Subskrybuj
(1911-1983) - polska pisarka, autorka powieści historycznych. Wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika Znak.

Czyste mieszkanie

Czytając <i>Czyste mieszkanie</i> jesteśmy po stronie życia.

1.

Minęła numer 12, chcąc znaleźć źródło miłych a niespodziewanych w mieście pochrząkiwań i gęgań. Od strony skweru, na podwórku za siatką, które kiedyś było kwietnikiem, żołnierz rzucał obfite resztki świniakowi i olbrzymim gęsiom. Znała to: gospodarstwo SS-manów. Gdzie rezydują? Pod czternastym? – Proszę bardzo. Co za gęsi, au!, co za gęsi!

Na Wawelskiej trzymali całe stado w tę najgorszą zimę na dworze i gęgały dzień i noc.

Żołnierz spojrzał i zaszwargotał, szczerząc zęby. „Jestem elegancka jak volksdojczka”, pomyślała wzgardliwie pani Tuśka i odeszła bez pośpiechu. Jej cokolwiek sfatygowane, ale bardzo warszawskie półbuciki na równie warszawskich nogach przykuwały jeszcze chwilę uwagę żołnierza, potem znów cmoknął na gęsi.

Willa pod dwunastym miała wyraźnie jedno tylko wejście, ale za to furtkę ogrodową – w tej chwili otwartą, może jednak uda się ją zamknąć na klucz. Przeciwległy domek nieźle separowały od ulicy drzewa i krzewy, a tu był widok z okien pierwszego piętra. Na schodach zorientowała się, że mieszkanie, do którego zmierza, wychodzi na ulicę, nie na ogródki: to te właśnie okna z widokiem.
Otworzyła jej drobna i szczupła młoda osoba, zamiast oczekiwanej siwej i tęgiej. Tuśka wkroczyła swobodnie, pytając o panią domu.

– Ciotki nie ma i nie wiem, kiedy wróci.

Jak to obecnie bywa, mnóstwo ciotek i takie w ogóle rodzinne stosunki. Tuśka nieproszona usiadła w przedpokoju, rozpinając lutry i zdejmując rękawiczki. Spojrzenie bardzo jasnych oczu młodej niewiasty musnęło jej ładnie utrzymane ręce. Orzechowe oczy, prawie tego samego koloru co krótko obcięta czupryna, nie przybrały żadnego wyrazu: – Można wiedzieć, czego pani sobie życzy?

– Miałam właśnie omówić z ciotką sprawę mieszkania. Czy pani tu mieszka? Te dystanse obecne. Ja doprawdy nóg nie czuję.

– Chodzi o odnajęcie pokoju? Niestety, to pomyłka. Nie ma nic wolnego.

Pyszczek bardzo szczupły, prawie charci, wydatna kostka nosa obciągnięta przezroczystą skórą. W oczach o zbyt jasnych rzęsach nie można dopatrzyć się nawet niecierpliwości.

Pani Tuśka wzdycha raz jeszcze, raz jeszcze patrzy w te oczy – ich zdecydowany brak wyrazu coś jednak jej mówi. Bo oto uśmiechając się i nie wstając, oświadcza:

– Pani Lipkowska, znajoma ciotki, tu mnie skierowała.

Niemalowane wargi mizernej siostrzenicy poruszyły się i po pół sekundzie odpowiedziały:

– Do ciotki przyjechała rodzina, to już nieaktualne.

Przybyła przed lustrem poprawiła kapelusz.

– Żałuję. A państwo na długo? – czarujący uśmiech przepraszał za tupet.

– Proszę pani, to doprawdy pomyłka. Pani zechce zwrócić się gdzie indziej.

Schodząc lekko i wolno ze schodów, pani Tuśka usłyszała – chwilę nieruchomości w przedpokoju. Na dole dobiegły ją znowu pokwikiwania i chrzęst twardych gęsich skrzydeł. Przeszła dwadzieścia kroków ku Filtrowej i zatrzymała się, poprawiając korek w buciku. Cichy, ale charakterystyczny odgłos zaczął rozchodzić się z nieokreślonego, zapewne jednak tego właśnie, które dopiero co opuściła, miejsca.

Była to maszyna.

Zaczęła znowu terkotać – płytkim terkotem portable’a ustawionego na poduszce – zaledwie Una zastukała „wpuśćcie” i przekręcono za nią klucz. Głowy nie podniosły się znad roboty.

Una, znacząc ołówkiem, dyktowała cyfry. W momencie wkręcania na wałek nowej „japonki” powiedziała:

– Lipkowska przysłała babę.

– Lipkowska? – zdziwiła się Dorota. – A swoją drogą patrzcie!

„Zaplecze” na kanapie zasłane było dzisiejszą produkcją i jej odpadkami, a gruby jak tom encyklopedii, zmięty dzienniczek rozpościerał się na etażerce.

– Ktoś musi jednak zwracać na to uwagę!

– „Widok okropny wszystkie zmysły razi” – przyświadczyła Isia. Każdy wiedział, że sprzątnięcie tego bałaganu zajęłoby dobre trzy minuty, a jeszcze taboret, bestia, otwierał się za specjalną namową.
No tak, ale… Dziś było dwanaście pilnych kawałków.

– Łapcia niech zwraca uwagę – podsunęła Una-Szczurek. – Ona ma wyobraźnię.

W tej chwili zaszeptała znów maszyna. To czwarta z tuzina depesz przybierała postać clairu. Ale trzecia wciąż jeszcze stanowiła na pół rozwiązany rebus wczorajszych zrzutów: sprawdzaj tu po dwa razy wszystkie sumy! – Kiedy oni wreszcie się nauczą podawać to literami?

– A czy ona na pewno była od Lipkowskiej?

Dorota, do której zwracało się to pytanie, jak większość pytań w tym gronie, przeniosła wzrok z połyskliwych, pełnych wyobraźni okularów Łapci (która jako podlegająca skrupułom co dwa tygodnie mianowana tu bywała „bezpiecznikiem”), na jasne, obojętne oblicze Uny. – Una?

– Licho ją wie. Ale ten adres był kiedyś zgłoszony do Lipki.

– W zamierzchłych czasach. Dwa lata już chyba, jak służy.

– A pół jak był spalony.

– Jednocześnie może nam i jej przyszło natchnienie, że znowu jest czysty? No, jadziem, Orelciu. W szóstce siedem jeden. Układ. W zerze osiem dwa…

– A co będzie z tą od Lipkowskiej? – nastawała nieśmiało Łapcia.

Ale w tej chwili Tita wkroczyła po drugim dzisiaj spotkaniu z Jotami i z wnętrza gumowego słonia wyciągnęła zwój świeżutkich, „prosto z pieca”, inaczej mówiąc, z nowej stacji w Kampinosie, nieszeleszczących bibułek.

– No nie, proszę was! Przesadyzm! – podniosły się głosy. – Trzy dalsze ciągi po dziewięćset grup. Założę się, że to Politycy.

– A tutejsi nie zostaną dłużni w odpowiedzi. Jutro idź, Tita, na pocztę z plecakiem.

– Na jutro nie zdążymy, szkoda gadać.

– Chcecie, żeby nam dali nową? – groźnie mruknęła Genowefa, najbardziej „pażyrna” na robotę ze wszystkich Żab i zawsze gotowa twierdzić, że jej podbierają, czyli po biurowemu podsiadają, to, co sama mogłaby zrobić.

– I tak nas to nie minie. Władzuchna orzekła, że musimy się zadomowić, pracować długofalowo i nie zdzierać się.

Una już liczyła dalsze hasła: dzisiaj jak na złość każdy knypek był z innej daty.

– Nie, to najdłuższe pójdzie na chałupy, Una!

– Więc na jutro rano nie będzie…

– No to nie będzie! Przyjrzyjcie się! Komar odbierał. To jest widmowe! Nie można tego dyktować bez lupy.

– Bez mikroskopu elektronowego…

W godzinę później, wśród monotonnego dukania, na które składały się trzy prędkie jak kłótnie, lecz przyciszone dialogi cyfrowo-literowe, Łapcia znów przypomniała intruza od Lipki.

I w rezultacie Una jechała szesnastką na Chłodną – zielona jak ser, tak się czuła niedobrze tego dnia, ale nie było oczywiście rady, bo ona jedna znała chody popołudniowe do Lipki, czyli zwyczajnie jej prywatne mieszkanie; taką wiedzę należało zachować przy sobie. Cóż, Una pamiętała „heroiczne czasy”, kiedy wszyscy biegali do wszystkich i znali się po nazwisku, broń piętrzyła się w koszach od bielizny, meldunki spoczywały pod dnami szuflad, a za granicę wędrowały jako potężne rulony w kijach turystycznych. „To było jednak – dajcie spokój, Bóg wie co!”.

W zdumiewająco pustym tramwaju (dopiero co musiały być gdzieś grubsze łapanki) siedziała naprzeciwko osoba absolutnie szara, bez wieku i bez fizjonomii. Rzecz jasna: Sabina. Z olbrzymią tacą. Una ze swej strony taszczyła żelazko elektryczne z materiałem dla dwóch chałup, jako że nie miała już dziś wrócić na „Chlewik” (tak zwano schludną willę obok SS-manów).

Sabina mimo pozorów senności przepatrywała swymi nieokreślonej barwy oczyma mijane ulice, Una zaś, zwracając bilet konduktorowi, uśmiechnęła się do niego z zaufaniem: to ten sam, była prawie pewna, komenderował parę dni temu przez zęby: – Pryskać, panowie, pryskać! – wśród Niemców i foksów, podczas gdy motorniczy z lekka przyhamował. Wyskoczyła wtedy i ona. Na rogu, przy przystanku aż zielono było od szkopów.

Sabina, westchnąwszy, siadła przy Unie. – Słuchaj, załoga wciąż robi piekło o te mapy.

Tramwaj zaczął zapełniać się, rozmawiały ledwie poruszając wargami, z obojętnymi i nijakimi minami kobiet przemęczonych handlem. – Daj spokój: Maciejka sama zabierała swoje graty z Chlewika. A potem była jeszcze rewizja…

– Maciejka twierdzi, że wyście tam miały, w stołku.

– Wariatka. Co dzień patroszymy stołek.

– To na Chlewik wróciłyście? A czy wiesz już, że ten Ptaszek wsiąkł?

– Który?

– Ten, co wam przekazywał nowy kod czy coś na Chlewiku.

„To w każdym razie nie na próżno będę u Lipkowskiej”, pomyślała Una, nic nie odpowiadając.

– Chudziak z ciebie, Una, że lepszych na Bródno wiozą. Kręcisz, żeby nie mieć urlopu. A ja bym chciała, tylko mi, holender, nie dadzą.

– Boli mnie ząb, po prostu.

