Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Na posiedzeniu Rady Języka Polskiego profesor Bralczyk z właściwą sobie elegancją przedstawia problem brutalizacji języka polskiego. To zjawisko ze szczególną siłą daje się odczuć w okresie kampanii przedwyborczej.

Moim zdaniem brutalizacja to proces ciągły, a gdzie jego początek, skąd bodźce, jakie wzory czy archetypy wyróżnimy, to zależy od przyjętego wstępnie rozumienia “brutalizacji”.

To rozważanie snuję niejako na kanwie magistralnej wypowiedzi profesora Bralczyka i tego, co dodała profesor Skarżyńska.

Mówiący czy piszący najpierw myśli w kategoriach jednego ze swoich wewnętrznych języków. Włącza ten, a nie inny język, gdy nastawia się na określonych adresatów. Według swego o nich pojęcia ustawia język albo bezpośrednio, albo dokonując autotłumaczenia. To już bardziej refleksyjne, świadome działanie, narażone na wpływ ideologii, ale także kształtowane przez doświadczenie kontaktu z takimi albo innymi słuchaczami.

Tu sięgam po spostrzeżenia profesor Skarżyńskiej. Wewnętrzna postawa (osobowość), którą nazywa “makiaweliczną” – gorzki, pesymistyczny, ciemny obraz świata, dyktowany podejrzliwością, spodziewaniem zła – sugeruje specyficzny język, konsekwentny wobec tego obrazu, umacniający jego przewagę.

Tak to sobie wyobrażam: przemawiający zakłada, że ma przed sobą “grzesznych, sennych”, ludzi w stanie frustracji, uważających, że o nich zapomniano. Mówca odwołuje się do ich poczucia, że są ofiarami ciemnych sił. Mówca przedstawia się więc jako solidarny z pominiętymi anioł odwracania porządku, rekompensaty cierpień. Ten anioł potrzebuje mandatu! Świat nie zasługuje na zaufanie, ale demiurgowi naprawiaczowi trzeba zaufać. Nieufni są podejrzani, ich opór oznacza przynależność do innego, złego królestwa. Można ich z tego wyrwać za pomocą “mal-mot”, zaklęcia odwołującego się do podświadomości pełnej złej pamięci. Na tym poziomie bardzo ważna jest orientacja przestrzenna, nawiązująca do archetypów – “Lewica”: kozły, bękarty, przeniewiercy, wilki w owczej skórze. Słowa mogą być inne, chodzi o barwę. “ZOMO”, “13 grudnia”, “Moskwa, teraz Bruksela”.

Na dnie tych i wielu innych zwrotów – przecież nie wulgarnych – tkwi decyzja zastosowania nieumiarkowanej siły rażenia. To ta decyzja przeraża. Dla mnie “brutalne” są określenia dosadne, graniczące z wulgaryzmami. Zdarzają się i takie, ale to nie w nich mentalność makiaweliczna gustuje szczególnie, wyróżniająco. Nie ma nic wulgarnego czy brutalnego w słowach takich jak “układ”, “korporacja” czy “oligarchia”. Podobnie jak “mal-moty” i w synergii z nimi, te słowa mają wyznaczać cel, określić kategorię do zaatakowania. Atak ma być skuteczny. Ma wyeliminować.

Moim zdaniem to wcale nie przypadek ani nie błąd, że do piętnowania używa się słów trudnych, wyszukanych, na granicy niezrozumiałości. W ten sposób porządkujący anioł daje dowód, że zna się na rzeczy lepiej niż jego słuchacze, wnika w niedostępne im tajemnice… Za pomocą dziwnych słów skutecznie odczłowiecza cel ataku.

Tak było zawsze: i za “komuny”, i w Trzeciej Rzeszy. Z tych samych co wtedy powodów słów naznaczających używa się natrętnie, z chorobliwą częstotliwością. Naprawdę nie potrzeba wielu słowotwórczych wynalazków. Kilka wystarczy.

W istocie sztuki epitetowania są dwie. Przeklinać można też na dwa sposoby: monotonnie powtarzając jeden plugawy zwrot albo rozwijając urozmaicony repertuar. Z makiaweliczną osobowością bardziej harmonizuje oszczędność. Mały, zwarty zestaw epitetów, nie szkodzi, że niezbyt obrazowych, suchych – wystarczy je przybijać do ludzi jak stemplem, a spełnią zadanie. Ponury świat niezmywalnych plam, niezacieralnych podziałów. Język nie giętki, zdrętwiały. Ale wypowiada, co pomyślała głowa.

RETORYKA

Student pyta, czy mam może jakiś podręcznik retoryki. Nie mam, nigdy nie korzystałam. Najbliższa temu była może dawno czytana mała książeczka, chyba głównie poświęcona modlitwie. Zawierała rozdział o kazaniach, który mi utkwił w pamięci. W praktyce redakcyjnej często oceniam teksty według kategorii w nim podanych. Są mianowicie kazania (teksty):

  1. O niczym, do nikogo.
  2. O niczym, do kogoś (te potrafią zabawić).
  3. O czymś, do nikogo (treść się marnuje, bo nie dociera).
  4. O czymś, do kogoś.

Kategoria czwarta jest w użyciu najrzadziej. Częściej się mówi o czymś, ale nie do tych słuchaczy, czyli jakby do nikogo. Nietrafianie łączy się i ze złym wyborem informacji, i z językiem jej podania. Aby było “o czymś, do kogoś”, nie wystarczy posiadać informację do przekazania; trzeba też wczuć się w słuchaczy i mieć z nimi wspólny język. Osobowość makiaweliczna przepuszcza obraz słuchacza przez ciemne szkło. To przesądza o wyborze języka pełnego uproszczeń, odwołań do złych zaklęć i wspomnień o doznanych krzywdach, o upokorzeniach. W tym języku duma musi być agresywna, więcej ma w sobie gniewu i pogardy niż radości. Dlatego wsparciem dla niej i środkiem wyrazu często bywa pokaz broni. W dobrej, ciepłej “retoryce” obowiązuje demokratyczne domniemanie, że szacunek należy się każdemu; odwołujemy się do wspólnej nam zdolności rozpoznawania dobra, do chęci uczestniczenia w czymś pożytecznym, sensownym, na czym my sami, mówiący do was, dotąd się nie zawiedliśmy. Kiedy mówię do ludzi, których znam, staram się udowodnić im, że znam ich nadal i że wciąż wiele im zawdzięczam. Bo tak jest. Pokazuję konkretnie, co mamy razem, jaką świadomość, jakie zrozumienie faktów, jakie troski. A także – co we mnie do tego doszło, skąd, od kogo. Dążę do tego, by osiągnąć efekt większego ciepła i wyższej wspólnej samooceny dzięki wzajemnemu zbliżeniu. Kazimierz Dziewanowski powiedział kiedyś – chyba jeszcze w czasach OKP – że Polacy w sytuacji zagrożenia jak pszczoły w roju skupiają się w obronną kulistą masę i brzęczą razem… Coś w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Homoseksualista mój bliźni