Subskrybuj
Profesor ekonomii na Uniwersytecie w Tuluzie we Francji. Wcześniej wykładał w All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz w Churchill College w Cambridge. Jest specjalistą w dziedzinie mikroekonomii oraz w teorii organizacji.

W pogoni za nieszczęściem. Paradoksalna motywacja i zniweczenie charakteru w Portrecie damy Henry’ego Jamesa

Chciałbym posłużyć się postacią Isabel Archer jako przykładem zjawiska, które nazwałem zniweczeniem charakteru, ponieważ postać Isabel stanowi jeden z najbardziej dopracowanych przypadków takiego charakteru. Jest ona także przykładem, jak niezwykle silny wpływ modele literackie i artystyczne mogą wywierać na nasze koncepcje charakteru w życiu pozapowieściowym.

„In de Beschraenkung zeigt sich erst der Meister“.
Goethe, Natur und Kunst

Wartość pojęcia charakteru w ocenie etycznej ponownie spotyka się z zainteresowaniem filozofów. Charakter godny podziwu rozumie się dzisiaj już nie tylko jako zbiór dyspozycji do podejmowania podziwu godnych czynów; pojawia się bowiem myśl, że przynajmniej część cech, dzięki którym czyn staje się godny podziwu, wynika z tego, iż jest on ekspresją godnego podziwu charakteru. Jakość etyczna czynu czy też stanu rzeczy może zależeć od tego, kto jest jego wykonawcą czy sprawcą. Żeby uczynić tę myśl przekonującą, co nie jest łatwe, trzeba wykazać, że takiego indeksowania oceny w zależności od jednostki nie można uważać za oburzająco arbitralne, zarazem jednak nie nadając mu ukradkiem uniwersalistycznych przesłanek, na przykład w kategoriach moralności grup czy serii działań, co całkowicie pozbawiłoby charakter wewnętrznej mocy wyjaśniającej . Nie jest to trudność nie do pokonania, a pojęcie charakteru jest pojęciem przekonującym, choć nie zostanie tutaj przeprowadzona jego bezpośrednia obrona. Zachowuje ono jednak pewne niepokojące cechy, niepokojące nie dlatego, żeby umniejszały one jego intelektualną wiarygodność, ale dlatego, że odbijają pewne niepokojące wewnętrzne nurty naszego życia moralnego. W niniejszym artykule zbadam, w jaki sposób charakter może zostać zniweczony przez dążenie do posiadania lub uformowania charakteru, w rezultacie czego zdrowe moralnie postaci skłaniają się ku świadomemu i popartemu jasnym rozeznaniem rzeczy dążeniu do celów perwersyjnych lub paradoksalnych. Isabel Archer, bohaterka powieści Henry’ego Jamesa Portret damy jest kobietą o nadzwyczajnej subtelności i wrażliwości moralnej, posiadającą wszelkie wewnętrzne walory i możliwości spełnienia, która w wyniku serii jasnych i świadomych wyborów kroczy ścieżką prowadzącą ku wielkiemu i niepotrzebnemu osobistemu nieszczęściu. Wynika to bynajmniej nie ze zwykłego błędu, choć do pewnego stopnia mamy do czynienia także z niewłaściwą oceną sytuacji. Nie jest to również wynik niedojrzale tragiczniej wizji życia, która by prowadziła ją do postrzegania swoich działań poprzez heroiczne opisy. W żadnym z tych przypadków nie przyciągnęłaby do tego stopnia naszej uwagi. W samej ścieżce, którą kroczy Isabel, jest coś, co ją pociąga – i to właśnie stanowi fundament jej nieszczęścia.

