Mimo iż w Lawinie i kamieniach dominują biografie sześciu twórców (Jerzego Andrzejewskiego, Adama Ważyka, Kazimierza Brandysa, Wiktora Woroszylskiego, Tadeusza Borowskiego, Tadeusza Konwickiego), jest to opowieść mająca o wiele większe aspiracje. Otrzymujemy bowiem panoramę środowiska literackiego, którego losy ukazano od czasów wojny po zmierzch PRL-u. Tę panoramę z konieczności zawężono do prezentacji postaw pisarzy – po pierwsze, uznanych (niekiedy będących klasykami już za życia), po drugie, związanych ze środowiskiem warszawskim. Materiał na inną książkę (książki) stanowią dzieje artystów mniej znanych, drugorzędnych, działających na prowincji. Póki wszakże nie mamy takiego dzieła, powróćmy do luminarzy pióra i zarazem głównych bohaterów Lawiny i kamieni.
Najważniejsze pytanie, które towarzyszy lekturze tej publikacji, brzmi: dlaczego artyści zgodzili się na mariaż z systemem? Jak to się stało, że elity narodu dały się omamić, a zwykli, prości ludzie zachowali powściągliwy dystans. Oczywiście tego typu zestawienia – jakkolwiek narzucające się samowolnie – nie są do końca trafne. Już chociażby z tego tytułu, że władza zazwyczaj nie interesowała się „zwykłymi ludźmi”, choć chętnie przyznawała im prymarne miejsce w pustych hasłach i sloganach propagandowych. Władzy potrzebni byli ci, których mogła umieścić na firmamencie, którymi mogła się podeprzeć i wyręczyć, którzy swoimi czynami i słowami mogli dokonywać jej legitymizacji. Wybór wspomnianej szóstki autorów na wiodące postacie książki wydaje się trafny. Nade wszystko dlatego, że mamy przed sobą wielkich grzeszników, a wśród nich także tych, którzy upadli najniżej. A do tego gorliwych wyznawców o kaznodziejskich zapędach (jak Woroszylski czy Ważyk).
Przykładając miarę moralną do tych czasów, nie wolno nam zapominać, że mamy do czynienia z różnymi postaciami winy, różnymi stopniami zaangażowania. Najdalej na drodze akceptacji systemu posunęli się ci, którzy – jak Jerzy Putrament – trwali przy nim do końca. Ale i w tej grupie znajdziemy postawy, które należałoby rozpatrywać indywidualnie i stosować indywidualną taryfę (chociażby wobec Romana Bratnego, twórcy obrzydliwego opowiadania Dawid, syn Henryka, powstałego na fali antysemickiej nagonki w Marcu’68, czy Roku w trumnie – paszkwilu na epokę wczesnej Solidarności). Gdyby skupić się tylko na stalinizmie, który – nie bez racji – rodzi największe emocje i bezwzględnie obfituje w najbardziej hańbiące teksty wydrukowane w okresie PRL-u, to i w nim natrafimy na sytuacje wymykają-ce się czarno-białej optyce. Czym innym bowiem było płacenie haraczu komunizmowi przez Tadeusza Różewicza czy Artura Sandauera (choć ten akurat wystawił sobie fatalne świadectwo w stanie wojennym), a czym innym pełna paroksyzmów publicystyka Borowskiego, czy opowiadanie Kazimierza Brandysa Nim będzie zapomniany oraz cyniczny inicjalny fragment o powstaniu warszawskim i Borze-Komorowskim w powieści Człowiek nie umiera. Na tym tle – chcąc nie chcąc – jaśniej świeci gwiazda tych, którzy nie ulegli. Była w tym gronie Han-na Malewska, Zbigniew Herbert, był outsider klepiący biedę – Leopold Buczkowski i, szykanowany przez komunistów, Jerzy Szaniawski. Byli poeci: Jerzy Braun i Wojciech Bąk. Nie ma ich u Bikont i Szczęsnej, bo to nie oni zawiedli. Tak jak nie ma Jana Parandowskiego. Korci, by zapytać, co miał autor Nieba w płomieniach, a czego nie mieli inni, że w środku stalinizmu 1 maja 1950 roku w swoim dzienniku Luźne kartki – ignorując świat na zewnątrz, schwytany w sidła polityki – rozmyślał o urokach i przytulnej atmosferze własnego pokoju.
