej chwili. Musiała być ważna, taka, że nie utonęła…