– Nie chodzicie do dentysty, bo się zwyczajnie boicie świdra. Albo, co gorsza, tak jesteście przygotowane na bohaterski koniec, że uważacie: nie warto. Ja to bym wzięła urlop i poszła do pięciu doktorów, ale Szyszki naprawdę są monstrualne i odetchnąć mi nie dają. Emma ich swego czasu rozpaskudziła: ona wiedziała wszystko za wszystkich, więc i ja muszę. Uspokoili się, wiesz, tam, u góry, że Emma na pewno już nie żyje… Wszyscy więc mogą siedzieć bezpiecznie na starych śmieciach i starych papierach. Ty, Una, dostaniesz kiedy ataku sercowego albo wątrobianego na środku ulicy, ostrzegam cię. To zakazane: nie masz za grosz instynktu samozachowawczego ani dyscypliny.

Półuśmiech Uny, choć ostrożny, wywołał ból dziąsła. Ten skoczek, który wsiąkł… jak to brzmiała opinia o nim nadana z bazy? Wyszkolony w dywersji, tylko „nieco zbyt wielka dbałość o własną osobę” – dość humorystyczne o człowieku skaczącym tutaj do nas nocą zimową zamiast siedzieć spokojnie w Szkocji.
– I te mapy – powtórzyła bezgłośnie, lecz natarczywie Sabina, wstając. – Ty jesteś stary cynik, ale Dorota ma jeszcze przecież trochę konsp-skrupułów.

Znikła, nim jeszcze wysiadła, szara, kanciasta, obojętna, niewidoczna.

Na tapczanie w eks-saloniku „Lipkowskiej”, zagraconym teraz po sufit, Una zobaczyła swoją dzisiejszą damę w lutrach. Podały sobie ręce bez słowa.

… Czy jeszcze kiedyś w życiu będę umiała się przyzwoicie przedstawiać i nie włazić do cudzych mieszkań – pytała siebie czasem Tuśka – i nie przebierać się w szaletach?

– To pani jest od Żab? – uśmiechnęła się do Uny. – Uczę nową łączniczkę dla was!

– O. Licho nadało.

– Nie do mnie miejcie pretensje. Wszystkie zawsze warczycie na nowe. – Uśmiech Tuśki stał się nieco szelmowski. – Ale wie pani, tę waszą maszynę to jednak słychać. Tam, u pani „cioci”.

– Wola boska. Ale oni zwracają uwagę tylko na swoje świniaki.

– I gęsi, gąski! Ja osobiście jestem teraz od wszystkiego u Sabiny. Pani nie domyśliła się?

– Rzeczywiście, pani nie śmierdzi łącznością.

Teraz już wszystkie śliczne ząbki Tuśki pokazały się w uśmiechu: wiedziała, że „nie śmierdzi”. – A ja się domyśliłam, chociaż pani nie była zbyt uprzedzająca. A przeważnie wszyscy są tacy mili i rodzinni.

– Tak. I my wedle naszej madame w Chlewiku jesteśmy wzorami zarówno kultury, jak konspiracji… Czy to Maciejka chciała się tam znowu gwałtem wcisnąć?

– Nie wiem, może to dla niej ganiałam dziś cały dzień, a może trening po prostu: dbają o moją linię.
Wracając po półgodzinie tramwajem, tym razem uwieszona po lewej stronie pomostu, Una miała lekkie rumieńce i zapomniała kompletnie o zębie, o wątrobie i o „nowej”.

No tak, większe wysiadanie! Dawno tego nie było! Zapadł już czarny wieczór i zaczynał siąpić deszcz. Żegnaj, Chlewiku… A nowe miejsce, które dała Lipka, jest na szóstym piętrze – uf! I w podwórzu – wejście jak na patelni, jakaś podchorążówka w bocznej oficynie, ziąb, centralne zepsute, ale poza tym jakoby ideał. Gospodyni trochę gadulska („Możecie rozszerzyć dla niej przysięgę, Una: parę jeszcze wymownych zaklęć po tajemnicy dochować” – tak brzmiał żarcik warszawskiej dyktatorki od lokali). Ubikacja przez korytarz i psuje się, ale jest dymnik w dachu i można w razie czego materiał w rynnę…

– Szykuję wam jeszcze jedno, ale musiałybyście krawcową tam osadzić albo w ostateczności ciastka. No i jeszcze ewentualnie Krucza – zdaje się, że byłaś tam kiedyś? – obok wesołe damy przyjmujące Niemców…

Teraz Una myślała już tylko o rozkładzie jazdy na resztę dzisiejszego wieczoru. Skoczek wpadł wczoraj, po zamachu w Pionkach. Dziś musi być rozepchnięty materiał z Chlewika. Kto i gdzie? Kompletny plan ewakuacji, z odległościami, godziną policyjną i niespodziankami układał się przejrzyście w wojskowej głowie Uny, podczas gdy zimny deszcz spływał jej za kołnierz rowkiem podstrzyżonego karku, a ręce cierpły: jedna na uchwycie tramwaju, druga na żelazku.

Naprawdę tę maszynę słychać troszkę, to nie blaga. A tak zapowiadały, że „mowy nie ma” o siedzeniu dziś na Chlewiku znowu do nocy. I naturalnie towarzystwo jeszcze w komplecie. – Skądinąd pomyślna okoliczność, osądziła Una, mrużąc w drzwiach oczy od trupiego karbidowego światła. Był to w dodatku komplet zupełnie szalejący, nieprzytomny nad robotą. Nie zauważyły prawie Uny. Dorota, przechylając głowę, „odrywała się od tekstu” – był to według niej jedyny sposób dojścia do ładu z naplątanym przez trudny odbiór szyfrem.

– „… Dwa: transporty na Białystok. Trzy: sprawdzić wywózkę na roboty w lutym i…” washery… Wiem! Wyczesywanie! „Wyczesywanie tyłów przez npla”.

– Elegancki termin: wyczesywanie tyłów – Isia wysapnęła kłąb dymu i roześmiała się.

– Baby, uwaga! Obudźcie się: wysiadamy.

– Co, Una?

– Likwidujemy prosperującą firmę, i to już: „Batiar” wsiąkł.

– Kto?… Kiedy?

– Batiar: ptaszek, który znał adres Chlewika. Wczoraj. Jak to dobrze, że jeszcze jesteś, Nula, już myślałam, że pogonię za tobą na Żoliborz. Ty, Genowefa, uprzedzisz Sabinę?

W pięć minut potem mieszkanie przedstawiało widok jeszcze szczególniejszy niż przez całe popołudnie i wieczór. Genowefa rozbijała tasakiem podwójne dno żardinierki, a Dorota upychała jej zawartość w postument batikowanej przenośnej lampy. Nula zakręcała sobie nieczytelny dzisiejszy numer 10 w wałek do włosów. Łapcia pełzała po podłodze i wywlekła spod kanapy strzępy paska z alfabetem, który sądząc po kurzu, krył się tam – o wstydzie – ze trzy dni. Potem spuszczały kalki i bruliony.

– Wiecie, jaką my synekurę dostaniemy kiedyś w nagrodę zasług? Szalety miejskie! Nie zmienimy zajęcia…

– Ja rezerwuję sobie Plac Trzech Krzyży, tam ruch, aż miło.

– Bo jeżeli to jeszcze potrwa rok, zidiociejemy zupełnie…

– Rok? Optymistka.

– Nie! Wiecie, jak mówią optymiści? Niemcy nim wyjdą, wszystkich nas wyrżną. A pesymiści: ba, czy my tego dożyjemy?

– Stary kawał!

– Słuchaj, Una – mówiła łączniczka Tita. – Na ten nowy lokal zamówimy skrytkę w nodze od fortepianu, oczywiście razem z fortepianem: ja chcę ćwiczyć pięciopalcówki.

– Zawsze to lepsze, niż żebyś nam przynosiła taką jak dzisiaj nieprzyzwoitą nadprodukcję.

Tej wymianie zdań towarzyszyło żwawe dokręcanie śrubek, dopasowywanie przykrywek, upychanie opornych wąsów materiału. Nieszeleszczące japonki pójdą w rękawiczkę i w łapę.

– Isia, musisz wziąć rikszę kazionną, bo nie zdążysz do siebie od Goryli.

– No to na czysto wygrałam, bo leje.

Nula jeszcze jak kot na mysz rzuciła się na puszkę z pastą do podłogi, kryjącą się w cieniu filodendronu. – A w tym co? Kliszki cholerne. Pół godziny palenia albo kwadrans spuszczania.

– Ani się waż! To do archiwum.

– U nas to jak w tym biurze z anegdoty: pęka już szafa, to zniszczcie stare szpargały, ale naprzód przepiszcie w dwóch egzemplarzach.

– No, ty dopiero opowiadasz kawały z brodą!

Mieszkanie było obrabowane, ale czyste. Prawdopodobnie… – No i won! Po jednej. Genowefa, jeszcześ tu?

Gęsi pod czternastym podniosły właśnie głośne larum. Nie był to jednak sygnał żadnego najścia, tylko karmienia.

– Z tym tasiemcem od Polityków pójdziemy chyba nocować do Halinek?

– Nie! Już nie dziś! „Pas de zèle”, jak mawiał Talleyrand podwładnym.

– Isiu, nie bądź uczona, dekonspirujesz się.

– Won, won, baby. Nasza dama niedopałki sprzątnie.

– Jeśli jej nie wyprzątną…

– Odstukaj! Dobranoc, Chlewiku. Aha, Dorota! Ciągle, wiesz, nudzą o te mapy.

– Gdzie? Skąd? Sami je zjedli i na nas zwalają. Isia, ty znowu zapalasz papierosa! Już cię nie ma!

Żaby, tak aktualnie zwana komórka Piątki KG AK, po kolei dawały nurka w niezbyt przytulne mroki warszawskiego wieczora.

2.

„Jedźcie sobie, jedźcie, trąbcie – i tak jutro poskręcacie karki!”. – Słynna ciężarówka gestapowska, mknąca ulicami jak straż ogniowa i przeznaczona wyłącznie na postrach przyprawiała zawsze Zosię o śmiech. Dziecinny, powodujący buraczkowe rumieńce śmiech, którego starała się oduczyć.
Z kamienną już miną wyminęła znajomą smarkulę z gazetkami, patrząc na nią przepisowo jak na powietrze. Chętnie zaimponowałby tamtej, że nazywa się już Anita i gdzie pozostawiła zabawę z gazetkami! – ale oczywiście mowy o tym nie było. Sama musiała napawać się rozkoszną myślą, że dopiero dziewiąta, a ona ma już za sobą trzy samodzielne, pierwsze samodzielne, nowe chody. Na punkcie w czytelni poszło gładko – blada panienka, która widziała ją wczoraj z Tuśką, bez słowa wręczyła „zamówioną” książkę. W kwadrans później Anita przewinęła się, bezmyślnie oglądając wszystkie wystawy koło witryny szwedzkiej firmy na Brackiej i stwierdziła, że dzisiaj jest w oknie globus, więc nic. Wcisnęła się w tramwaj w sposób wręcz konkursowy (dzisiejsza harcerska sprawność numer jeden: jeździć osiemnastką!) i punktualnie co do minuty na ulicy Suchej wymieniła uścisk dłoni i parę słów z siwą panią, która poklepała ją z uśmiechem po ramieniu i każdy musiał sądzić, że to dawna wychowawczyni zatrzymała uczennicę, pytając: co porabiasz? (Stara dama była rzeczywiście emerytowaną nauczycielką, choć nie Zosi-Anity. Dopiero teraz czuła, że żyje: boć i P.O.W. za młodych lat było ostatecznie raczej grą amatorską…). Zosia, pomykając dalej, wsunęła rękawiczki z nową zawartością za podszewkę celofanowej torby. Koło szczekaczki zatrzymała się pół minuty i sapnęła przez nos z irytacji. „… Admiralicja brytyjska przyznała się oficjalnie do straty 15 000 ton tonażu od dnia…”.