Jeżeli przyjmiemy którąkolwiek wersję tezy, że interpretacja zachowania wymaga przypisania pobudek, jakich sami możemy doświadczać, napotkamy tu paradoks. Dążenie do szczęścia jest jedną z najklarowniejszych pobudek: fakt, że jakieś działanie niesie prawdopodobieństwo zwiększenia naszego szczęścia jest pro tanto powodem do jego podjęcia, i to powodem nie wymagającym żadnych dalszych wyjaśnień czy usprawiedliwień . Dlatego też przypisywanie takich motywów innym nie ujawnia żadnych zagadek interpretacyjnych. Na prawach kontrastu – niebezpieczeństwo nieszczęścia nie wymaga żadnych dodatkowych wyjaśnień jako pobudka do unikania pewnych działań. Ta symetria funkcjonuje tak jak powinna, w przeciwnym bowiem razie dobre powody do podejmowania działań nie miałyby większej mocy niż złe, przestałyby więc być powodami; a przy interpretacji zachowania innych arbitralne przypisanie pobudek miałoby równą siłę przekonywania, co jakiekolwiek inne wyjaśnienie. Isabel Archer jest wszakże osobą, dla której nieszczęście straciło pro tanto siłę zniechęcającą, a przeciwnie, zaczęło wręcz wywierać na nią jakby magnetyczny wpływ. Zagadka jest zarazem psychologiczna: jak nieszczęście może kusić? – i interpretacyjna: jak Henry James zdołał przekonać nas, że jest to motywacja sensowna?
Niektórzy mogą taką charakterystykę Isabel Archer uznać za tendencyjną. Jest też inny sposób postawienia tego problemu. Pod koniec książki Isabel przyjmuje wizytę Caspara Goodwooda, starającego się o jej rękę Amerykanina, którego oświadczyny odrzuciła, aby móc kroczyć własną drogą. W międzyczasie Isabel dziedziczy po mężu swojej ciotki sporo pieniędzy i za jego radą odbywa podróże po Europie. Chociaż pieniądze zapewniają jej wszelkie środki do tego, by móc kroczyć własną drogą, by, jak to określa, mogła „sama kierować swoim losem i dowiedzieć się o ludzkich sprawach czegoś więcej”, ona jednak zawiera nieszczęśliwe małżeństwo z Gilbertem Osmondem. Podczas spotkania Goodwood nakłania ją, by opuściła męża i wyjechała z nim do Ameryki. W tym momencie jest już całkowicie jasne, że jedynym sposobem na to, by Isabel mogła uratować i odbudować własne życie jest porzucenie Osmonda, człowieka niegodziwego, który potrzebuje Isabel tylko do tego, by ją upokarzać. My, czytelnicy Jamesa, wciąż z nią współczujemy i chcemy, żeby była szczęśliwa. Uczucia te budzą się w nas choćby częściowo z tego powodu, że rozpoznajemy jej zachwycające cechy moralne. Nie ma jednak mowy o tym, by Isabel przystała na błagania Goodwooda. Byłoby to całkowicie niemożliwe dla osoby, która posiada taki charakter, jaki – o czym wiemy – posiada Isabel . Co sprawiło, że wytworzył się w niej ów paradoksalny charakter? I w jaki sposób udało się Jamesowi wyposażyć ją w ten charakter, nie pozbawiając jej równocześnie naszego współczucia i sympatii?

Chciałbym posłużyć się postacią Isabel Archer jako przykładem zjawiska, które nazwałem zniweczeniem charakteru, ponieważ postać Isabel stanowi jeden z najbardziej dopracowanych przypadków takiego charakteru. Jest ona także przykładem, jak niezwykle silny wpływ modele literackie i artystyczne mogą wywierać na nasze koncepcje charakteru – a zatem i na koncepcję kształtowania charakteru – w życiu pozapowieściowym. Spoza kart wspaniałej książki Jamesa przebija sugestia, że Isabel Archer jest tym, kim jest, bo przeczytała zbyt wiele wspaniałych książek. Teoretycy literatury mogą uznać, że jestem staroświecki, radośnie utrzymując, iż powieść może traktować „o życiu”. Nie chcę tu wchodzić na „pole minowe” tej dyskusji, stwierdzę zatem tylko, że nawet jeśli jednym z osiągnięć teorii literatury jest detronizacja przekonania, iż literatura musi koniecznie być „o czymś” wobec niej zewnętrznym, to ów pożądany antyesencjalizm nie wyklucza możliwości, by konkretne dzieło literackie problemy życia podejmowało. Portret damy z pewnością to czyni , jakie zatem mamy powody, by twierdzić, że to niemożliwe? Trudno utrzymywać, że jeśli literatura nie ma esencjalnie rozumianych funkcji, to znaczy, że istnieją funkcje dla niej zakazane.

