Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

O różnych godzinach

Dość dawno temu, podczas „wirydarzowej” akcji ku upamiętnieniu Powstania w Getcie, przypadkowy przechodzień spytał nas – z wyraźną pretensją – dlaczego zajmujemy się rocznicą żydowską, a nie naszą, polską, na przykład Powstania Warszawskiego.

– Dlaczego Pan sądzi, że tamto pomijamy? – spytałam, ale odpowiedź nie padła.

Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonana, że nie wszystko w życiu trzeba nazwać.

Potrzebę czy raczej powinność starania się, by pamiętać o ofiarach zagłady – najpierw Żydów – poczułam wcześniej, zanim zdałam sobie sprawę, że trzeba to zobowiązanie tłumaczyć innym.

Jednak wkrótce okazało się, że to konieczne. Napisałam, że w inicjatywach upamiętniania wyraża się sprzeciw wobec intencji sprawców, organizatorów śmierci, dążących do tego, by ich ofiary znikły. Wszelkie ślady ich życia chcą zatrzeć, ukryć, zafałszować.

Szczególnym aspektem zbrodni jest kłamstwo na temat ofiar, okoliczności ich śmierci, w tym jej sprawców. Takie kłamstwo czyni wiele zła, tym więcej, im dłużej trwa. Jedną z postaci tego zła jest krzywda dodatkowo dotykająca bliskich, rodziny ofiar, nawet późnych potomków. Przez kłamstwo i milczenie ich przodkowie na nowo giną.

Dwa dramatyczne przykłady: Katyń i inne zbrodnie na Polakach na wschodzie. Tu poznanie prawdy już zaczyna przynosić dobre skutki, jakąś ulgę, odblokowanie żałoby i przeżycia sieroctwa. Rodziny Katyńskie otacza współczucie.

A teraz Jedwabne. Wciąż nie do końca przyjęta i wyznana tragiczna prawda o bezpośredniej winie Polaków wobec Żydów z tego miasteczka i okolic. Upamiętnienie zaistniało, stanął pomnik, ale napis na nim wciąż wymijający. Wciąż powtarzany jest wykręt, że inny być nie może. Skoro tak, to rany się nie goją. To popielisko wciąż się tli pod spodem. Czuję to, ile razy tam jestem. Żadna książka nie zastąpi wyznania prawdy na tablicy pomnika.

Rosja w małym stopniu wie o tym, ale potrzebny jest jej cmentarz katyński, w pełni jawny w swej istocie, nazwany zgodnie z tym, czym jest. Jeśli zgadzasz się z tym zdaniem, czytając je uważnie, to zastanów się nad tym, co robisz, aby Polska miała potrzebny jej pomnik, upamiętnienie Żydów zamordowanych w Jedwabnem przez Polaków niegodnych być Polakami. Nie wiem, kogo i jak takie spóźnione wyznanie prawdy może wyzwolić, ale uważam je za konieczne. Jak cmentarz katyński.

Bezbronni z braku zaufania

Ofiara szantażu to ofiara do kwadratu. Człowiek poddany szantażowi wybiera między dwoma nieszczęściami. Które z tych nieszczęść uzna za bardziej nie do zniesienia?

Cios spadnie tak czy owak – gdy ulegnie szantażyście i gdy się mu sprzeciwi.

Szantażowany może ulec naciskowi, chcąc chronić kogoś, za kogo czuje się odpowiedzialny. Uważam, że nie powinniśmy dziś sądzić tych, co kiedyś ulegli. W tych sprawach odpowiedzialni i winni są szantażyści, nie ich ofiary.

Szantażystów sprzed lat należy dalej ścigać, piętnować, jeśli to możliwe – karać, a zwłaszcza odbierać im szanse uprawiania tego procederu.

Szantażyści są wciąż niebezpieczni. Mogą szkodzić w każdym ustroju, jak pedofile.

Odpowiedzialność za zło wynikające z szantażu obciąża ludzi stosujących tę technikę wymuszania – czy to zeznań, czy pieniędzy lub protekcji. Ale jednak nie tylko ich.

