Szukałem – ma się rozumieć – osób wrażliwych, inteligentnych, dobrze władających piórem. Ktoś ze znajomych wskazał mi Jankę. Nie była mi zupełnie obca, na łamach paryskiej „Kultury” czytywałem jej żywo i z pazurem pisane recenzje książkowe. Zadzwoniłem więc do niej, do Kopenhagi, wyłuszczyłem, na czym mi zależy, i umówiliśmy się na pierwsze telefoniczne nagranie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, zrazu tylko telefoniczna. Musiało minąć dobrych kilka lat, w czasie których niejeden tekst zapisaliśmy na taśmie magnetofonowej, nim pojechałem do Kopenhagi. Na lotnisku czekała na mnie Janka. Pierwszych lodów nie trzeba było przełamywać; znaliśmy się przecież już dobrze, a nawet bardzo dobrze, ponieważ koncentrując się na głosie rozmówcy, musimy z samego dźwięku wydobywać to, co najważniejsze; byliśmy już po imieniu. Nasze trzydniowe rozmowy toczyły się wartko. Mówiliśmy o literaturze i kulturze, o poezji i prozie, o polityce i historii, o ciekawych ludziach i wspólnych znajomych. Załamywaliśmy ręce nad duchowym spustoszeniem wyrządzonym przez komunizm, wymienialiśmy uwagi na temat bezbrzeżnej głupoty europejskiego lewactwa, biadaliśmy nad losem „dobrych dzieci”, które troszczyły się o ciemiężonych i wyzyskiwanych. Pełne patosu, idealizmu i dobrej woli, stawały się „użytecznymi idiotami” i poputczikami profesjonalnych rewolucjonistów. W tle tych rozmów pojawiał się Dziennik pisany nocą Herlinga-Grudzińskiego, ostre, a nawet bezlitosne sądy pisarza, który nie był w stanie darować naiwności, z jaką wielu zachodnich intelektualistów, a nawet polityków traktowało komunizm. Ale Janka nie lubiła Herlinga. Ceniła i szanowała go jako pisarza, często się z nim zgadzała, ale miała go za człowieka nazbyt zapatrzonego w siebie i w swoją literacką wielkość. Opowiadała mi nawet, że się na nią obraził, kiedy zirytowana powiedziała mu jakąś złośliwość. Rozmawialiśmy również o Żydach. Dla Janki żydowskość to nie tylko własna tożsamość, to tajemniczy los, który jak cierń tkwi w duszy i nigdy nie daje spokoju. O tym losie, splecionym jak gruby warkocz z wątków polskich i duńskich, z katolickich i komunistycznych, z pamięci i zapomnienia, opowiada jej książka zatytułowana Moje życie barbarzyńcy. To opowieść o dzieciństwie, w którym tragiczne i niezrozumiałe dla dziecka wojenne losy Żydów łączą się z równie niepojętymi obrazami polskich partyzantów i z magiczną miłością do Najświętszej Panienki. Ojciec Janki zginął w obozie w Płaszowie pod Krakowem, zastrzelony z zimną krwią przez komendanta Amona Goetha, który został po wojnie skazany i stracony. Matka przeszła przez kilka obozów hitlerowskich, ale przeżyła, inni członkowie rodziny nie mieli takiego szczęścia. Siostra matki i jej mąż uciekła do Lwowa, a po wkroczeniu Niemców ukrywali się w bunkrze. Kiedy bunkier został otoczony, mąż ciotki imieniem Wilek zastrzelił najpierw ją, a potem siebie. Jankę oddano do polskiej rodziny na wieś pod Krakowem. Przyjęta została za pieniądze, ale niewykluczone, że jej opiekun chciał mieć na przechowaniu żydowskie dziecko jako alibi, ponieważ nie miał czystego sumienia. Owszem, pomagał Żydom w ucieczce do Rumunii, ale prawdopodobnie pracował również dla Niemców. I być może sam z pochodzenia był Żydem. Dziewczynka szybko zapomniała o swojej prawdziwej matce i przywiązała się do przybranych rodziców. W Dobczycach było jej dobrze. Została ochrzczona i nauczono ją katolickiej wiary. Modliła się i spędzała długie godziny na klęczkach przed rzeźbą Najświętszej Panienki. Przemawiała też do obrazów świętych wiszących na ścianach i wymyślała ich odpowiedzi. Czy była żarliwie wierząca? I tak, i nie. Wierzyła, w dziecięcej naiwności ducha przekonana była o mocy, a nawet wszechmocy świętych postaci, z którymi często rozmawiała. Z perspektywy czasu nazwie ich swoją duchową podporą. Ale ta duchowa podpora tkwiła w świecie dziecka, które potrzebuje nie tylko wsparcia, ale i zabawy. W książce Najświętszą Panienkę nazwie swoją ulubioną zabawką, i nawet nie pierwszą. „Pierwszą był gumowy marynarz. Krótko po tym, jak zamieszkałam w tym domu – opowiadała mi to później matka – płakałam i krzyczałam, chciałam z powrotem do Loli [matki]. No i dostałam marynarza. Czar musiał być mocny; zapomniałam o Loli, zapomniałam wszystko, co było przedtem. W moim krótkim życiu marynarz był słupem milowym”. Takim samym słupem milowym była Najświętsza Panienka, opiekunka i pocieszycielka, która z powodzeniem potrafiła przeciwstawić się wszelkiemu złu. Ta dziecięca wiara przetrwała rozstanie z przybranymi rodzicami i powrót do matki po wojnie. Dziewczynka chodziła nadal do kościoła, modliła się i nalegała, by matka się ochrzciła. Nie mogła przecież wylądować w piekle; kiedyś opowiadała, że już tam była. Lecz matka nie dała się przekonać: „Oczywiście, głupia, powiedziała nie”. Później chodziła z matką na szabasowe kolacje do państwa Rottenbergów. Uwielbiała jeść, uwielbiała karpia po żydowsku, którego tam podawano oraz śpiew starszego syna gospodarzy imieniem Dudek. Dlatego tak chętnie tam chodziła. Dudek miał młodszego brata imieniem Henryczek, który podobał się Jance. Po latach tak o nim powie: „Mój pierwszy ideał, jeśli nie liczyć Najświętszej Panienki, krwawiącego serca Jezusa, świętej Teresy, a krótko potem Józefa Stalina, Feliksa Dzierżyńskiego, Lenina, Marksa i Engelsa”. Splot zapewne dziwny, ale Janka pokochała komunizm tak samo mocno, jak Jezusa i nie zaprzątała sobie głowy tym, że między jedną a drugą miłością być może istnieje sprzeczność. Będąc już w szkole, uważała się za dzielną żydowską chrześcijankę, a ponieważ lubiła prowokować, spotykając żydowskich przyjaciół matki, pozdrawiała ich słowami „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Kiedy zwrócono jej uwagę, że jest Żydówką, odparła, że przecież Jezus też był Żydem. Nie umiała wówczas – jak powie po latach – odróżniać fantazji od rzeczywistości. W szkole została aktywistką. Należała do ZMP i wygłaszała wiele mów o nieuniknionym zwycięstwie postępowych sił nad siłami reakcji. Co wtedy czuła? Kiedy przyszło otrzeźwienie? Możemy się tylko domyślać. Pisząc o sobie i swoim dzieciństwie, odsłaniając własną głupotę i naiwność, Janina Katz w gruncie rzeczy nie zaprasza nas do swojego wnętrza. Cała książka pełna jest niedopowiedzeń i przeniknięta delikatną ironią. Mówiąc o swojej komunistycznej wierze, Janka uśmiecha…