Najważniejsza przyczyna, by w ten właśnie sposób posłużyć się powieścią Jamesa wynika stąd, że James rozumiał, iż skoro nie można przedstawić ogólnych przyczyn, dla których docenia się charakter – jeśli nie ma reguł czy warunków wystarczających, by charakter uznać za godny podziwu – należy cechy moralnie godne podziwu nie tyle opisać, co przedstawić . Jedynym sposobem na zdefiniowanie wartości moralnej jest wskazanie na nią , zwrócenie na nią uwagi w momencie, w którym się objawia. James, jak w licznych artykułach wykazała Martha Nussbaum, był orędownikiem jednostkowości w percepcji i działaniu, wartość odruchu wrażliwości przeciwstawiał wszystkiemu, co uregulowane i usystematyzowane, harmonia nietypowych, lecz znaczących szczegółów przewyższa według niego wielkie założenia, etykę Arystotelesa stawia on ponad etyką Kanta . Napomnienie moralne u Jamesa nigdy nie jest dane wprost, ale poprzez poddanie nam pod rozwagę charakterów. Charakter może stanowić centralne zagadnienie w życiu etycznym, ale jeśli staje się centralnym zagadnieniem dla tych, którzy prowadzą etyczne życie, może ich doprowadzić do klęski.

W całej powieści widzimy Isabel Archer jako kobietę podejmującą liczne wspaniałe i wielkoduszne działania, co najmniej w tym samym stopniu z chęci stania się postacią, która by takie działania podejmowała, jak i z odruchu, by podejmować te działania jako takie. Jest w tym pewna szlachetność: James tylko w nielicznych sytuacjach przypisuje jej pragnienie, by ukazywać się jako charakter konkretnego typu lub robić na innych wrażenie takiego charakteru, w odróżnieniu od pragnienia stania się ową postacią. Jakaż to jednak przemożna chęć. Od pierwszej sceny, gdy widzimy Isabel z bliska, w rozdziałach 5 i 6, kiedy jej kuzyn Ralph pokazuje jej obrazy w Gardencourt, otrzymujemy stale potwierdzenia jej planów samodoskonalenia. „Isabel mocno postanowiła, że nie będzie kobietą pustą” (63). Uważa ona, że „trzeba być kimś wartościowym, świadomym harmonii swego organizmu (…), przebywać w strefie światła, naturalnej mądrości, radosnych impulsów i nieustannie łaskawego natchnienia” (60). „Uczucia strachu i wstydu” – myśli Isabel – „są odrażające” (61). Boi się, że mogłaby zrobić na kimś wrażenie osoby o ciasnych horyzontach (71). „Namiętnie pragnęła być sprawiedliwa” (384). Ma skłonność do oceniania innych, a szczególnie ewentualnych zalotników, pod kątem „wizji natury moralnej, [które] skłaniały ją do rozważania, czy są godne jej wzniosłej duszy” (117). Inni także zauważają tę jej właściwość: Ralph mówi, by nie starała się „tak usilnie kształtować swojego charakteru” (248). Matka Ralpha, pani Touchett zauważa, że Isabel „chce być bezinteresowna” (306). Kiedy jej życie zaczyna zmierzać w złym kierunku, Isabel myśli przede wszystkim o tym, w jakim stanie wyjdzie z tego jej charakter: gorąco pragnie „mieć przeświadczenie, że nie ściągnęła na siebie nieszczęścia z własnej winy” (541), udowodnić, że „nie jest istotą powierzchowną” (542). Przybycie z Ameryki jej dawnej przyjaciółki, Henrietty Stackpole, jest dla Isabel pocieszeniem nie tyle samo w sobie, co z tego powodu, iż pozwala jej (w sposób zarówno niedorzeczny, jak i smutny) pielęgnować w sobie przekonanie, „że nie myliła się, ceniąc zawsze wysoko Henriettę” (543). Otrzymujemy zatem aż nadmiar dowodów od pisarza, który, poświęcając tyle słów drobnym tarapatom życia towarzyskiego, nie zawsze skłonny jest aż tak bezpośrednio wyrażać tarapaty poważniejsze. Mamy też dostatek niebezpośrednich, wtrąconych uwag, w których sądy Isabel o innych, często niezauważalnie, stanowią zwierciadło dla jej własnej natury (na przykład kiedy używa słowa „ograniczony”, mówiąc o lordzie Warburtonie, owym wykształconym, zachwycającym i odrobinkę, w jakiś niezdefiniowany sposób, nudnawym pośle liberalnym, którego propozycję małżeństwa odrzuca).