– Krugom już trzy razy całą flotę zatopili – skomentował ktoś w tłumie.

Dopiero na drugiej ulicy Anitka zrozumiała dowcip. Na trzeciej zrobiło się jej gorąco z pośpiechu i wepchnęła szalik w otchłanie torby. Mama okutała ją nim rano, „bo na pewno się zaziębisz”. Za czasów harcerskich Zosia wpadała na taką uwagę w szał, za gazetkowych – parskała śmiechem: mama nie była przecież ostatecznie w nieświadomości co do ładunku jej tornistra względnie walizki. Teraz, jako osoba dojrzała, bez protestu nauczyła się brać nawet ciepłe majtki: bądź co bądź matka i tak dosyć miewa czasem zdenerwowania.

Następny chód był na Ułanów Krechowieckich i znów dopadła tam w porę co do minuty; może trochę zanadto gnała do tramwaju. „Nigdy się nie spiesz”, pouczyła Tuśka. Numer, jak wszystkie wczoraj podane, płonął jej w głowie jak neon.

Zadzwoniła i zastukała dwa razy. – Tu podobno można kupić dżem truskawkowy? – rzuciła z nonszalancją handlarki.

Pan w binoklach, stojący w drzwiach, zmierzył ją oczyma z nerwowym niesmakiem i cofnął się w milczeniu. Anita czuła jednak, że to tu, tylko coś odrobinę nie klapuje. Tak, pan w binoklach był na pewno grubszą szyszką, zarówno nieświadomą haseł, jak i nielubiącą nowych twarzy. Zaraz też zastąpiła go w mrokach przedpokoju przystojna i wyniosła blondynka. – Pani zapewne od Tuśki? – wycedziła niechętnie.

– Truskawkowy dżem można tu dostać? – powtórzyła Anita dobitnie, nieco zgorszona.

– Mam tylko dżem ze śliwek – raczyła poinformować platynowa. („Stare konsp.-krowy i nie nauczą się odzewu: agrestowy miało być”).

– Czy mogę dostać pięć kilo?

– Poczta od Żab? Wy zawsze jesteście takie: przysyłają mi nową bez uprzedzenia.

Pan w binoklach znów wychynął, nie patrząc, przyjął od Anity złożony papierek wielkości dużego paznokcia, otworzył go, przysunął do szkieł, odwrócił, wreszcie doręczył blondynce. Pretensja na jej obliczu ustąpiła miejsca zakłopotaniu. – To nowy „guzik” pocztowy… Czy pani umie nowy szyfr pocztowy? – zapytała surowo.

– Łączniczka, która nosi, nie powinna umieć – westchnęła Szyszka w binoklach. – Tylko tyś powinna umieć. Mam spotkanie o czwartej, a nie wiem adresu.

– Proszę o książkę telefoniczną – wyrzekła Anita, smakując słodycz triumfu. – O, ta cyfra to stronica, a mianownik kolumna i… O, widzi pani: Koszykowa. A tak się czyta numer…

Szczytem dyskretnej sprawności było, że Anita nie wyrachowała sama numeru, tylko pouczyła blondynkę. Tamta z kolei wręczyła jej świstek maszynowego pisma. – Do „za” dla Żab. Jutro najdalej ma być nadane!

– Do „za” dla Żab? – powtórzyła Anita, czując, że blednie, choć przy jej cerze było to złudzenie.

– Tak. „K.K.K.”: to znaczy bardzo pilne.

Nie mogła pogrążyć się tutaj wyznaniem, że nie wie, co to znaczy „do za”.

Tuśka, rozłożona wygodnie w fotelu na centralce pocztowej, była jak zwykle zabójczo elegancka. A olbrzymia modna torba stanowiła chyba prywatną własność bez skrytek. (Istotnie, Tuśka należała do wyznawczyń starożytnej mody pończoszanej. Twierdziła, że z tego powodu powinna mieć kazionne gazówki). Koniec nosa meldującej łączniczki zaczerwienił się lekko z emocji. Bo wesołe z natury, pięknie ocienione oczy Tuśki były dziś wyraźnie srogie i zaledwie ją dostrzegały. Czyżby już coś nawaliła?
– „Anitka”? Nie, wiesz, dziecko, muszę cię przezwać. To na nic, to ja już pierwsza zaraz zapomnę. Jesteś, dziecko, Lisek wykapany.

– Szkoda… Ale może by „Tessa”? – podsunęła słabo, czując, że i to nie przejdzie. – No to może Wilczek? – ciekawy, zadarty nos jeszcze poczerwieniał.

Wilczek? Szafirowe oczy Tuśki nadal patrzyły tym nieobecnym spojrzeniem, które młodzi zawsze biorą za nieżyczliwość. Może wilczek – taki w workowatej skórze psiak, przechylający się całym ciężarem na smyczy z miną niedospaną i zawadiacką, i niepewną, i sprytną? Przymrużyła oczy.

Speszona łączniczka nie mogła wiedzieć, że jej instruktorka naprawdę z pewnym trudem zmusza się, żeby patrzeć na konsp.-siedemnastolatki. Kto to bierze na siebie, żeby takie wciągać? No, nie wciągać: powiedzmy wpuszczać. Nie zamknąć na klucz… Trzydziestoletnie „krowy” niech robią, babcie niech pomagają; ale nie dzieci. Miała w pamięci takie dwie głowy, jasną z warkoczami i ciemną z grzywką, ledwie znajome – córka sklepikarki, wnuczka sąsiada – ale dobrze znane. Gdzieś leżą te głowy – przez zdzieranie plakatów, noszenie gazetek.

– Hm, i ta twoja torba z celofanu. Niechże się Wilczek szanowny zastanowi: po Woli i Ochocie z torbą kąpielową? Wiem, wiem, że celofan odpowiednio szeleści – teoria Sabiny! A czy z bramy, jak się spotykasz na schodach i wejdziesz pierwsza, wychodzisz także pierwsza czy druga? Nikt ci nie mówił? Ale miej trochę smykałki. Druga wychodzi pierwsza, a pierwsza druga. Inaczej jak nic łatwo przerzucić cynk. I co dzień nowa umowa: idąc, upatrzyć odpowiednią bramę, najlepiej z doktorem… Gazetki pewnie czytasz po trzy dziennie?

– No, chyba jak wszyscy.

– Osobiście nie lubię morskiej choroby. A nasze komunikaty też… no, mniejsza. Tylko kiedy masz skrytkę ze sobą, wolno ci brać komunikat, wiesz?

– Ja nosiłam, proszę pani, setki Biulów goło, w plecaku.

– Kobieto…

– Tak, tak: rozumiem. To inny gips. I nie chodzi o cykorię.

– Ani się waż. Wlecisz przez głupią gazetkę, a sypniesz dziesięć lokali.

Wilczek miał już prawie łzy w oczach.

– Może nie sypniesz – Tuśka wreszcie spojrzała łaskawiej. – Ale pójdziesz do Oświęcimia i już się nie wyszkolisz na pierwszorzędną łączniczkę.

Znów zmrużyła oczy z obrzydzeniem – dostrzegłszy znajomy skórzany kwiatek w klapie dziewczęcej wiatrówki. Maison „Ochronka” mało urozmaica swoje prezenty.

– A wiesz? Zamiast torby zamówimy ci blok rysunkowy i piórnik. W razie czego przyznawaj się z płaczem do… ojoj, tajnych kompletów.

Nareszcie niemożliwie zmaglowana Zosia wyleciała z centralki. – I nie galopuj tak! Idź, jakbyś wyszła po sprawunki i miała nadzieję, że tymczasem ktoś zmyje w domu!

Adres następny kazano jej odszukać po kapeluszach. – Wiesz, takie nowe modele z woalką. – Bo Tuśka nie pamiętała numeru. Wilczek nie zwrócił za to uwagi na modne woalki. Mimo to adres odnalazł pomyślnie. Teraz już tylko jeden chód i Żaby – poczta do Żab. To jakieś coś do „za”… Może u Żab porwie Biul dzisiejszy. „Ciebie, mała, uczą, że nie wolno, a same robią, co chcą”, powiedziała przedwczoraj cyniczna Sabina, ale Dorota aż skoczyła na nią. Naprawdę to i bez Biula dziś strasznie ciekawie. Taka Sabina to musi mieć w głowie bardzo dziwny plan Warszawy. Z najbardziej zakonspirowanymi melinami zamiast gmachów historycznych – Zosia wiedziała, że najgrubsze ryby muszą mieszkać jak zwykli ludzie, mimo to wyobrażała ich sobie za żelaznymi drzwiami otwieranymi jak w labiryncie z Faraona. Do tego komplet ślicznych kryptonimów łączących się rodzinami, jak w zielniku. No i wspominki: gdzie co było, gdzie się co stało, gdzie jaki swąd, gdzie jaki cynk, gdzie jak gorąco.

Żeby tak raz wypatrzyć z boku takiego na cynku. I ostrzec. Na przykład radiostację Jotów! Ci to dopiero mają fajne życie.

Z rozpędu omal nie wleciała pod auto. „Żołnierz musi całą uwagę skupiać na zadaniu. Jestem żołnierzem. Fakt”.

Fakt. Fakt – radośnie wystukiwały to słowo jej szybko mijające się drewniaczki. Albo żeby tak kiedyś być w dywersji. Jak tamta Zosia-„folksdojczka”, co szykowała zamach nawet w Berlinie. Teraz podobno zwariowała. „Im mniej będziesz wiedziała, tym lepiej!”. „Te dziesięć adresów poznasz, więcej nie wolno”. Sabina wzruszała ramionami na te nauki Tuśki i Doroty.

– Poślecie ją same pojutrze do mnie do prywatnego mieszkania z nazwiskiem.

– Sabina! Nie demoralizuj małej.

