Subskrybuj

Moc Conradowskiej utopii. W 150. rocznicę urodzin pisarza

Conradowskie zasady, ideały, wartości wydają się nas przerastać, ale przynajmniej w inteligenckich środowiskach musi trwać przekonanie – ilekroć mamy robić coś prawdziwego razem – że do tych zasad powinniśmy się odwołać.

Jest w powieści W oczach Zachodu passus, który wykłada wiedzę Conrada o Wschodzie, ujawnia resentymenty i lęki, a zarazem rzuca pewne światło na jego system wartości. Conrad pokazuje tam rosyjskiego terrorystę na tle realiów Szwajcarii. Gdy Razumow przechodzi przez bramkę prowadzącą do podmiejskiej posiadłości, zauważa, że nikt tej bramki nie zamyka. To zdaje mu się wstrętnym: „-Demokratyczna cnota! Widocznie nie ma tu złodziei – mruknął do siebie niechętnie. Lecz zanim wszedł do parku, spojrzał jeszcze kwaśno na jakiegoś robotnika siedzącego bezczynnie na ławce w szerokiej czystej alei. Jegomość ten wysoko zadarł nogi, rękę przewiesił przez niską poręcz publicznej ławki i wypoczywał po królewsku z taką miną, jakby wszystko wokół należało do niego.

– Wyborca! Wybieralny! Oświecony! – mruknął Razumow do siebie. – A z tym wszystkim bydlę”.
Świat, w którym ludzie ufają sobie, świat, w którym jest się u siebie „po królewsku”, nawet będąc kimś z niższych warstw, to coś spoza osobistego doświadczenia Conrada, jemu przecież i na Wschodzie, i na Zachodzie dawano niejeden raz do zrozumienia, że nie jest u siebie. I niejeden raz zawiódł się, gdy zaufał. W tym fragmencie powieści W oczach Zachodu odczytuję nie doświadczenie pisarza, a conradowską utopię, utopię zagrożoną przez to, co ów anarchista Razumow po pierwsze i po drugie „mruknął”. Podłość i rozpacz grożą godnemu porządkowi świata.

Taka utopia jest może silniejsza w nas niż ideały męstwa, obowiązku, służby, które są fundamentem etycznego kodeksu kapitana Conrada. W politycznym rezonerstwie Polaków półinteligencki argument – „aby w końcu było normalnie” – w podświadomości wskazuje na tę utopię. Gdyśmy przez dziesięciolecia śpiewali „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” – ilu z nas marzyło o Ojczyźnie na tym właśnie utopijnym pomyśle stojącej?