U Isabel skupienie na własnym charakterze nie jest wadą w wielkim stylu. Jest to wada tak codzienna, tak zwyczajna wśród ludzi o najmniejszej choćby skłonności do refleksji, a często też tak niewinna, że niewielu z nas nie poruszy i w pewnym sensie nie otrzeźwi lektura przedstawiająca ją i pokazująca, jakie szkody może przynieść.

To jest poniekąd jej moralne nieszczęście, że oto ona, Isabel, kobieta inteligentna i wrażliwa, mając czas i zachętę do podróżowania po Europie, a także niezależność, którą zawdzięcza sporemu dochodowi, posiadająca także wdzięk i elegancję, co powinno pozwolić jej bez żadnego wysiłku zdobywać przyjaciół i wielbicieli, że mając to wszystko, musi w tak wielkim stopniu pozostawać na własnej łasce. Jak to się dzieje? Pierwsza próba odpowiedzi wymaga rozróżnienia dwóch głównych aspektów skupienia na własnym charakterze, które może być dla niego niszczące. Pierwszy jest potoczny: skupienie takie może z powodów psychologicznych utrudnić poczynienie kolejnych kroków, jakich wymaga osiągnięcie upragnionego celu. Samoświadoma koncentracja może zniweczyć pożądane działania, na przykład zapadanie w sen u cierpiących na bezsenność czy ruch u pareczników. Drugi aspekt jest logiczny: bardzo wiele koncepcji oceny etycznej żeruje na sądach dotyczących motywacji. Można powiedzieć, że jednostka posiada jakieś cechy moralne, ponieważ kierują nią pewne pobudki powiązane ze sobą w odpowiedni sposób, a zatem gdyby jej motywacja była inna, to mogłaby nie posiadać takich cech, szczególnie jeśliby owa motywacja nie kierowała się ku posiadaniu cechy moralnej, o której mowa. Być motywowanym do altruizmu nie znaczy to samo, co być altruistą. Być pokornym to nie to samo, co mieć motywację do tego, by być osobą pokorną. Być spontanicznym to nie to samo, co próbować być osobą spontaniczną. Ta obserwacja sprawdza się także w odniesieniu do nikczemnych osób i nikczemnych motywów. Zabić kogoś z zemsty to jednak nie całkiem to samo, co zabić po to, by uchodzić za osobę zdolną do zemsty (nic dziwnego, że Hamlet czuł się zagubiony). W pierwszej chwili wygląda więc na to, że zniweczenie charakteru w myśl drugiego z powyższych aspektów zjawiska jest całkiem różne od przypadku aspektu pierwszego. Zwyczajne zniweczenie zwykle wymaga samoświadomości; John Elster opisał pewne niebezpośrednie strategie auto-manipulacji stosowane przez jednostki, które pragną osiągnąć jakiś cel, ukrywając przez samymi sobą żywą świadomość tego pragnienia . Niweczenie logiczne jest jednak całkowicie niezależne od tego, czy proces ów jest świadomy czy nie. Już sama pobudka, by posiadać pewien określony rodzaj charakteru, może całkowicie uniemożliwić osiągnięcie tego celu. Część problemu Isabel Archer polega na tym, że – jak będę usiłował wykazać – charakter, jaki pragnie ona posiadać, należy właśnie do tego rodzaju. Dalsza refleksja wykazuje jednak, że wspomniana dychotomia jest zbyt jednoznaczna i że zniweczenie może następować w bardzo wielu różnych aspektach. Zacząć należy od tego, że patrząc realnie, o bardzo niewielu działaniach powiedzieć możemy, iż wynikają wyłącznie z jednej pobudki. Można by uznać to za całkowicie osłabiające wartość tezy logicznej. Dlaczego ktoś nie miałby działać z pobudek altruistycznych, a zarazem z chęci bycia