Na punkcie kontaktowym Żab Wilczek zafasował lustro z czyściutkim materiałem do mikro-foto. – Nie pognieć! – I nie pogub śrubek od lustra. Jedną naszą świeżo rewidowali na ulicy: miała wszystkie śrubki w walizeczce, ciuch z cerowni na wierzchu, no i pomaszerowała sobie spokojnie dalej.

Jeszcze teraz to nudne pójście do Siudeckiego, gdzie dawniej Zosia kupowała zeszyty, teraz zaś nauczyła się żądać peluru i japonki. Dwieście arkuszy – czy naprawdę potrzeba Żabom aż tyle papieru? Z pewną urazą dźwigała ten ciężar. A japonki wcale już nie dostała. Zabrakło.

… Czerwony plakat na kiosku! Znów rozstrzelani?

Niepewna, czy to jej wolno, zatrzymała się, czytając nazwiska. Dziesięciu. Nie, Wojtka nie ma… Matko Boska. Może we wtorek będzie znowu gryps od niego?

I nareszcie sumiennie wykonany rozkład jazdy przywiódł ją na ostatni chód: Żulińskiego dwa siedem – tu zostawić trzeba lustro. A hasło parcela-Bagatela. Wszystko łatwo zapamiętać. Wszystko dziś idzie jak z płatka; składa się jak angielski scyzoryk.

Nie pędziła już, gwóźdź wylazł z drewniaka i podarł skarpetkę. Łydki przybrały nieco siny odcień z zimna, chyba w tym roku wcale już nie będzie wiosny. Miała nadzieję, że w tej chwili nie wytrzeszcza już oczu na świat jak kot na sperkę, co ganiła jej nawet wyrozumiała Sabina (która nie pozwalała tylko na dwie rzeczy: niepunktualność i gapiostwo).

Czy ten lokal od mikro-foto to będzie front? Nigdy nie pytać. W półmroku klatki schodowej rozejrzała się za spisem lokatorów.

Pod tablicą stało dwóch mężczyzn w prawie jednakowych burych kurtkach. Poświecili sobie latarką, po czym jeden skinął rozkazująco głową drugiemu i jednocześnie spojrzał na Zosię przez ramię.
Od tego ruchu i spojrzenia prawie zdrętwiała.

Tamci ruszyli w górę po schodach. Coś powiedzieli sobie mruknięciem.

To są tajniaki… Wilczek spotniał w jednej chwili i nim pomyślał, zbiegł po schodach do sutereny. Drzwi otwarte – znów nim pomyślał, był w małym warsztacie szewskim. Na ladzie stał telefon.

Alarmowy telefon!… Jak? Jak? Oczywiście: pół powstania kościuszkowskiego i jedynki.

– Czekaj, panna. Czekaj, panna! – to przemówił szewc z naciskiem i ze spokojem, nie przestając stukać, ale wyjąwszy pęczek kołków z ust.

– Co panna uważa? Połóż, panna, słuchawkę. O tych dwóch się rozchodzi?

– Gdzie oni poszli?… – wymamrotała.

– Posłyszymy dzwonek. To na drugim! Do tej dentystki.

– Które mieszkanie?

– Pięć. Nie telefonuj, panna. Jak wyniuchają, nietrudno sprawdzić, skąd i dokąd.

Z nagłą determinacją zrzuciła drewniaczek.

– Chciałam tylko, żeby mi pan to przybił, proszę pana.

Obejrzał bucik statecznie, poruszając wąsami. – I to nie zawadzi: świństwo teraz sprzedają ludziom, że niechaj Pan Bóg zachowa. Ot i już zrobione – do następnego wypadku. A tych pakuneczków nie zapomnij, panienko.

– Dziękuję.

„Głupi ma szczęście”, uczyła Tuśka, „więc uszy zawsze do góry!”. Jak to dobrze, że w Warszawie tacy ludzie. A tamci dwaj poszli do dentystki pod piąty, a nie pod siódmy do malarza-fotografa.
– Nic się nie należy. Dwa razy machnąłem młotkiem. Ale nie wychodź już tam na górę, panna. I nie wychodź na ulicę. Poczekaj kapinkę, o, tu stołek.

Poprzez fuksje spojrzała na okienko. Naprzeciw sutereny widniały nogi w butach, z których jedna kiwała nosem, jakby była więcej znudzona od drugiej. Cynk. Wilczek ochłonął już zupełnie. Trzeba do zmroku.
A o zmroku do Żab. Nie… Kto wie, co tam było u tej dentystki. Na alarmowy kontakt Ochronki trzeba dać znać.
O Boże, Ochronka to był prawdziwy postrach nawet dla Tuśki. Nigdy im nie dogodzisz ani z hasłem, ani ze skrytkami, ani z wyglądem – dopytują się o domowe alibi, o kartę pracy, Bóg wie o co. No ale trzeba. – Jestem żołnierzem. Fakt. Dopiero by wydziwiali, gdyby się domyślili, że na minutę straciłam głowę.

– Ja doprawdy ogromnie dziękuje panu, panie majstrze.

– Albo wiesz co, panna? Tu chybaj od tyłu przez podwórze i na lewo przez garaż wolna droga.

3.

Na szóste wysokie piętro „Górki” nawet Sabina wkraczała zdyszana. – … Można powiedzieć, że robota na wysokim poziomie. Teraz się nauczyłam współczuć listonoszom. Gdzie Una?… Dorotę widziałam na przystanku. Ona ma taką świetnie zadumaną minę jakby nie z tego świata. Ciekawam tylko, czy widzi szkopów.

– Z zasady nie widzi. Ale czuje nosem – Isia podniosła głowę znad dukania, które na nowej Górce nie było mniej zapamiętałe niż na starym Chlewiku. – I ma też dobrą rzecz Dorota: otamowanie, taką wiecie zwolnioną reakcję na zewnątrz. Powiesz jej coś z najlepszego repertuaru dzisiejszej makabry, ona nic. Dopiero po pół godzinie – ona czy nie ona? Jakby gipsowa maska…

– No cóż, artyści bywają dziwni – Sabina, odpalając papierosa od Isi, zauważyła powściągliwe miny „bab”. – Naprawdę nie wiecie, kto jest Dorota w cywilu? Psiakość, zdyscyplinowana z was ferajna.
Wilczek poruszył nozdrzami do smacznej zdobyczy, ale Nula i Isia powiedziały sobie wzrokiem, że przecież znają Dorotę – dlatego mogą śmiało nie interesować się, kim i czym była w przedhistorycznych czasach.

– Dorota poszła właśnie poszukać Uny w domu. Bo nie zjawiła się dziś na dyżurze.

– Co? Una?

– Ale może…

– Może chora! – dokończyła Łapcia z energią.

Sabina gwizdnęła. Una musiałaby być chyba umarła i pochowana. – Czy była z materiałem? Una?

– Właśnie nie wiemy. Bo diabli wiedzą, czy zdążyła do chałupy Jasiów wczoraj przed policyjną.

– Hm. O łapankach większych głucho ostatnio. Na lokalach naszych też – odstukać – cisza.

Zaburczał dzwonek i wnet zamrugał wspaniały sygnał elektryczny, na który majster Nula poświęciła prywatną latarkę.

– Nie ma jej w domu – Dorota stała w drzwiach bez tchu. Ze spojrzeniem, które nie było na ten raz ani zadumane, ani nieobecne. – Nie dostukałam się. A Jaziowie nie dostali od niej żelazka wczoraj…

– Może z tym zębem zaleciała do dentystki?

Słynny uparty stołek przetaszczony z Chlewika trzasnął. To podniosła się Sabina, zgniatając papierosa. –

Do jakiej dentystki?

– Bo wczoraj bolał ją wściekle ząb.

– Do jakiej?

Teraz Wilczek zerwał się.

A Sabina siadła: – Wariatki skończone! Na Żulińskiego u dentystki…

– Gestapo – wyjąkała Zosia-Wilczek.

– Żulińskiego – powtórzyła Dorota. Była dopiero co przed drzwiami Uny, w najbliższym sąsiedztwie Żulińskiego.

– A wy, ropuchy, wody w usta nabrałyście! – (Tylko Wilczek chciał protestować przeciw niesprawiedliwości). – A mnie, do ciężkiej cholery, też właściwie nie wolno ani mru-mru, bo taki przepis Ochronki! Że niby nerwy, dekonspiracja, plotki itede. Ochronka w ostrożność szarpana! Od wczoraj wieczór tam kocioł. Ze trzydzieści osób.

– Przynajmniej pocieszające, że trzydzieści sztuk: pacjenci. – Wśród kompletnej ciszy, bo umilkło dukanie i maszyna w kącie, Isia wyraziła swoją opinię. I po swojemu marudnie, z ceremoniałem, zapaliła krótkiego papierosa w długiej lufce.

Nie odpowiedział nikt.

– Czy w tym żelazku były szyfry czy clairy? – Sabina zwróciła się do Doroty.

– Ostatnie „sady” w clairze.

– Fiu, a to ładny kwiat. Sabotażowo-dywersyjny meldunek, tak?

Dorota stała ubrana, w swoim odwiecznym, modnym kiedyś zielonym paletku i płaskim berecie na tyle głowy. Spóźniona reakcja… Jej twarz rzeczywiście nie zmieniła się ani trochę, głos tylko był coraz bardziej zdyszany.

– Może to tylko ślepa sztrajfa jest, Sabina. Musimy wszystkie cicho siedzieć, ale to…

– Jak ostrygi, baby! Na ten raz przepis Ochronki git, słuszny. Będą sprawdzać im zęby: tej kopie połapanych. I jeśli nic nie wycieknie… No i książki dentystki. Więc skoro Una pacjentka…

– A co tam było na tej Żulińskiego? Po co tam wleźli, Sabina?

– A licho najcięższe wie! Może tajna wyższa szkoła tańców? Może bimber?

– Może podchorążówka? Wszędzie coś jest – Łapcia nerwowo, bezmyślnie, jęła zbierać papiery z zaplecza. Wreszcie porzuciła je, gdzie były.

– Ale ja tu, Dorota, przyszłam z materiałem – Sabina spomiędzy marchwi w siatce wydobyła pokaźny rulon. – Meldunek pocztą. Na pojutrze musi być. Jedenaście stron.

– Nie będzie.

– Musi, bo za trzy dni w nocy dwustronny lot.

Dorota wyciągnęła stołek spod Sabiny, nacisnęła sprężynkę i wyszukała dzienniczek. Na oryginale, na kopii i na wykazie postawiła numer M.117. – Powiedz, że będzie. I daj im numer, bo się będą potem upominać.

Szeroko otwartymi oczyma Dorota widziała w tej chwili podstrzyżoną głowę Uny chylącą się nad robotą, twarz przezroczystą wysublimowanego szczura.

– Takiego, wiesz, Szczura – mawiała Isia-materialistka – z którego wywodzi się homo sapiens: Praszczura. Albo raczej takiego, który jako zwierzę inteligentne odziedziczy podobno świat, kiedy już ludzkość wytępi się wzajemnie.