Istnieje druga, bardzo szeroka odpowiedzialność za sukces szantażystów, obciążająca złamaną ofiarę i jej środowisko, różne grupy odniesienia liczące się w rozrachunku ze sobą i światem.

Szantażyści są przestępcami. Ulegająca ofiara i środowisko to ci, co w trudnym momencie zawiedli siebie nawzajem. Warunkiem skuteczności szantażu jest wstyd i strach ofiary, silniejszy niż zaufanie do swoich. Ulegający wobec szantażu nie wierzy, nie ufa, że on jego bliscy czy zwierzchnicy naprawdę są ludźmi zdolnymi zrozumieć, dać kolejną szansę, okazać nieugiętą solidarność.

Pętla szantażu polega przecież na tym, że okazanie uległości daje szantażującemu nową, może czasem silniejszą, bardziej realną broń. Tę właśnie broń szantażysta pragnie posiąść, to ona daje mu coś w rodzaju wszechmocy. Zadziała z pewnością, jeśli ofiara w gruncie rzeczy bardziej boi się swoich niż przeciwników zakładających sidła.

To rozumowanie wydaje się proste i bynajmniej nie odkrywcze. Ale postępowanie z ofiarami szantażu, których uwikłania teraz wychodzą na jaw, wcale nie wskazuje na zrozumienie współodpowiedzialności szerokiego kręgu “swoich” za zło wynikłe z szantażu i za gehennę szantażowanego. Dlaczego nie znalazł – bo i nie szukał z dostateczną odwagą i śmiałością – wsparcia, osłony przyjaciół, wychowawców, zwierzchników? Dlaczego im nie zaufał? Można widzieć przyczynę w słabości ofiary szantażu. Ale może warto chociaż część winy przypisać tym, co wtedy i teraz gotowi są potępiać, wykluczać i przekreślać? Karać za dawne i obecne nie-bohaterstwa?

Klasyczni terroryści bronią się przed penetracją wrogich im wywiadów eliminują wszystkich podejrzanych. “Eliminacja” może oznaczać wyrok śmierci, podejmowany bez sądu. Szczęśliwie dawna NSZZ “S” nawet działając w warunkach konspiracji nigdy nie przekroczyła granicy terroryzmu. Terrorysta godny tego określenia musi bardziej bać się swoich niż przeciwników. Odrzucając terroryzm, nie płacąc śmiercią za śmierć swoich bohaterów, ludzie “S” czuli, że idą za wezwaniem “Zło dobrem zwyciężaj”.

Jednakże ta zasada wymaga jeszcze czegoś więcej, niż wyrzeczenie się terrorystycznych metod. Przyjęcie tej zasady wyklucza – przynajmniej na dłuższą metę – używanie broni bezbronnych, jaka jest ostracyzm, potępienie czynu połączone z wygnaniem sprawcy. A wygnanie może mieć postać wykluczenia od udziału. W sytuacjach skrajnych może to oznaczać niezasłużoną śmierć cywilną. Zadawanie śmierci cywilnej jest niedopuszczalne, jeśli mamy zwyciężać zło właśnie dobrem, a nie jakkolwiek, byle skutecznie (chociażby na pozór).

Stawianie oporu autorytarnej władzy, posługującej się szantażem, przekreśla szansę dialogu z tymi i takimi jej funkcjonariuszami. Niestety. Nawet ostracyzm może być niezbędny (choć nie powinien trwać w nieskończoność, czy poza termin swej praktycznej użyteczności). Niepokojące jest przedłużanie tego terminu na dziesiątki lat. Szeroko stosowany ostracyzm tworzy nowe zatrute obszary strachu i wstydu, pole dla szantażu.

Wierzę, że teraz możemy pozwolić sobie na zwyciężanie dobrem na wszystkich frontach.

Sen

Telefon do Babci, do Torunia. Ściskam ciężką słuchawkę. Głos z daleka, jak przez ciemną watę i tumany mgły. “Halo, kto?”. Chcę rzucić swoje imię dziecinne, ale czy je wypowiadam? Czy pozostaje w myśli? Wołam “To ja, Halinka… z Wrocławia”.

