Subskrybuj

Lekarz, pacjent i śmiertelność

W sytuacji kurczenia się wpływu sfery religijnej w zlaicyzowanym świecie to właśnie dotykający każdego z nas mniej lub bardziej dotkliwy kontakt z medycyną stawia dziś człowieka wobec zagadnień egzystencjalnych.

Książka, której tytuł brzmi Ostatni egzamin. Refleksje chirurga o śmiertelności, daje znakomitą okazję do zastanowienia. Jej autorka, Pauline Chen, wyróżniona kilka lat temu tytułem Lekarza Roku córka emigrantów z Tajwanu, kształciła się na najlepszych uczelniach Stanów Zjednoczonych. Po pierwszych studiach na Harvardzie, jak tego wymaga system amerykański, w którym medycyna i prawo to studia podyplomowe, ukończyła medycynę na prestiżowej uczelni Northwestern w Chicago. Specjalizację w zakresie chirurgii odbyła na uniwersytecie Yale, a onkologiczną w Narodowych Instytutach Zdrowia pod Waszyngtonem. Ale Pauline Chen to nie tylko wybitna profesjonalistka, to także lekarka z sercem.

Lektura pozwala nam lepiej uchwycić paradoks: zawód zakładający troskę o chorego wypływającą z wrażliwości na drugiego człowieka wymaga jednocześnie odporności, swoistego odwrażliwienia. Konieczne jest pewne “znieczulenie”, opanowanie instynktownych reakcji. Zagrożeniem przecież mógłby stać się drobny nawet odruch wstrętu, wahanie mogłoby sparaliżować lekarza. Chen przyznaje, że nadwrażliwość (choćby na przykład przy czymś tak rutynowym jak robienie zastrzyków) zwiększa czasem dyskomfort czy chwilowy ból chorego. Odrzuca jednak pokusy depersonalizacji pacjentów. Stara się znaleźć złoty środek, idealną równowagę między nadmiarem wrażliwości a niedoborem empatii.

Ostatni egzamin składa się z trzech części zatytułowanych: Zasady, Praktyka, Ocena z perspektywy czasu. Swoją opowieść Chen zaczyna od czasów studenckich. Czytając jej refleksje z okresu nauki w prosektorium, przeciętny odbiorca książki wchodzi w świat bliski ciału, namacalny, swojski, a przecież egzotyczny, bo ujmowany z perspektywy, która zwykle nie jest dostępna laikowi. Z chirurgiczną i filologiczną precyzją, która nic nie ujmuje literackiemu kunsztowi książki, Chen podchodzi do “zwięzłości i skuteczności ludzkiej anatomii”, oddaje klimat perfekcyjnie przygotowanych zajęć, zaprogramowanych z dbałością zarówno o funkcjonalizm dydaktyczny, jak i o szacunek wobec ludzkiej śmierci. Uzmysławia nam trudną konieczność oswajania się studentów z martwym ciałem (nawet poprzez czarny humor dowcipów z prosektorium), bez czego nie mogłaby się dokonać inicjacja do zawodu lekarza.

Przy tej i innych okazjach autorka naświetla szerszy kontekst historyczny. Przypomina na przykład, że sekcje zwłok wyszły z podziemia stosunkowo niedawno. W 1163 roku sobór w Tours zakazał tej praktyki, gdyż kolidowała z ówczesnymi poglądami na zmartwychwstanie ciała. Anatomowie, praktycy medyczni posuwali się więc do działań wysoce nielegalnych, aby zdobyć zwłoki, na których mogliby się uczyć. Nieukrywane zainteresowanie ludzką anatomią w dobie Renesansu objawiło się między innymi powstaniem siedmiotomowego nowatorskiego dzieła De Humani Corporis Fabrica(1543) Andreasa Vesaliusa. Mimo iż po Reformacji w Anglii istniała zgoda – a stanowiło to dodatkową karę – na badania zdjętych z szubienicy skazańców, ciągle brakowało ciał do sekcji i uciekano się do pozyskiwania zwłok od pokątnych dostawców. W końcu skandale doprowadziły do przegłosowania rozporządzenia o legalnym dysponowaniu na potrzeby sekcji zwłokami bezdomnych, porzuconych itp. Jak sama pisze, przez lata studiów Pauline Chen żyła w przekonaniu, że zasadniczą sprawą dla aspirującego lekarza jest powołanie, jak u osób duchownych. W którymś momencie uświadomiła sobie jednak, że nie wystarczy ono bez perfekcyjnego warsztatu, co szczególnie istotne jest w wypadku chirurga, który nawet bardzo zmęczony musi stanąć na wysokości zadania. Piętnaście pobrań organów do przeszczepów uprawniało lekarza do samodzielnego przeprowadzenia operacji jako główny chirurg. Po dokonaniu trzydziestu pobrań Chen mogła już uczyć mniej doświadczonych chirurgów. Przy czterdziestym piątym pobraniu miała wrażenie, iż może dokonywać operacji po omacku. Przy sześćdziesiątym nabrała iluzorycznego przekonania, że “jest nieśmiertelna”. W karierze każdego lekarza są pacjenci, którzy mają szczególny wpływ na ich zapatrywania i postawy. Chen o nich opowiada. Mówi, jak wiele ją nauczyli, jak ciągle ma niektórych w pamięci. Szczególnym przeżyciem stał się dla niej moment pobierania organów od trzydziestoparoletniej Amerykanki, tak jak ona azjatyckiego pochodzenia, która zginęła w wypadku samochodowym. W zmarłej Chen zobaczyła swoje lustrzane odbicie i wtedy realnie stanęła wobec własnej śmierci. Szok ten kazał jej szukać pomocy w pisaniu. To ono pozwoliło jej się otrząsnąć się zarówno z zawodowej rutyny grożącej znieczuleniem, jak i osobistego smutku i żalu na widok śmierci. Nie ulega wątpliwości, i bez końca powtarza się to studentom medycyny, że dobry lekarz powinien wczuć się w stan pacjenta. Wczujmy się jednak i my w sytuację lekarzy.Chen rzeczowo opisuje fizyczny, psychologiczny i etyczny stres w tym zawodzie. Długie i żmudne studia, staże, szkolenia, rezydentury, kilkudziesięciogodzinne ostre dyżury, brak wytchnienia. W książce znajdujemy na przykład takie dane ze sceny amerykańskiej: z blisko siedmiu tysięcy osób zaproszonych do wzięcia udziału w warsztatach na temat “trudnych rozmów z pacjentami” ukończyło je tylko sześćdziesięciu trzech lekarzy. Jako główny powód odmowy podawano brak czasu. Szczerze – i owa szczerość, a nawet pokora, stanowi kolejną wartość tej książki. Chen przyznaje, że sprawą “naturalną” skrajnie przepracowanego lekarza jest niemal podświadome stosowanie technik obronnych. Refleksja i praktyka przywodzą też autorkę do przekonania, że dotychczasowa etyka zawodowa lekarza opierała…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Homoseksualista mój bliźni