– A ten numer… jak mu tam? Sto Siedemnaście macie sobie, baby, dobrze zapamiętać. Dorota słyszysz? Bo to pono ciąg dalszy sławetnego Pięćdziesiąt Ileś. – Z pierwszym planem Mob.

– Ja nic nie pamiętam, Sabina. Możesz to powiedzieć Szyszkom. – Isia ze zwykłą flegmą, może nieco dziś akcentowaną, wypuściła kłąb dymu. – U mnie wszystkie tajemnice bezpieczne, bo ziewam nad nimi. M. Siedem i Siedemnaście to, owszem, była jeszcze lektura. Ale Sto Siedemnaście, dziękuję.

– Mogą mnie podrzeć na kawałki, a nie powiem, co haftowałam przed tygodniem, bo nie wiem – zgodziła się z powyższym Nula.

Łapcia milczała, a jej bystre okulary zamigotały niespokojnie. Łapcia była chciwa wiedzy, „przejmowała się” i pamiętała wszystko jeszcze lepiej niż kiedyś lekcje historii. No, ale odkąd przydzielono jej archiwum, nie tylko wolno jej przecież bez skrupułów wiedzieć i pamiętać, ale nawet powinna.

– Ale z Uną… Co z Uną będzie? – wyrwał się Wilczek, czerwony w plamy. – Makabra – dokończył szeptem w braku innego słowa.

Żaby milczały. Sabina wzięła pocztę dzisiejszą od Doroty i upchnęła malutki zwitek w wydrążoną marchew.

– I jeszcze te mapy, Dorota!

Odpowiedzialna sekretarka Żab wydała pomruk, który był dźwięczny i muzyczny (bo taki już miała głos), ale niewątpliwe był warknięciem.

– Wiedziałam, że warkniesz. Że teraz warkniesz. No i wysiadać musicie bez gadania! – ciągnęła Sabina z zimną krwią. Wszystkie adresy, które Una zna. Tak, tak, ropuszki, trudno. Odkąd zdarzyło się, że sypnął legendarny Konrad-Wir…

– Ten z partyzantki?

– Ten sam, Wilczątko. A przecież nie wytrzymał i sypał. Otóż, niewiasty, od tego czasu…

– Tak wiemy. Ale M.117 musi być zrobiony.

– Musi.

– Gdzie?

– Wasza głowa. I Lipki. Lipka ma dla was jeszcze lokal. Te wesołe damy z Niemcami.

– Nie chcemy sąsiedztwa wesołych dam. Będziemy niekorzystnie odbijać. Jesteśmy haniebnie zaniedbane. Istne kobietony. Prócz Doroty – Isia prawiła po swojemu, patrząc groźnie na Wilczka, który miał łzy w oczach – chociaż i Dorota świeci dziś dziurą; ale ma różową piętę jak Wenus z Eneidy… – papieros Isi nie palił się, ale gryzła ustnik.

– Więc może Chlewik z powrotem? – rzuciła Dorota. Z lokalami było podobnie jak przed laty z sukienkami na kolonii szkolnej: tę najdawniej odleżałą uznawało się nagle za najczyściejszą.

– Musicie spytać Ochronki.

– Och.

– Wilczek już jazda! Trzecie spotkanie z Jotami dzisiaj, jak na złość. Ale z taką miną nie możesz iść.
Nula i Isia zaczęły dukać na nowo, myląc się i między cyframi rugając się wzajemnie. Dorota cicho, z wahaniem spytała:

– Dlaczego, Sabina, zawsze mówiło się – wiesz, u władz – że u Una nie może wpaść, ale musi pracować?

– Że musi pracować, i to jak koń, to same wiecie – Sabina statecznie zapinała swój nieokreślonego koloru, kroju i rocznika płaszcz – a że nie może… no, nie powinna być w takim miejscu, żeby wpaść, to całe dzieje.

– Ty znałaś ją we Lwowie.

Co do Sabiny, była ona zdekonspirowana wobec przynajmniej trzystu osób z Piątki KG, nawet najbardziej karnie „nieciekawych”! Siła wyższa. Z Żab nie znał jej po nazwisku jeden tylko Wilczek.
A Una? Niby nie ona jedna miała bogatą, z paru wcieleń złożoną, przeszłość wojenną. I właściwie wiedziały o niej dużo, a jednak było tam zawsze coś niedopowiedzianego.

– Jeśli ma nie wpaść: bo to jeszcze nie jest wsypa… – Sabina zerwała dolny guzik zwisający na nitce. – Jeśli jest szansa, żeby Una wyszła z tego jako tako, musicie milczeć jak zamurowane. A jak na moście będzie kto gadał o dentystce, śmiejcie się, że Gestapo narwało się tam, szukając wiatru w polu. Właśnie dlatego Unę dali do was, żeby nie wsiąkła! Chroniona komórka!

– Psiakość, co za proza – Isia podniosła głowę i przerzuciła papierosa w drugi kąt warg samym skrzywieniem z wprawą andrusa. Po czym dodała: – Genowefa musi pierwsza wysiadać, bo u niej Una była kiedyś meldowana.

– A gdzież to Genowefa? – Sabina kroczyła ku wyjściu, jęknąwszy na widok godziny. Z chałupami teraz pracuje? Na Łączce w dawnych dobrych czasach ona mi zawsze dawała coś gorącego zjeść: jedna jedyna gospodarna kobieta! Zatrzymała się jeszcze i obrzuciła wszystkie spojrzeniem. Tylko Dorota i Łapcia nie miały przy klapie lub zamiast broszki skórzanego kwiatka czy pieska: w kwiatku, piesku-terierze, ewentualnie w śwince bywało zawsze to samo – cyjankali.

– A Una? – spytała, dotykając własnej maskoty. – Una nie ma – wycedziła Isia, podnosząc brwi. Nie dali jej: że niby nerwy. I że bezpieczniej… Hm, tak, Sabina.

Ona jedna tu poza Sabiną, wiedziała. Dlaczego. I dlaczego Una jest zawsze zielono-przezroczysta, i jak to było z tym… cokolwiek to było za narzędzie: szkło czy też szpilka, wtedy, w więzieniu brygitkowskim, gdy strażnik odwrócił się. Dwa lata temu. Czy może dwanaście? Czas leci i stoi murem; na własnych pozycjach – jak Alianci.

Szczególnie rozległy dzisiejszy objazd wieczorny Dorota zaczęła od najdalszej meliny. Wracając po omacku uliczką Naruszewicza – latarka właśnie jej zgasła – zastanawiała się, czy wszyscy tak jak ona odczuwają zaciemnienie jako brak tchu, jak obrzydliwy ucisk serca. A przynajmniej nieunikniony smutek. Potem spostrzegła, że wciąż myśli o Unie i wciąż wbrew woli to najgorsze. Jak Una wytrzyma, jeżeli ma poczucie, że sama jest sobie winna? Że właściwie nawaliła, bo gdyby zostawiła na lokalu żelazko, idąc prywatnie do dentystki… Oczywiście to głupstwo: takich rzeczy niepodobna przestrzegać.

Ale jeżeli ona tak myśli? To jak wytrzyma?

Dla Doroty wpaść z materiałem bez konieczności czy wkopać materiał to był istny koszmar – dosłownie najczęstszy z jej snów. Ale w snach wszystko się jakoś rozchodziło po kościach jeszcze przed rannym budzikiem. Najciekawsze, że w dzień się nigdy o tym wszystkim nie myślało.

– Ale Unie to śnią się takie rzeczy, że chciałaby umrzeć – tak napomknęła kiedyś Genowefa, kiedy mieszkały razem i opiekowała się Uną-rekonwalescentką.

To chyba bajka. Naprzód: Una zawsze milczy o sobie. A poza tym…

Zmacała noga krawężnik. W oddali na Pułaskiej zadzwonił tramwaj. … Poza tym takie rzeczy nie mogą się wyśnić.

To, co było, co jest i jeszcze będzie na Brygitkach, na Szucha czy gdzieś indziej – nie może się wyśnić.

Cisnąc do siebie olbrzymi rajzbret nadziany połową M.117 i wypatrując numeru tramwaju, Dorota odpędzała rzeczy ostateczne.

Tak się te sprawy u niej nazywały. Gdyby się miało samemu przeżyć okrucieństwo rzeczy ostatecznych, chyba i wtedy nie uwierzyłoby się w nie – tak naprawdę.

Co do niej, nie mogła uwierzyć w powieszonych przed tygodniem chłopców z salezjańskiej szkoły na Lesznie, choć widziało ich pół miasta.

Rzuciła się do tramwaju i cofnęła się. Widok dziesiątki automatycznie wprawiał ją w ruch, tak rzadkim było szczęściem złapać wieczorem swój tramwaj domowy. – Działa jak dzwonek Pawłowa na psa – mówiła Isia. Ale na razie nic z tego: jeszcze na Pragę. A na wszystko godzina i pięć minut czasu. Dawniej słynęła z niepunktualności… Potrafiła się spóźnić na własnym koncert.

Półmroczny tramwaj przesunął się. Zamknęła oczy i zaraz pod powiekami zobaczyła świetne, niespodziewane a pełne precyzji układy barw, zmieniające się, ale nie zacierające. Czy dużo ludzi to miewa? Zwykle nie uświadamiała sobie tego nawet, ale w tej chwili tknęła ją piękność wzorów, delikatna, przelotna, niczemu nie służąca.

Otworzyła oczy.

Nie, nie trzeba. Nawet i to mogłoby stać się nałogiem. Tak jak ukochany chmiel nad stawem, który ją nawiedza tuż przed zaśnięciem, kołyszący się z góry, dzwoniący szyszeczkami, w słońcu, w spokoju – w kraju niepodobieństwa.

Przedostatnia rozmowa z Tadeuszem – czy rzeczywiście mówili czy tylko myśleli o tym stawku, i wietrze, i chmielu? Boże… Idzie szczęściem tramwaj praski!

Wdarła się, robiąc łokciami i wystawiając nad głową rajzbret-skrytkę.

Tak. To jest życie na przekór sobie. Ona nie będzie nigdy żadną Baśką Wołodyjowską, żadną X 27, nie była nawet sportsmenką i nie ma za grosz brawury.

Jest kimś innym, zupełnie kimś innym. Ale nie jest – była.

Sztuka; o niej nawet nie śmie myśleć. Ani o Tadeuszu… i to musi odejść, czekać. Jak długo? Może zamrze to wszystko, tak głęboko pochowane, że się zadusi.

Zrobiło się miejsce, usiadłszy, poczuła, że chwila jeszcze, a upadłaby ze zmęczenia. Jednocześnie uśmiechnęła się cicho: tak się to myśli, ale się nie pada. A życie na przekór sobie? O tak, pewno. Ale jakże inaczej można by żyć?