osobą altruistyczną? Pierwsza pobudka być może nie jest tożsama z drugą, ale dlaczego miałaby ją wykluczać? Jednakże nie zawsze w grę wchodzą wyłącznie pobudki. Spontaniczność na przykład, jest raczej cechą pobudki niż pobudką: oznacza to, że działanie spontaniczne jest zupełnie nieporównywalne z działaniem wynikającym z premedytacji, by być osobą spontaniczną. Można pomyśleć o takich zniekształconych przypadkach, kiedy kogoś ogarnia spontaniczne pragnienie bycia spontanicznym, takie przypadki jednak w oczywisty sposób nie mogą wchodzić w proces kształtowania charakteru. Kiedy więc dokonujemy porównania między pewną pobudką a pragnieniem posiadania charakteru, który kierowałby się taką pobudką, to prawdą jest, że chociaż jedna pobudka nie może zawierać drugiej, to nie oznacza to koniecznie, że wyklucza jej istnienie. W praktyce jednak nierzadko ją wyklucza i są ku temu dwa rodzaje powodów. Pierwszy wiąże się z ograniczoną pojemnością świadomości: po prostu bardzo trudno jest altruistycznym rozmyślaniom osiągnąć ważne miejsce w naszej świadomości, jeśli jej przestrzeń wypełnia już skupienie na tym, by być osoba altruistyczną. Chociaż pobudki nieświadome także mogą być moralnie istotne, to jednak fakt, że pewne przemyślenia są świadome, nadaje im w moralnej ocenie miejsce szczególne. Po drugie – i ważniejsze – działania podejmowane są w konkretnych sytuacjach, podobnie jak ocena moralna. Relewantne sytuacje często zawierają dokonywane implicite porównania z działaniami, które nie zostają podjęte: dlaczego Isabel wychodzi za Gilberta Osmonda, zamiast wyjść za Caspara Goodwooda albo pozostać w stanie wolnym i kontynuować podróże? Pomimo że jej działanie jako całość może wynikać z licznych pobudek, tylko jedna czy dwie z nich stanowią o różnicy między małżeństwem z Osmondem a małżeństwem z Goodwoodem. Każdy z tych mężczyzn jest pod pewnymi względami atrakcyjny, ale James zasiewa w nas podejrzenie, że oto znacząca różnica polega na tym, iż Osmond jest biedny, a chciałby być bogaty, tymczasem Goodwood jest bogaty i nie dba o to. Isabel bardzo „chce być bezinteresowna”, więc to, że, wedle opinii pani Touchett, związek z Osmondem „wyglądałby ze strony Isabel na chorobliwy niemal wyskok przekory” (305), budzi w niej pokusę zapewnienia sobie poprzez tę decyzję cechy bezinteresowności, a więc jednego z rysów swojego charakteru. Ralph, który, jak to się często zdarza, w tym momencie pojmuje co nieco z jej położenia, nie doceniając jednak jego głębi, powiada do lorda Warburtona, że największa nadzieja, by Isabel odmówiła Osmondowi, w tym, że „nikt z nas nie będzie próbował jej powstrzymać” (330), lecz z własnej rady sam nie jest w stanie skorzystać. Kiedy próbuje ją odwieść od decyzji, odczuwa zażenowanie, ponieważ ona go nie rozumie: „Czy ubolewasz nad tym, że pan Osmond nie jest bogaty? Ja właśnie dlatego go lubię” (389), oświadcza Isabel z rozbrajającą prostodusznością. I zabiera się do tworzenia misternego obrazu Osmonda jako osoby „obojętnej” na własne ubóstwo, a zarazem o wzniosłej duszy, którą wszakże poprzez małżeństwo można jeszcze uwznioślić. Później pociesza się myślą, że opór nie tylko Ralpha, ale i całej jej rodziny i przyjaciół wynika z tego, że „szczęście ma swoją tragiczną stronę: korzystając z własnych