Jaki wzór życia dyktowała utopia samemu Conradowi? Po pierwsze – być na lądzie tak bardzo, tak mocno u siebie, jak się bywało na pełnym morzu, na mostku kapitańskim statku. Dowodzić swoim życiem, nadawać mu kierunek. Po drugie – być w języku, być w angielszczyźnie równie mocno u siebie, mieć po stronie swojego pisarstwa Imperium Brytyjskie z cała potęgą jego floty, wojska, historii, tradycji. Czuć, że się jest u siebie w języku panującym od ujścia Tamizy, po szczyty Himalajów, po wyspy Oceanii, po puszcze Konga. Wychodząc z podejrzanych i poniżanych peryferii imperium Romanowów, wejść w samo centrum imperialnej brytyjskości, stać się dżentelmenem, posiadaczem, białym panem. Był nie tylko piewcą godności i honoru, był ich zakładnikiem. Tak zaprojektował sobie Conrad nie tylko sposób na życie. Tak jawił mu się przede wszystkim sposób na polskość i Polskę. Przywrócić godność, dać argumenty nadziei sobie, Polakowi, rozbitkowi – jak ten z Amy Foster – to było wszystko, co zaplanował zrobić dla Polski i to wykonał. Gdyby walczył piórem o swoje tylko, nie miałby w kraju ojczystym takiego odzewu, tak mocnego i trwałego wpływu na kształt etosu elit. Kto nie poszedłby za wizją Polaka należącego do Europy Dżentelmenów? No tak, było jeszcze zagrożenie podłością. Conrad proponował styl obrony. Etos „kilku prostych prawd”, podstawowych wartości. To one miały służyć realizacji i obronie utopii, one też okazały się ważnym składnikiem rozmaitych odmian polskich postaw etycznych. W moim domu rodzinnym, w którym trwało echo powstańczej legendy i żywe były tradycje legionowe, harcerskie i czerwonokrzyskie, Conrad był oczywistością. Trzeba było czytać i cenić. Byliśmy rodziną lekarzy, nauczycieli, urzędników bankowych o nieodległych chłopskich korzeniach. Conrad umacniał i nobilitował. Od pokolenia rodziców przejęli go synowie. Sięgam po Smugę cienia, spomiędzy kart wypada widokówka z Gambii od mojego młodszego brata – był pediatrą w afrykańskich szpitalach prawie dziesięć lat, otarł się o współczesne „jądro ciemności”. Starszy opłynął Amerykę Południową na jachcie „Śmiały”. Ja całe życie pisałem, a dwunastoletniej córce przeczytałem głośno Nostromo. Ale przecież Conrad był nie tylko nasz. Kodeks potomka Bobrowskich i Korzeniowskich stał się zwornikiem etycznych formacji wielu różnych elit tamtego czasu. Przejęła go inteligencja zakorzeniona w ziemiaństwie lub choćby w mitach dworku i dworu, przejęły duchy bliskie Żeromskiemu, bliskie ideałom PPS-owskiego socjalizmu, kręgi oficerskie i uniwersyteckie. Potem te formacje spotkały się w polskiej wojnie obronnej, konspiracji zbrojnej i Państwie Podziemnym – a pamięć conradowskich zasad pozwalała wspólnie poddać się ideom służby, obowiązku, honoru, odpowiedzialności. Gdy nie było szansy na zwycięstwo, wystarczało conradowskie „tak trzeba”. Taki jest etos AK-owski, gdy odczytujemy go między linijkami Jana Józefa Szczepańskiego, Aleksandra Kamińskiego, Witolda Zalewskiego, Barbary Skargi, Władysława Bartoszewskiego. W zakończeniu powieści Korsarz angielska korweta holuje kuter, na którym są ciała trzech Francuzów. Polegli w nierównej walce, spełnili jednak ważną misję. „ – Co zrobimy z tym kutrem, panie kapitanie? – Zatopimy go ogniem działowym – oświadczył nagle kapitan Vincent. – Dla marynarza jego okręt jest najodpowiedniejszą trumną, a ci ludzie zasługują na szczególne względy. Nie wyrzucimy ich w morze na igraszkę fal. Niechaj śpią spokojnie na dnie statku, którego nie chcieli opuścić. (…) Czy na kutrze nie było bandery? – Zdaje się, że mieli maleńki jej skrawek, lecz potem ją zwiało. Nie znalazłem jej na końcu wielkiej rei. (…) – Weź pan paru ludzi, umocuj francuską banderę na szkotach i podciągnij wielką reję pod sam szczyt wielkiego masztu. – Uśmiechnął się do zwróconych ku niemu oficerów i marynarzy. – Bądź co bądź, oni się nie poddali i, na Boga, zatopimy ich statek z podniesioną banderą”. Rozkazy zostają wykonane: „Cała załoga odwrócona od zachodzącego słońca, bladego topazu nad niebieskim kryształem morza, stała zapatrzona w kuter. który nagle osiadł, a potem zanurzał się już stale i powoli. Wreszcie przez dławiącą w gardle, nieskończenie długą chwilę, wśród omglonego widnokręgu tylko trójkolorowa bandera wiała samotnie z heroicznym patosem. Naraz znikła i ona jak zdmuchnięty płomień, pozostawiając widzom wrażenie, że sami teraz muszą stawić czoło bezmiernej, nagle powstałej pustce”. Scena, komentarz, obraz na końcu. Przecież kiedy się to czyta, to nie o trójkolorowej, a o białoczerwonej, tej z Helu, Westerplatte, spod Kocka, z gmachu „Pasty”, z powojennych zrywów w Poznaniu, Trójmieście, Szczecinie, w Stoczni, w „Wujku” i „Piaście”. Zamiast jakiejkolwiek lekkości bytu – nieznośny heroiczny patos, gest konieczny. Po to, aby przeciwnik powiedział „oni się nie poddali”. Podejrzewam, że to już w nas nie do wykarczowania, mimo błazeństw i cwaniactwa czasu teraźniejszego. Być może, gdyby nie szkoła Conrada Polacy mogliby – na złe czy dobre – zapomnieć Mickiewicza, Słowackiego, Norwida. Przez Conrada muszą – na dobre czy złe – pamiętać. Nie ośmielam, się napisać nic o tym, jak autor Lorda Jima przygotował ten romantyczny stosunek wzajemny, jaki połączył Polaków z ich Papieżem. Karol Wojtyła, syn oficera, był w 1938 roku studentem polonistyki, poetą. Nie wiem, czy i jak czytał Conrada. Wiem, że nie mógł uniknąć conradowskiej aury. „Wymagajcie od siebie, nawet gdyby nikt od was nie wymagał” – to powiedzenie mógł zapisać kapitan Joseph Conrad Korzeniowski na marginesie dziennika okrętowego. Co do religijności, ateizmu, duchowości Conrada napisano już aż za dużo. On sam był z pewnością przekonany, że dżentelmen powinien te sprawy przemilczeć ze względu na zwyczajną dyskrecję. Stawiając literaturze wymóg „wymierzania sprawiedliwości widzialnemu światu”, dosyć powiedział, bo…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Literatura i moralność. Czy powieści uczą, jak żyć?