Lepiej, że to nie żadna „zasługa”. Ani nawet wybór, wybory i zasługi są nużące – myślała coraz senniej, niewyraźniej.

Opadły jej znów powieki, ale nic się pod nimi nie zjawiło. Twardość rajzbretu była zupełnie rzeczywista, pewna, uspokajająca. Una to wojownik, nie tak jak ja. Ale o Unie także nie waż się teraz myśleć.
Podobno drugi raz w więzieniu jest najgorszy.

4.

– Nie wysiądę, Dorota, słyszysz? Ani do twojej ciotki, ani nigdzie indziej. Łatwo ci mówić!

Genowefa już prawie krzyczała, lecz szare, zawsze jakby odrobinę dziwiące się oczy Doroty nie zdradziły wrażenia. Choć odmowa spełnienia rozkazu była dla niej czymś niepojętym. I u Żab niesłychanym.
W tej chwili jednak nie pojmowała też paru innych rzeczy. Dlaczego już na schodach miała poczucie, jakby w tym wielobramnym ulu Niemcewicza 9 nie była od bardzo dawna? Naprawdę była w zeszłym tygodniu. Czasem miesiące umkną nie wiadomo kiedy, a czasem tydzień… Tak! Ale ten nowoczesny holik, schludny, tak dobrze znajomy, to na pozór wcale nie miejsce, w którym by chwile wykrzywiały się ni stąd, ni zowąd nienaturalnym, niesamowitym spokojem zatrzymanego czasu: streszczającego nagle zawartość lat.

Pod lustrem wkręconym w ścianę świeże białe kwiatki wiosenne – które wstawiła dawna Jula-Genowefa, zawsze roztaczająca wokoło siebie domową przytulność i urodę. A lustro przechowało chyba tylekroć widziany uśmiech wdzięcznej, nienatrętnej troskliwości. – Może dać ci herbaty? Może się wyciągniesz u mnie na chwilę? – I teraz jeszcze, przed chwilą uśmiechnęła się Genowefa, niekapitulująca nigdy i nieprzyjmująca nic od nikogo – ale to nie był ten sam uśmiech. I Dorota teraz pojęła, dlaczego Una nie mogła z Genowefą wytrzymać. I czemu Genowefa powtarza teraz z taką niepotrzebną szewską pasją: – Słyszysz?! – Jakby brak odpowiedzi doprowadzał ją do ostateczności.

Ach, dawno już, okazuje się, przyszła na nią ta ostateczność, która od silnych nawet kobiet nie jest nigdy daleka. Ale dość słabe nawet kobiety potrafią ją potem znosić latami, nie zdradzając, jak bardzo nie są już sobą.

Na pewno była sobą, kiedy pielęgnowała Unę w chorobie. A pierwszym zjawiającym się tu Żabom przedstawiała swego męża z żartobliwie tajoną dumą, z jaką patrzy się na istoty kochane. Ale to było parę lat temu – potrójnych czy poczwórnych wojennych lat. Dorota ze swą „spóźnioną reakcją” wciąż miała w oczach ową młoda i ładną Julę, kupującą wieczorem rogaliki dla bratańców, łagodzącą ze śmiechem utyskiwania staruszki-matki.

Jestem do niczego, przemknęło jej przez myśl, jak mogłam dopuścić?

Zawsze uprzedzała „Podszefkę”, swą władzę, że nie posiada za grosz zdolności organizacyjnych, łącznie z darem współżycia z ludźmi. Ale właściwie wiedziała doskonale, że pogarda Juli dla męża, zawód na bratankach, zrzędzenie matki – że na to wszystko nie było sposobu (oprócz abonamentu „kazionnych” obiadów, przez co zmusiła ją do odżywiania się osobiście jako tako). Jak to się stało jednak, że Genowefie, tej niezmordowanej, robota nie wystarczyła, jak tylu innym, za wszystko?

– Wy się bawicie w wojnę, Dorota. Ja nie! – gardłowy głos zdradził, że i Dorota jest już częścią otoczenia, którego Genowefa nie może znieść. I że ta nagła próba przenikliwości (Jula nie była nigdy przenikliwa) ma być atakiem.

– Nienawidzisz – Dorota spuściła oczy – Niemców?

Jula straciła w obronie Warszawy brata, tak jak Dorota swego w partyzantce. Bratowa Doroty żywiła dla szkopów nienawistne uczucia, o których mówiła ciągle i było w tym coś odrażającego: jakiś sadyzm ciekawy, komentarze o zadach i brzuchach piwoszów albo o drapieżnej urodzie lotników („widziałaś fotografie Möldersa i Marseille’a?”), tuż obok zapowiedzi rżnięcia aż do najdrobniejszego dzieciaka.
– Nie wygłupiaj się – odszepnęła Genowefa – ciężki jej oddech był głośniejszy od słów. – Dosyć tego całego zawracania w głowie.

Sama już nie chce wiedzieć, czego, kogo nienawidzi – całego swego życia obecnego, przyszłego, przeszłego.

„Do niczego jestem”, powtórzyła sobie Dorota. Mniej lub więcej strachliwych mężów, pasożytów-siostrzeńców, niezdolne się przystosować matki ma tyle innych kobiet, choćby i wśród Żab. Może Jula przeceniła po prostu własne siły – a ona jej na to pozwoliła? Sama przecież także nie znosi (często!) własnej bratowej, po co się łudzić? Lecz ta bratowa wystaje dla całego domu w ogonkach, trzyma krótko dzieci, pali w piecach. … „Gdybym jeszcze paliła w piecach o szóstej rano, bo nalanej bratanicy z kompleksami się nie chce… Gdyby matka powtarzała mi: – Gdzie latasz? Nie masz sumienia, żeby mnie tak zostawiać…”

Genowefa znęca się teraz – umiejętnie, jak wszystko robi – nad każdym człowiekiem w bliskim zasięgu, a jednak nie chce wysiadać, bo kto napaliłby tutaj w piecach?

– Melduj, komu chcesz, że się nie ruszę. A jak mnie wyrzucicie z komórki, trafię do innej i nie będziecie nawet wiedziały, jak wpadnę.

– Nie wyobrażaj sobie, że cię kiedykolwiek puścimy.

Sekretarka Żab odezwała się nareszcie; przyjętym wśród nich lekko drwiącym tonem. – Nawet Sabina twoje dawne gospodarstwo na łączcie wspomina z łezką w oku. No i chcemy zachować monopol na twój system spuszczania bez szumu.

– I ty nauczyłaś się tego, angielski piesku? – mruknęła Genowefa już nie przez zęby. Były to największe możliwe z jej strony przeprosiny.

… Ale jeżeli Una wsiąkła, to przeciecz przyjdą tutaj jak po sznurku. Ej, Jula! Ty też wiesz, że tym razem to nie grymasy Ochronki! Naraz w mętnym dnie lustra nad garstką przebiśniegów dostrzegła – dawną Julę, młodą i hożą, sprzed dwóch-trzech lat. Tylko tak strasznie zmęczoną, jakby zapomniała przez lata zwykłych ludzkich gestów, słów i siliła się je odnaleźć.

– Dorota, siądź. Siadaj mi zaraz, bo inaczej klapniesz – i ona spróbowała tego samego tonu. – Muszę ci, wiesz, coś powiedzieć. Joci tu u mnie nadają, co czwartek. Nie mogę wysiąść w tym tygodniu: obiecałam.
„A twój mąż?” taka była pierwsza myśl Doroty – ale przecież wyjechał, zarządza młynem czy czymś.

Czuła jednak, jak monstrualne wyda jej się za moment to, co wyznała Genowefa. Grzech przeciw komórce i w ogóle konspiracji – tym gorszy, że z kategorii „uczuciowych”. Coś jakby pierwszeństwo serca przed materiałem. Genowefa złamała podstawowe prawo, dwa nawet prawa bezpieczeństwa – dlatego że radioci, jej ulubieńcy, najzażarciej i najskuteczniej są ścigani po całej Warszawie.

Poza tym zawsze lubi maksimum ryzyka… Nie dla brawury jednak czy wyzwania dała w tej chwili Dorocie broń w rękę: „Gwiżdżesz na dyscyplinę? Czy wiesz, jak musze teraz postąpić?”.

Ale jeżeli z Julą była trudna sprawa, Dorota po swojemu też nie była łatwa.

Z przedłużonego milczenia można już było wnosić, że wyjdzie i nic nie powie. Wyjdzie z całym nienaruszonym ciężarem sprawy. Pozostawiając tamtą samej sobie.

A Genowefę, taką jak dziś była, wyznanie kosztowało tyleż może co kiedyś Emmę, mistrzynię wszystkich łączniczek, prosty meldunek, że zapomniała pewnego pudła na dworcu: nie ukradli jej nawet, tylko zapomniała… (Ten czyn pozostał w pamięci Żab czymś bardziej godnym podziwu niż później śmierć Emmy).

Schylając głowę, Dorota półuśmiechnęła się:

– Wody mogę się napić? – Był w tym prawie żart: prawie porozumienie.

I, z ręką na klamce drzwi kuchennych, uświadomiła sobie nagle źródło obcej aury w tym mieszkaniu, znajomym jak własne: ktoś w kuchni o tej porze?… Pchnąwszy drzwi, zobaczyła montera przy kontakcie, próbującego palcem włączone żelazko; obok zlewu stał jego rower. Czy słyszał i co pomyślał o ich rozmowie?

– Co pan robi? – Genowefa zajrzała.

Znajomy… Tak, to ktoś swój.

– Grzeje, w porządku.

Dlaczego nie miałoby grzać? To goniec Jotów: był kiedyś na Łączce. Dorota pamiętała twarze.

Chłopak od Jotów! Więc… Więc Jula musiała – nie mogła się nie przyznać. Bo wylazłoby samo. Jakiż wstrętny smak chloru ma ta woda z kranu! I nawet jakby nie zimna… Ach, głupstwo: musiała, nie musiała. Chłopak mógłby być także monterem, w cywilu; a zresztą… Nerwy na szmelc!

– Może pan śmiało mówić – Genowefa wyłączyła spokojnie sznur. – Przysłali pana? Zmiana?

– Nie, takem tylko zaszedł. Pomyślałem, że u pani pewnie też jest wypatroszone, lewe żelazko: więc lepiej go narychtować – uśmiechał się, jakby zażenowany własną inicjatywą.

Dorota nagle odstawiła szklankę. A Genowefa drgnęła, jakby wystrzelono jej nad uchem.

– Ale skąd… – spojrzały na siebie: jakby szukając wspólnie ostrożnych słów. I jakby dzieląc się nadzieją, że ich nagły lęk to przywidzenie. – Skąd panu w ogóle przyszło na myśl żelazko? – dokończyła Genowefa.