praw, zawsze kogoś innego krzywdzi” (392). Znamy Isabel już wystarczająco dobrze, by mieć świadomość, że w tym momencie dokonuje się przekształcenie pewnego istotnego przemyślenia etycznego w taki sposób, by odegrało ono dość niestosowną rolę w jej deliberacjach, stąd to, co powinno być co najwyżej pocieszeniem, zostaje zaprzęgnięte do roli pobudki. Oczywiste jest, że nie znajduje się ona w błahym położeniu. Jest w nim głębia właśnie dlatego, że zawsze tak trudno jest oddzielić bezinteresowność od chęci bycia bezinteresownym, szczególnie w sytuacjach, kiedy oba te stany są do pewnego stopnia wyczuwalne. Jeszcze trudniej dokonać tego od wewnątrz, z perspektywy Isabel, która pragnie uważać się za „osobę wartościową”. To ujmujące pragnienie, jako że wynika nie z arogancji, tylko z nadziei. Powodem, dla którego pragnienie bycia bezinteresowną niweczy jej bezinteresowność, jest ich podobieństwo – można je więc pomylić (oba te stany dotyczą właściwego sposobu reakcji na ubóstwo Osmonda i w odpowiednio przekonujących, odmiennych okolicznościach oba mogłyby prowadzić do podobnych decyzji); są one jednak odmienne w kontekście przewidywanych reakcji na to ubóstwo. Różnica ta jest znacząca, ponieważ wpływa na wybór dokonany przez Isabel, a obie przesłanki nie mogą być równocześnie decydujące. Przy podejmowaniu tej decyzji zadziałać mogła albo bezinteresowność, albo chęć bycia bezinteresowną, niemniej faktycznie zadziałała tyko jedna z nich. Sugeruję zatem, że możliwość zniweczenia charakteru zajmuje przestrzeń szarej strefy pomiędzy zniweczeniem logicznym a zniweczeniem potocznym. W tym momencie nie mamy do czynienia z rozbieżnością między dwiema różnymi pobudkami, ale raczej pomiędzy ich wagą czy siłą decyzyjną. Do jakiego stopnia jednak zjawiska te są istotne? Ile spośród naszych pojęć oceny moralnej rzeczywiście posiada tę samoniweczącą własność i w jakim stopniu są one ważne dla naszego życia moralnego? To jest zasadniczy punkt, w którym, jak można się spodziewać, różnić się będą koncepcje etyki i osobowości. Niektóre cnoty i niektóre wady nie podlegają tego rodzaju samoniweczeniu. Można z pełną determinacją pragnąć być człowiekiem w pełni zdeterminowanym. Dalej, działanie motywowane honorem i działanie motywowane chęcią bycia człowiekiem honoru nie tylko nie są sprzeczne, ale w niektórych koncepcjach honoru ta druga przesłanka może być istotną składową pierwszej. Kant uważał, że pragnienie przestrzegania prawa moralnego jest jedyną moralną przesłanką, otwierając w ten sposób przestrzeń dla Heglowskiego zarzutu bezmyślności. Niemniej jednak, liczne wartości moralne, z których wiele zostało już wymienionych, są w istocie samoiweczące. Mowa o tych wartościach, które na różne sposoby wymagają pewnego samozapomnienia czy też znalezienia zewnętrznej ogniskowej dla osobowości. Istotnym przykładem jest tu Nietzscheańskie poparcie dla takiego stylu charakteru, który przełamuje zwyczajne zahamowania i ograniczenia po prostu po to, aby być sobą. Pojęcie to zostało w sposób instruktywny przedstawione przez Alexandra Nehamasa . Nehamas skupia się na trudnościach związanych z przedstawieniem sobie, cóż takiego znaczy „stać się tym, czym się jest” oraz na trudnościach z ustaleniem, co tworzy styl. Oddzielnym problemem, którym Nehamas