Zapewne nie da się wyświetlić wszystkich przyczyn, które wpływały na decyzje po-szczególnych literatów. Być może nigdy nie poznamy ich finalnej listy. Trzeba byłoby bo-wiem uwzględnić również czynniki psychologiczne, skrywane fakty z biografii. Jedyne co pozostaje, to próba rekonstrukcji swoistej siatki motywacyjnej połączona ze świadomością, że każdy przypadek należałoby rozpatrywać indywidualnie. Wymieńmy więc kilka zasadniczych powodów, które rozstrzygnęły o aliansie artystów z systemem. Obok kuszenia dobrami materialnymi, postaw konformistycznych i oportunistycznych (których znaczenia nie należy przeceniać, ale też nie można całkowicie lekceważyć) pojawia się ludzka próżność, skaza wychodząca poza obszar sztuki, znana zwykłym zjadaczom chleba. Władza umiejętnie podsycała te uczucia, łechtała ambicje, zaspokajała potrzebę uznania, bycia na piedestale. Nie wolno również negować wagi tragedii wojennej i łączącego się z nią przeświadczenia o klęsce starych idei, co prowadziło do automatycznej apoteozy komunizmu (ten bowiem jawił się jako nieobciążony grzechami przeszłości). Swoją rolę odegrała też potrzeba włączenia się w tzw. rwący nurt historii, bycia w centrum zdarzeń. Entuzjazm odbudowy, przekonanie, iż uczestniczy się w narodzinach nowej rzeczywistości z pewnością sprzyjały podjęciu decyzji o poparciu planów ekipy rządowej. Do tego dochodziła chwytliwa propaganda o akcie sprawiedliwości społecznej (w Hańbie domowej wspomina o niej jeden z nieugiętych – Jan Józef Szczepański) oraz równie miła wiedza o tym, że opowiadając się za komunizmem, rodzimy prozaik czy poeta mógł się poczuć częścią europejskich elit (w książce Bikont i Szczęsnej tezę taką formułuje Jacek Bocheński).
Na Lawinę i kamieniemożna spojrzeć jako na publikację polemiczną wobec Hańby domowej Jacka Trznadla. Ale nie z całą Hańbą domową spierają się autorki (Bikont ze Szczę-sną podejmują przecież niektóre wytłumaczenia podane przez interlokutorów Trznadla). Chodzi przede wszystkim o rozmowę ze Zbigniewem Herbertem Wypluć z siebie wszystko. Nie zamierzam teraz roztrząsać konfliktu Herberta z Miłoszem. Pozostawiam na uboczu większe lub mniejsze złośliwości dwóch wybitnych poetów. Chciałbym natomiast zdecydowane słowa Herberta w Hańbie domowej potraktować jako szansę, którą daje postawienie sprawy na ostrzu noża. Tak też rozumiem intencje Herberta i Trznadla. Nie ze wszystkim się zgadzam, co zostało powiedziane w trakcie tego spotkania. Nie przemawia do mnie argument, że pisa-rze działali w złej wierze. Ale też Bikont i Szczęsna, uwypuklając pobudki materialne, strach i złą wolę, „zapominają” o innych wymienionych przez Herberta. Myślę tutaj o naiwności, jaką wykazali się literaci w czasach stalinizmu. O intelektualnej niedojrzałości, którą można im zarzucić. W Bibliotece Głównej UMK na jednej ze ścian widnieje napis: „…sprawą intelektualisty jest widzieć fakty olśniewająco jasno, a jeśli są proste, prosto je nazywać, nauczyć się żyć z rozpaczą…