– A bo taka dziewuszka od was, nowa łączniczka, podała okólnik dzisiaj. Nie wiem, od kogo. Że skrytki w żelazkach spalone. Więc…

– Sabina! Czy to ja zwariowałam czy ty? Jak to się stało!

Choć nóg już nie czuła, Dorota stała pośrodku „poczekalni”, między dwoma bujającymi fotelami, ukochanymi przez łączność miejską. Sabina kołysała się, słuchając rewelacji o żelazku. … Ile komórek już o tym wie? Ilu takich chłopców? Ile rodzin?… Tupnięciem zatrzymała bieguny:

– To Tuśka, zdaje mi się, zwariowała. Wasz Wilczek nie wpadłby na koncept… Idę! – wstała. – Gonić je obydwie, ale czy to dużo pomoże? Za dwa dni już po kawiarniach pójdzie detal, że AK w żelazkach nosiło radiostacje i granaty. .. W którym miejscu ona miała zastanowienie, Tuśka?! A i ja też, że mi nie wpadło ją przestrzec. Ale, Dorota, momencik, bo jak tu jesteś, mam interesy. O wyciągu z archiwum Łapci dostałyście?

– Nie.

– Dostaniecie przez pocztę dziś. I te mapy, bądźże człowiekiem. Do foto mają pójść, jak już ci coś mówię, to nie mięta…

Zbiegając wbrew przepisom razem, poinformowały się wzajemnie, co myślą jedna o drugiej z powodu map.

*

Pilny Wilczek nie zapomniał powtórzyć okólnika również w nieznanym sobie dotąd, romantycznym jak buda cyrkowa przybytku antykwarskim w podwórzu, gdzie spytał o „drezdeńskie wydanie dramatów Korzeniowskiego”, budząc lekkie zdziwienie paru bibliofilów – lecz zrozumienie u właściciela.
Po czym na Górce zastał Isię samą. Depesz nie nadesłali, chwała Bogu, z Kampinosu z powodu obławy na kolei, a więc kto żyw ślęczał dziś na chałupach. Dyżurująca Isia wypełniała czytelnym maczkiem długie, sklejane ramki, co było wstępną fazą zaszyfrowania meldunku-kobyły, a raczej jednego jego rozdziału.
– Pani je takie śniadanie jak więzień.

Isia wgryzała się w kostkę razowca-„dźwiękowca”, popijając wodą z betabionem. – Gdzieżeś ty widziała, dziecko, takie luksusowe więzienie? – rzekła pogodnie i sięgnęła po pocztę, zapaliwszy wprzód automatycznie papierosa: „Tylko pracowici ludzie, mawiała, doceniają rozkosze lenistwa, albo w zastępstwie – dymu”.

Znajomy jak „kogutek” i tak właśnie złożony liścik Władz Wyższych nie wyglądał na depeszę do „za”.

Spojrzała – i omal nie udławiła się.

– Wyciąg o „Pawle”? Zamówienie wyciągu?!

Wilczek oniemiał: Isia! Isia czerwona jak upiór, gulgocąca…

– A czy ty wiesz, kobieto – przełknęła wreszcie gliniasty kęs – że oni chcieli… i dostali to samo dwa tygodnie temu?! Nasze lube szyszki i mandarynki. A kopii za Boga nie wolno chować!… Czy mnie wzrok myli: na jutro? A czy wiesz, co to wyciąg z półtora roku korespondencji?

Dostrzegła wreszcie minę Wilczka. Wyprostowała zgniecionego papierosa i umieściła go na powrót w lufce.

– Flegmatyk, widzisz, dziecko, nie lubi, kiedy go drażnią. Tylko sangwinikom to dobrze robi: szczęśliwi ludzie. Na pewno nie strawię tego pieczywa… Bo ktoś tam z kimś drze koty, jak to było naprawdę w „Pawle”!… I nie skończymy M.117. Zaproponuj Szyszkom, żeby go wpisali za mnie i za Łapcię – dopiero nauczyliby się streszczać. Adresu Łapci nie znasz? Wiedziałam, pal licho.

– A pani nie zna?

– Znam, więc niestety muszę sama tam lecieć, niemowlę. A ty waruj tymczasem na Górce i niechaj się powiesi, kto czeka na twoją pocztę!

W godzinę potem Isia, wróciwszy na lokal, zastała tam Wilczka grzecznie „siedzącego na ogonie”. – Pierwszy raz od początku wojny zezłościłam się, no i właśnie okazało się szczęście w nieszczęściu – oznajmiła tajemniczo. – Boś tu siedziała zamiast uganiać z ozorem!

– Co?

– To, co mówię, Szczeniątko. Widziałam Tuśkę!

*

Dojrzała ją w powrotnej już drodze od Łapci, wyskakującą z tramwaju w pełnym biegu. – Isia! Czy masz gdzie Wilczka?… Zatkaj go, na miłość boską!

– Bo co? Nawalił?

– Nie! Ja nawaliłam. I to jak…

W tramwaju Tuśka spotkała dopiero co Dorotę.

Była to dwudziestka piątka, zdezelowana, szarpiąca i zdobywana szturmem na każdym przystanku. – Wyjść nie zdążyli – biadał zrezygnowany konduktor – a już siłą rzeczy pasażer pcha się do wozu. – Ludzie opuszczali wóz także siłą, rozchełstani, z nabytym impetem, jak zrzucani ze schodów natręci. –Jeszcze im szkoda wysiadać! – zakpiła dobrodusznie jakaś babina, ale Doroty nie ucieszył tak stosowny do sytuacji okruch warszawskiego dowcipu. Popychana, rzucana na ludzi, którzy wszyscy robili wrażenie trzęsących się z furii, odkryła, że tramwaj – po prostu tramwaj, nie co innego – jest prawdziwą zmorą życia. Jechała aż na koniec Szczęśliwieckiej, do przedpiekla zwanego Kwiaciarnią, lokalu Tuśki; i po kwadransie wóz opróżnił się cokolwiek. Lecz wtedy napełniły go dźwięki harmonii i najstraszliwszy, zdarty głos dziewczyński. I okazało się, że można wprawdzie zamknąć własne skrzypce na klucz, niepodobna jednak uniknąć kataryniarzy.

„Nam ducha nie złamie najsroższa niewola…”, wyciągało nieco wstawione dziewczę, gniotąc energicznie instrument.

… najsroższa niewola,
Ni obozy karmne, więzienie i głód…

– Nawet u wyciruchów ikra jest – pochwaliła handlarka, wysupłując złocisza.

W tej chwili Dorota dostrzegła Tuśkę i przepchnęła się ku niej. Nieznośny, nierozumny gniew, jaki wzbudziły w niej „obozy karmne”, znalazł natychmiastowe ujście.

– Coś ty zrobiła? – syknęła jej w ucho. – Coś zrobiła! Nie wiesz?

Na pomoście było pusto. – Jeśli gadanie o żelazku dojdzie szkopów, to zrozum: koniec z Uną…

– No więc co będzie, Isia?… Pani Isiu? – Wilczek, naprawdę tym razem blady, przysięgał sobie, że w życiu nie wymówi słowa „żelazko”.

– Nie twoja wina w każdym razie, Wilczek. Leć teraz odszczekiwać: to znaczy zamykać każdemu z osobna buzię. Może nie rozpaplali jeszcze bardzo…

– Ale że też Tuśka!

– Jednego, co się nauczysz kiedyś całkiem na pewno… – urwała, spostrzegając, że Wilczka już nie ma.
Rozłożyła stronicę M.117. I zastanowiła się, że rozsądku i przezorności może jednak nie nabyła w robocie więcej, niż miała poprzednio. Co przychodzi z czasem, to węch i pewne impulsy. A impulsy mogą nagle zmylić…

Dlatego w trzecim czy czwartym roku roboty niepodobna nie stać się choć trochę przesądną.

Nie spotkałaby się z Tuśka, nos w nos, gdyby primo – ta ostatnia nie wyskoczyła na swych wysokich obcasach w biegu prawie pod auto, i secundo, gdyby ona, Isia, nie zamarudziła się równie nieprzepisowo u Łapci. No i jeszcze gdyby łagodna Dorota nie „wyszła z nerw”.

Ten M.117 nie ma za to szczęścia. Ale to właściwie Łapcia rozgadała się ni stąd, ni zowąd, a nie ona.
W archiwum na Żelaznej Isia nie była od czasu, gdy pomagała Łapci zainstalować się tam. Nie wypadł jej jednak z głowy przepisowy dzwonek i prawie zaraz błysnęły nad łańcuchem okulary.

– Ale ja nie skończyłam jeszcze wpisywania! – Łapcia ściągała z niej gwałtem mokry płaszcz.

– Dawaj mi wszystko, co masz. Bo tu jest pasztet dla ciebie: da capo parszywy „Paweł”. Na jutro!
Wrażenie było słabsze, niż oczekiwała zwiastunka. Zdaje się, że w ogóle Łapcia przeceniała wyrozumiale trudy Szyszek w porównaniu z trudami zwykłych pestek. A w tej chwili triumfująco napełniała wywarem Wojtona jedyną posiadaną filiżankę.

– Raczyło się zagotować na twoją cześć! I wyobraź sobie: kałamarz, ramka, wszystko na tym stole poszło wtedy w drzazgi, a filiżance nic!

– Acha – Isia zdążyła sobie przypomnieć, że filiżanka jest imieninowym darem od komórki oraz że parę tygodni temu musztardowi wrzucili tu przez okno granat w czasie jakiejś nocnej rozróby. Parterowa, posępna klitka i nowe, tandetne meble, z których połowa była skrytkami, nie wyglądały korzystniej po tej przygodzie. Z poprzedniego swego mieszkania Łapcia, wzór dyscypliny, wysiadła tak, jak stała: bez jednego łaszka, rondla czy skorupy.

– Ale, dowód dla ciebie wczoraj przyszedł, Łapcia. Tu masz podpisać.
Ów nocny granat Ochronka uznała za przypadkowy, ale dla pewności zastąpić kazała pomarańczową arbeitskartę, zwyczajne świństwo do pokazania tylko z daleka łapaczom – „lewym prawdziwym” dowodem karmicielki wszy w Instytucie Higieny.

Fotografia Łapci na tym solidnym dokumencie nadawała się, jak zresztą wszystkie ówczesne, raczej do listu gończego przez swój wyraz ponuro-chudo-zbójecki.

„Gdzie leży linia szczęścia?”, pomyślała Isia, parząc usta herbatą: „Od jakiego to zera w górę jest się szczęśliwym? Ja podobnie całkiem wyglądam na każdej foto i głowa ciągle mnie boli, a jednak…”

W epoce tego zdjęcia Łapcia mieszkała jeszcze z córką w milutkim pokoju z alkową na zielonym Mokotowie, bywała przyzwoicie ubrana i miała książki. Po prostu, widać, haniebnie fotografują.