nie zajmuje się w stopniu dostatecznym, jest pytanie o pewną inherentnie związaną ze stylem niefrasobliwość, niezbieżną z uznaniem stylu za cel moralny, ku któremu się żarliwie zmierza. Taka możliwość właśnie rozbawiła H.L. Menckena, kiedy pisał o współczesnych amerykańskich zajęczosercych niby-nietzscheanistach, którym brakuje charakteru, aby konsekwentnie stosować immoralizm, bo hamują ich resztki sumienia – zakumulowany osad zajęczych serc odziedziczony po niezliczonych pokoleniach przodków – jak to określał Mencken – w połączeniu z niejasnym strachem religijnym i przesądami, które go ożywiają i łagodzą… [Taki człowiek] z nosem w pismach Nietzschego (…) zachwyca się myślą, że oto jest immoralistą, że w duszy aż mu kipi od grzechu, że odciął się całkowicie od Bożego objawienia (…). Ale w chwili, kiedy pojawi się przed nim prawdziwa Kusicielka o białym nosie, purpurowych wargach, opuszczonych prowokująco rzęsach (…), wtedy brak funduszy zawiązuje spisek z brakiem odwagi, by dokonać zamachu i zachwiać nim, [i] dokładnie w tym momencie gwałtownie włącza się sumienie, które kończy całą sprawę (…). Ów tajemny skandal chrześcijaństwa – konkluduje Mencken – przynajmniej na obszarach protestanckich polega na tym, że większość mężczyzn jest wiernych swoim żonom. Długo trzeba by szukać, żeby znaleźć żonatego mężczyznę, który by wyznał, że jest wierny, ale fakty są faktami, a ja z pewnością nie będę ich lekceważył. To właśnie żarliwy zachwyt Nietzschem dodaje temu portretowi śmiertelnego rysu śmieszności. Nawet bez owego żałosnego kontrastu między intencją a działaniem, wysiłek, by posiadać styl, nie zbliża się do stylu nawet na tyle, na ile zbliża się doń dokonywanie czegoś innego, ale w dobrym stylu. Kiedy Zaratustra nalega: „Idźcie własnemi drogi! I niechaj naród i narody swojemi idą”, od razu widzimy, jak trudne byłoby przyjęcie tej maksymy za swoją przez wszystkich ludzi i wszystkie narody jednocześnie. Kiedy Ralph w pewnym momencie mówi do Isabel, że powinna sama osądzać „wszystkich i wszystko”, ona skarży się mu: „Staram się (…), ale uchodzi to za zarozumialstwo” (278) – co jest uwagą w sposób charakterystyczny pokazującą, jak trudno jej zaakceptować, co naprawę oznacza samodzielnie osądzać. Nieprzypadkowo przykłady z Kanta i Nietzschego zostały tu przywołane jako ilustracje przeciwstawnych ekstremów. Można śmiało powiedzieć, że te koncepcje etyki, które kładą nacisk na wagę charakteru, mają również skłonność do podziwu dla cnót najbardziej podatnych na samoniweczenie w sensie, w jakim omówiłem to zjawisko . Przewrotne może się wydawać łączenie podziwu dla charakteru z podziwem dla cnót, dzięki którym najtrudniej charakter osiągnąć, ale połączenie to nie jest przypadkowe. Gdyby istniały reguły osiągania charakteru, reguły, którymi mógłby się kierować ktokolwiek, kto postawi sobie taki cel, to treść etyki opartej na charakterze wyrażałaby się po prostu w postaci tych reguł, a ich etyczna wartość nie zależałaby w żadnym stopniu od dążącej ku swemu celowi jednostki – wobec tego przestałaby to być etyka oparta na charakterze. Samoniwecząca natura charakteru, jakkolwiek zdawałaby się czasami irytująca, likwiduje tu niebezpieczeństwo sprzeczności. Podkreśla ona również kolejną istotną kwestię, którą nazwać by można