Subskrybuj
Tłumaczka literatury niemieckojęzycznej, eseistka, autorka m.in. książek Rubryka pod różą (2007), Jak być artystą. Na przykładzie Thomasa Manna (2011), Dziwna rzecz – pisanie (2012).

Tramwaj zwany niepokojem

<i>Skaza</i> Magdaleny Tulli zaczyna się od technicznego opisu przedsięwzięcia, jakim jest budowanie świata. Zaczyna się od figury krawca, od razu podejrzanej i ciągnącej za sobą ogon metaforycznych sensów. Może ma w sobie coś z tytułowego krawca ze sztuki Mrożka, może coś z dwuznacznych rzemieślników, szyjących nowe szaty cesarza u Andersena. W każdym razie, jeżeli to jemu przypada rola tego, który powołuje do istnienia, to jakie to będzie istnienie i co mamy myśleć o takiej kreacji?

„Zamęt wyłoni z siebie fałd tkaniny, spięty szpilką zawiązek zaszewki. Zaszewka stworzy całą resztę. Jeśli jest odpowiednio głęboka, to powoła do istnienia wydatny brzuch błyskający złotą dewizką, ciężki oddech, łysinę zroszoną kropelkami potu. Jedno pociąga za sobą drugie. Aparycja narzuca właściwości: łakomstwo, pychę i niemiłą rzeczowość, która gasi odruchy serca.” Te sławetne szczegóły, charakterystyczne i indywidualne, które zazwyczaj mają nas przekonać, skłonić, byśmy uwierzyli i wzięli sobie do serca to, co mówi literatura, zostają z miejsca skompromitowane jako płody rozkręconego automatu do produkcji fabuł – „historyjek”, jak pisze Tulli. Ale nie dajmy się zwieść temu wzgardliwemu zdrobnieniu. Literatura wychodzi tu na swoje, i to jak. Zdumiewające, że można jednocześnie uruchamiać tak potężne energie języka i tak precyzyjnie nimi sterować. Krawiec, majstrowie i praktykanci, „ludzie w drelichach” – raz, pod koniec, nazywa się ich też „upadłymi aniołami” – działają na zapleczu, zwanym też „przestrzenią manewrową”. To tu szyje się kostiumy, klei dekoracje – to tu robi się historyjki. Czyli i historię, tę rzeczywistą, i literaturę, nie do odróżnienia ze sobą wymieszane, naznaczone, wydawałoby się, bliźniaczymi skazami. Na zapleczu szykuje się to, co będzie widać na scenie. Tym razem na scenie będzie widać nieduże, prowincjonalne miasteczko, w okolicach lat trzydziestych dwudziestego wieku. Jego nazwa brzmi najpewniej „legion”. Przedstawione jest ze wszystkimi przynależnościami, a więc z magistratem, notariuszem, studentem-korporantem, służącą, gimnazjalistami, z piekarzem, aptekarzem, fotografem itd. Formułka „itd.” jest tu szczególnie na miejscu, ponieważ miasteczko owo z całym rozmysłem ukazane jest jak produkt spod sztancy, z katalogu wysyłkowego domu towarowego z gotową konfekcją, i w każdej chwili można by do niego dodać kolejne elementy, architektoniczne czy fabularne, zaczerpnięte z tego samego katalogu. Mieszkańcy są równie schematyczni i poruszają się według szablonowych reguł. Każdy chciałby mieć lepiej, notariusz nie chciałby stracić, student chciałby zyskać, policjant chciałby awansować, gimnazjalista chciałby przewodzić grupie rówieśniczej. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy wyglądają, jakby ich wyciągnięto z lamusa setki razy już przećwiczonych i opowiedzianych losów. Scena poraża więc schematyzmem. Ale czy może być inaczej, skoro wiemy, co dzieje się na zapleczu? Do budowania świata używa się materiałów zastępczych, „zręcznych imitacji”, w tym także takich, których użyto już kilka razy przedtem, w innych podobnych przedsięwzięciach. W dodatku scena rodzi iluzję, że uwidoczniony na niej fragment świata faktycznie pochodzi z większej, może kompletnej całości, podczas gdy żadnej całości nie ma. „Na każdej z kilku ulic, które odchodzą od placu, bruk tuż za rogiem się urywa. Kto nazbyt ufnie zawierzy solidnemu wyglądowi bazaltowej kostki i zechce się oddalić, od razu utknie w piaszczystych koleinach, między ślepymi ścianami kamienic, pod oknami narysowanymi kredą wprost na tynku”. „Zamykając przestrzeń, arkusze z dykty otwierają ją zarazem i łudzą głębią”. Literatura nie tylko jest robiona – to już wiedzieliśmy, od dawna – ale w dodatku robiona tandetnie, z kiepskich ersatzów i zawsze tylko „odtąd-dotąd”. Zamiast otwierać szersze horyzonty i przebijać nowe okna, zamiast sprawiać, żeby widać było więcej, zastawia perspektywę tandetną malowanką. Kapitalny jest ten obraz świata, który we wszystkich swoich kierunkach okazuje się niedorobiony i niedomyślany. W pewnym momencie dochodzi do katastrofy. Gdzieś tam, „w innej historyjce” doszło do krachu giełdy czy zamachu stanu, wskutek czego na scenę – na miejski placyk – wjeżdża tramwaj, z którego wysypują się uchodźcy. Nie wiadomo, co z nimi zrobić, ponieważ szablony, według których skrojono miasteczko i mieszkańców, jak to szablony, są odporne na nowe i niepożądane fakty. (Trochę jak w wierszu Szymborskiej „Spis ludności”, gdy nagle trzeba coś zrobić z populacją aż siedmiu odkopanych przez archeologa miast, a przecież „my mamy swoje sprawy” i „tak lekko było nic o tym nie wiedzieć”). Tramwaj zresztą ma znamiona uporczywego koszmaru albo przekleństwa o wiekuistej mocy. Wyrzuca z siebie coraz to nowe…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Milczenie świata. Mass media wobec ludobójstwa