– Ten Wojton-Ekstra nie wiadomo, czy jest gorszy w stanie płynnym w herbacie czy siekany w papierosie – westchnęła Isia z bezceremonialnością wojennego gościa. A Łapcia się roześmiała. Niespodziewanie głęboko, wesoło.

Isia ją zrozumiała – dziwnie dobrze, chociaż nie z nazwiska, znały się: „Bodaj że teraz dopiero ona ma czyste, wesołe sumienie!”. Kiedyś, w trakcie odległej dyskusji religijnej, Łapcia wyznała, jak boi się o chrześcijan, i o siebie w szczególności, gdy bierze pod uwagę, że faryzeusz oddawał biedniejszym dziesięcinę i ani ziarnka mniej…

– Nie wiem, czy to kumkanie chóralne upodabnia nas powoli niczym żaby, ale ja na przykład zaraziłam cię guzdralstwem.

Taką opinię wygłosiła Isia, zapalając jeszcze jednego krótkiego papierosa z tych, które w trzydziestym dziewiątym roku nazywało się nalotowcami. I o tyle miała rację, że podczas gdy kurzyła dwa poprzednie, Łapcia ani nie zabrała się do wyciągu, ani nie spakowała M.117. Cóż, w tej pustelni na Żelaznej gromadziły się jej nie tylko szpargały, ale też wątpliwości i pół-wątpliwości – i przy spotkaniu wyrzucała to ze siebie spiesznymi, urwanymi zdaniami, których nie zrozumieliby postronni.

Tym razem błyskając „tragicznie” okularami chciała wiedzieć, czy Isia zna słowa Norwida o konspiratorczykach?

– Nie pamiętam. Ale zgaduję, że to znowu jakaś mała zadra.

– Bo słuchaj, ja naprawdę czasem… A ty nie?

– Dlaczego nie występujesz z tym do Doroty?

– Bo ty właśnie jesteś całkiem inna niż ona i niż ja.

– Ale Dorota tak samo by ci odpowiedziała – „trin trawa”.

– Jak? – Łapcia była z Krakowa.

– „Naplewat’”.

– Isia, ty czasem udajesz, niedługo powiesz jak Sabina (czy też jej siostra?): płatne patriotki!

– A no bo swoją drogą płacą nam, nie? Oszalałabym, gdybym miała handlować.

– A ja…

– Czekaj, a czy znasz słowa Norwida: „…kto jest subtelniej na świecie szczęśliwy…” – czy jakoś podobnie?

Na to Łapcia aż zdjęła okulary. Zawsze dostrzegało się wtedy, jak bardzo jest mizerna i zmęczona. – Szczęśliwe konspiratorczyki?… – szepnęła jakby żując coś niesmacznego.

– Daję ci słowo honoru, że jest mi wszystko jedno, jak nas można nazwać.

– Tak gadasz, bo jako psycholog wierzysz w inteligencką przekorę.

– …I chcę cię podnieść na duchu? Jedno ci tylko mogę powiedzieć naprawdę pocieszające: nie zostaniesz na pewno pułkownikiem! A jedno niepokojące: diabelnie jest późno!

Wstała i znów zaczęła szukać wiecznie gdzieś zakamuflowanej zapalniczki.

– Całą reszta to już kwestia gustu. Mnie na przykład odpowiada trzeźwość piosenki „Jak to na wojence ładnie… Koledzy go nie żałują” itd. A ty jesteś jak Norwid antyromantyczka, ale powtarzasz sobie…
Zerknęła w okulary Łapci, które migotały wyczekująco.

– Mówisz sobie, wiesz, ile razy usłyszysz normalną mowę pogrzebową o kimś: – Nie żyje już, chwała Bogu, spokój… – To swoją drogą postęp, nie uważasz: taki zanik panegiryzmu i łezki?…

– Że co powtarzam sobie?

– Wiersz Słowackiego – Isia trzasnęła wreszcie zapalniczką – „Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy: niechaj nas przecież widzą, gdy konamy”.

– Nie – zapewniła Łapcia prędko, jakby oczekiwała niespokojnie innych słów. – Ale to jednak piękny wiersz.

– Czy uwierzysz, że Nula beczała w szkole podczas patriotycznych obchodów? Wściekało ją to już wtedy, ładnych paręnaście lat temu, ale łzy jak z niedokręconego kranu. W kinie też… Ja nie wierzę nawet w Słowackiego. Łaskotliwość gruczołów.

– Ależ jesteś gaduła.

– Już wieję!… Przyjemnej zabawy z „Pawłem”. Wycięłaś pewnie nazwiska i będziesz musiała „od”?

– Nie, bo pamiętam – Łapcia spuściła oczy. Tej historii, historii „Pawła” naprawdę trudno było zapomnieć.

– Ale ja na pokarm dla ducha oraz narkotyk do poduszki biorę twoją cząstkę M.117.

*

Nula zdołała nogę umieścić na stopniu, gdy tramwaj ruszał, lecz w tejże chwili ktoś ściągnął ją za płaszcz tak energicznie, że musiała zeskoczyć.

– Achtung, du kleine… – Niemiec wznosił się na nią jak wieża, ale nim zdążyła się przestraszyć, dojrzała opaskę kierownika ruchu. Auto przeszumiało obok, oświetlając jej twarz. – Achtung, Mutti – poprawił się żandarm.

Poczuła się rzeczywiście stara nad wiek, bo kolana nieco jej drżały, gdy bez słowa oddaliła się. W ciemności pomacała wałek włosów, był mocno zakręcony. Gdyby ten niedźwiedź był łapaczem, nie zdołałaby wyjąć i połknąć japonki ze straszliwie jasnym tekstem.

Spiesząc wzdłuż szyn opustoszałym tunelem ulicy, rozpuściła włosy i bibułkę wsunęła w palec rękawiczki. Słusznie czy nie?… Czy miała też rację iść, zamiast czekać na następny tramwaj? Za trzydzieści pięć minut godzina policyjna. Mowy już nie ma, żeby wrócić potem do domu, ale żeby chociaż dojechać w porę! Dziesięć minut temu skończyła czytać depeszę; a przed godziną – tak, już przy karbidówce – wpadła nagle na jej sekret, niesamowicie prosty po tylu żmudnych, zawiłych próbach. Przez całą noc poprzednią dopatrzyła się w owym „nieczytelniaku” tyle tylko, że musi to być podwójny szyfr: do poufnych wiadomości. Świetnie, tylko że Joci nie dosłyszawszy, połknęli połowę cechy… Nie śpiąc wcale dzięki pastylkom niemieckiej pervitiny i świecąc latarką pod kołdrą – bo niestety nocowała z nią dziś niewtajemniczona rodzina z Pruszkowa – kartkowała tam i z powrotem „Odprawę posłów greckich”. Już w szkole obrzydzono jej gruntownie „Bibliotekę Narodową”. A od trzech lat nabrała szczególnego i obcego znawcom poglądu na niektórych klasyków. Największą, rzecz prosta, zaletą Kochanowskiego była zwięzłość: tak jakby z góry przewidział, że radiooperator może nie dosłyszeć grupy z oznaczeniem stronnicy… Dopiero jednak nad ranem metoda jej, na wpół racjonalna, a na wpół intuicyjna, wydała pewien rezultat. Z kolejnego numeru depeszy dokopała się długości wierszy użytych tym razem: jako że cyfry siedzą na początku i na końcu. Dalej dopomógł jej nos: tak, tak od razu czuła coś do „Białoskrzydłej morskiej pławaczki”… Omal jednak nie usnęła z rezygnacji, przekonawszy się, że trafiła całkiem dobrze – ale poza cyframi nie wychodzi nic! Jasne, że to nie tylko dziury w odbiorze, lecz pomyłka londyńska. Cholerna rzecz w tak precyzyjnym szyfrze (który od trzech lat chodząc po eterze, śmiało wyzywa nasłuch szkopskich specjalistów). Jasne również, że zupełnie rozbudzona pracowała w dalszym ciągu, zapominając o obiedzie. Wybiegła tylko po karbid o zmroku. I wtedy, właśnie bodaj w drodze, spadło na nią olśnienie. Przecież tam przechowują spokojnie warsztat szyfrancki – a nuż złapali bazę z wczorajszym hasłem? Oni też czasem się spieszą! Krótka depesza nosiła znak K.K.K. O ósmej wieczór już widziała, że ma rację: litery najgrzeczniej w świecie ustawiały się teraz po porządku. O ósmej dwadzieścia porwała z wałka maszyny gotowy tekst. O tak, nie było ani chwili czasu do stracenia. Wypadła z domu, spuściwszy kalkę, bruliony oraz szyfr, nieczytelny dla nikogo oprócz niej. Lecz oto tramwaj uciekł i żandarm spłoszył ją z przystanku. Na następnym trzeba wysiąść. Ale niespodziewanie druga siedemnastka przebiegła obok niej rozdzwoniona na pustej żoliborskiej trasie. Nula zaczęła biec, było to jednak beznadziejne. Przystanęła, łapiąc oddech. Wiedziała, że serce tłucze się w niej nie tylko z powodu niewyspania i pervitiny. Dlaczego Isia, kuzynka i przyjaciółka w tylu rzeczach do niej podobna, nie boi się nigdy? To po prostu głupio! Zwykły rachunek prawdopodobieństwa: ktoś musi wpadać, skoro jest ciągłe polowanie; no a jeżeli się zawsze nosi jakiś materiał… Isia nosiła go zawsze, Nula nie zawsze. Może dlatego właśnie nie mogła go nie czuć na sobie, jakby to była swędząca krostka. Nie ukrywała, że woli chodzić bez materiału, niż z materiałem, a tak naturalna skłonność długo dziwiła Żaby; potem przyzwyczaiły się do niej jak do dziwactwa. Zawsze robiąc swoje, ostatecznie nie potrzebowała się wstydzić. Co więcej, w trzydziestym dziewiątym roku była sanitariuszką u Dzieciątka Jezus i także robiła swoje: co nie znaczyło, by nie bała się bomb i pożarów. Ale aresztowania bała się również, i może więcej – podczas gdy na wskroś racjonalne osoby z przyrodniczym wykształceniem zachowywały się, i to całkiem szczerze, jakby miały czapkę-niewidkę albo jakby szkopy byli w ogóle powietrzem. Pełna zazdrości dla tak cudownego ułatwienia życia, Nula szła szybkim, mechanicznym krokiem w kierunku „Dzwonka”. Z ostatnim słowem depeszy, jak odpowiedź na jeszcze jedno trudne pytanie – wyskoczył w jej pamięci ten stary alarmowy punkt Jotów. Byle dotrzeć tam, to już oni muszą znaleźć sposób, żeby uprzedzić lądowisko przed północą. Ale widziała już teraz, że godzina policyjna zastanie ją w drodze, na ulicy. Piastując depeszę w dłoni,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Literatura i moralność. Czy powieści uczą, jak żyć?