naturalną prywatnością oceny charakteru. Ma ona dwa różne, ale łączące się z sobą aspekty, z których pierwszy to nierozerwalna zależność oceny od perspektywy. Isabel Archer nie jest jedyną osobą, którą obchodzi jej własny charakter. Także Ralph jest nim zafascynowany, i to do tego stopnia, że sam przekonuje swojego umierającego ojca, by zapisał Isabel znaczną sumę pieniędzy, ponieważ: „Z pewnością zasługuje na to, by dać jej największe szanse”, a pieniądze umożliwią jej spełnienie „wymagania mojej [tj. Ralpha] wyobraźni” (209). Pobudki Ralpha są złożone, zawierają bowiem między innymi zastępcze spełnienie zahamowanej namiętności (Ralph jest gruźlikiem i umiera przed zakończeniem powieści). Dla nas ważny jest fakt, że i on ma plany co do charakteru Isabel. I jego plany także tragicznie legną w gruzach – skoro to właśnie ów spadek stanie się niebezpośrednią przyczyną małżeństwa Isabel z Osmondem. Ale mimo że Ralph zawinił niewłaściwym osądem sytuacji, nie mamy poczucia, żeby jego motywacja była podejrzana. Zainteresowanie Ralpha charakterem kuzynki nigdy nie przekracza granicy tego, co dopuszcza czy nawet czego wymaga przyjaźń. To, że jest jej charakterem przejęty i że go docenia, przyjmujemy jako postawę podziwu godną, tym bardziej że jest człowiekiem chorym, mającym wszelkie powody do egotyzmu i rozczulenia nad sobą. Jego zainteresowanie w żadnej mierze nie stanowi czynnika niweczącego jej charakter, jak to ma miejsce w przypadku jej własnego na nim skupienia. Ta sama motywacja skierowana na ten sam obiekt w przypadku dwu różnych osób przyjmuje inną postać . I nie jest to bynajmniej cecha szczególna tego związku, ale zjawisko stanowiące powszechny rys naszych ocen moralnych. Bez niego trudno byłoby na przykład zrozumieć, dlaczego z odprawianiem nabożeństw żałobnych i wywieszaniem klepsydr należy zaczekać do chwili śmierci osób, których dotyczą; podczas gdy w istocie nasze poczucie, że człowiek nie powinien mieć prawa zajmować się zawartością własnego nekrologu jest tak silne, że „London Times” musiał oprzeć się pokusie komputeryzacji działu klepsydr na wypadek, gdyby, na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych, konieczne okazało się ujawnianie ich treści osobom, których dotyczą. James często posługuje się symetrią między postaciami, więc poza tą, która łączy Isabel i Ralpha, mamy też niesamowitą symetrię między Isabel a jej mężem Gilbertem Osmondem. Osmond jest estetą, „wcielonym znawstwem”, jak powiada Ralph (387). Dowiadujemy się, że był wcześniej żonaty z kobietą, która zmarła niebawem po ślubie, pozostawiając go z córką, Pansy. Isabel na początku mówi o nim tak: „znosi ubóstwo z taką godnością, tak obojętnie” (389). Osmond jest również człowiekiem w sposób najbardziej wyrafinowany i przerażający konwencjonalnym. Kiedy oświadcza się Isabel po raz pierwszy, mówi: „Kiedyś odkryje pani, jak szanuję dobre obyczaje”. „Czyżby pan uznawał konwenanse?”, pyta Isabel. „Jak pani wspaniale wymawia to słowo”, odpowiada Osmond. „Nie, nie uznaje konwenansów, sam jestem ich żywym wcieleniem” (351). Nazywając Osmonda uczciwym, Isabel jest precyzyjniejsza, niż sama przypuszcza, a szczerość, którą mylnie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Literatura i moralność. Czy powieści uczą, jak żyć?