Ona pyta: “Kiedy przyjedziesz?” No więc, kiedy? W październiku? Ale już minął. W listopadzie? Obiecuję: “Na pewno przed grudniem”. A ona: “którego roku?”. Zaczynam mówić “Dwa tysiące… osiem”. Ale budzę się, wiem, że do grudnia nie zdążę, ta świadomość zrywa połączenie, chociaż dalej czuję, że gdzieś przecież jest Toruń, Mostowa 8. Ale nie ma Halinki z Wrocławia. Halinka już nie wbiegnie po wyszorowanych mydłem kamiennych schodkach do paradnej sieni. Jest tak, jakby przez szarą bramę woda świętojańskiej powodzi wspięła się ulicą aż po piętro i balkon patrycjuszowskiej kamienicy.

Nie zapomnieć Nangar Khel

Współczuć obu stronom zbrojnego konfliktu, czy też – naraz – ofiarom i sprawcom nieszczęścia.

Czy to w ogóle możliwe: objąć ich jednym aktem współczucia, tym samym ze względu na podmiot współczujący, na źródło, na charakter doznania… Współczucie – szczególny rezonans, w którym przeżywamy swoją wspólnotę z cierpiącym.

Mówiąc “współczuję Wam” stwierdzam, że odczuwam ból będący echem waszego bólu; pragnę odwrócić wasz zły los. To może być zły los odpowiedzialnego za zły czyn.

Od bólu współczucia mogę się uwalniać usiłując skutecznie działać przeciw rozrastaniu się zła, przeciw krzywdzie, zadawanej czy doznawanej. Czy to niemożliwe?

Na pewno trudne.

Łatwiejsza droga: przeciąć więź. Nie współczuć, przekreślić ludzką wspólnotę.

Decydując się współczuć, nie tłumiąc rezonansu, trzeba się pogodzić z rozdarciem. Nie będzie można – jak to się zwykle dzieje – po prostu przylgnąć do jednej ze stron. Współczucie transcendentne wobec konfliktu wymaga nie-przyjmowania w siebie nienawiści. Trzeba uznać, że to ludzie ludziom gotują taki los… Nie kiedyś, dawno, lecz i dziś.

Myślę, że tylko tego rodzaju współczucie może się ostać w sytuacji, w której ostateczną krzywdę, śmierć, zadają sobie nawzajem i naprzemian obie strony konfliktu.

Zawsze istnieje pokusa, by wybrać sobie jedną ze stron, by “tych” uznać za “swoich”, a “tamtym” odmówić pełni człowieczeństwa. Przestać widzieć ludzki ból, a więc też i nie współczuć.

Język wojen i czystek etnicznych – cały ten żargon: “oczyszczanie” terenu, stosowanie kryptonimów i kodów zamiast imion ludzkich podkreślających człowieczeństwo – to wszystko znieczula, modyfikuje, okalecza psychikę. Zanik współczucia to oznaka czegoś bardzo groźnego.

Kładąc tak wielki nacisk na współczucie muszę się zastrzec: nie chodzi mi o jakiś prymat emocji, o kierowanie się nimi w przeciwieństwie do wiedzy i rozsądku.

Współczucie bywa odbierającą niezbędną przytomność umysłu i zdolność do działania dla dobra tych, komu współczujemy. To żywioł wymagający opanowania. Modelem, na którym się opieram myśląc o współczuciu, jest postawa, do której się dąży w praktyce opieki nad umierającymi, wymagająca samokontroli, racjonalizacji postępowania, wyzwolenia od egocentryzmu. Towarzyszymy drugiemu człowiekowi w jego agonii. Czy nie tak bywa na wojnie?

*To rozważanie powstało, gdy problem winy oskarżonych polskich żołnierzy z jednostki walczącej w Afganistanie nie został jeszcze poddany ocenie sądu. W takiej sytuacji trzeba myśleć i mówić bardzo ostrożnie. W związku z tym zalety współczucia ponad konfliktem stają się szczególnie wyraźne. Jest to współczucie gotowe niemal na wszystko. Nie zniesie tylko cynizmu, ale niechętnie przyzna, że to cynizm, a…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy Pan Bóg sprowadza deszcz?