Do Hamburga pojechaliśmy pociągiem – ja i Klementynka, rezolutna, ośmioletnia osoba. Pociągiem podróżuje się wygodniej niż autem po autostradzie i można zjeść śniadanie w restauracji. Aby dobrze wykorzystać czas, postanowiłem, że będziemy na miejscu dziesięć minut przed otwarciem wystawy. Dlatego prosto z dworca, o godzinie 9.45, udaliśmy się pod gmach Kunsthalle.
Siąpił zimny deszczyk. Stanęliśmy na końcu kolejki, która wiła się na schodach i kończyła na chodniku. Stało w niej z dwieście osób – wysokich, szpakowatych, eleganckich mieszczan w wieku zaawansowanym, którzy tak samo jak my byli punktualni i przewidujący. Odruchowo spojrzałem na zegarek – czekania było z pół godziny, a pociąg powrotny do Berlina mieliśmy o 12.40. Na szczęście zza rogu wybiegł ochroniarz i krzyknął, że otwarto boczne wejście. Pognaliśmy ku niemu razem z gromadą kolejkowiczów, oddaliśmy płaszcze do szatni i po chwili wspinaliśmy się schodami na piętro.
Było tam już trochę ludzi. Przed pierwszym eksponatem – małym obrazkiem, który przedstawiał pracownię Friedricha – stała kilkunastoosobowa grupa. Pod portretem wielkiego malarza stała grupa druga, mniejsza. Przewodnicy wzięli się do roboty. Głośno objaśniali dzieła, odpowiadali na pytania i komentarze. Żartowano i wydawano okrzyki podziwu. Żeby nie tracić czasu, odpuściliśmy obrazy, przed które nie można się było dopchać. Obiecałem Klementynce, że obejrzymy je później.
Niektórzy widzowie chodzili ze słuchawkami na uszach, kiwając do siebie głowami – Klementynka pokazała mi ich w milczeniu palcem. Inni rozmawiali przez komórki, dzieląc się wrażeniami z bliskimi, których zabrakło na wystawie. Choć na ogół posuwano się naprzód w skupieniu, gwar narastał. Przybywały wycieczki szkolne i uczniowie rozchodzili się po salach nawoływani przez nauczycieli. Do powolnego rytmu przechadzki hamburskich emerytów doszedł inny rytm – żywiołowa bieganina i nerwowe hopsanie młodzieży. Tłum gęstniał. Przed arcydziełami Friedricha musiałem Klementynkę podnosić, aby mogła coś dojrzeć ponad głowami widzów. Peszyło ją to chyba, bo próbowała się wyswobodzić i kopnęła mnie w kolano. Kiedy wspomniałem o powrocie do pierwszych sal, ścisnęła mi rękę. Faktycznie, pchanie się pod prąd wymagało samozaparcia, zrezygnowaliśmy więc z tego pomysłu.
Od czasu do czasu dzieliłem się z Klementynką spostrzeżeniami – starałem się wtedy przekrzyczeć gwar, nachylając się wprost do jej ucha. Gdy tkwiłem w tej niewygodnej pozycji, napierano na mnie i przesuwano do następnego eksponatu. Aby wrócić do tego, który nas zainteresował, musieliśmy jeszcze raz okrążać salę. Mimo to byłem zadowolony. Pokazywałem mojej córce kruki, groby i cmentarze w świetle księżyca, wioski rybackie i szkielety okrętów, zamglone góry i ruiny klasztorów, wędrowców otulonych płaszczami, ciemną tęczę i gotycką latarnię. Wszystko to, co przed dwustu laty chwytało za serca dobrych, niemieckich mieszczan i co mnie też chwyta, ponieważ i ja mam coś z Niemca oraz romantyka.
– Patrz, to jest Szaser w zimowym lesie! Jak się zamyślił, jaki mokry śnieg… Patrz, a to Krzyż w górach! A to – patrz, Klementynko! – to widok Karkonoszy z przełęczy Kapella (byliśmy tam w zeszłym roku)! W ten sposób wzbudzałem uczucia sentymentalne. Tymczasem do sal wjeżdżały wózki inwalidzkie, wwożono niepełnosprawnych. Niektórzy z nich, oparci bezwładnie o zagłówki lub opadający na bok, stroili dzikie miny. Przewracali oczami, wysuwali języki, wydając słabe, nieartykułowane okrzyki. Niektórym kazano trzymać się za ręce i tak szli od obrazu do obrazu. Ruchy ich ciał były inne niż ruchy ciał uczniów i emerytów – kołysali się z boku na bok, wierzgali jak źrebięta, kręcili głowami, jakby szukali czegoś na suficie. Od czasu do czasu czułem, że palce Klementynki zaciskają się na mojej dłoni jak kleszcze. „Wszystko to jest w ostatecznym rozrachunku nieistotne, jak cały świat zjawisk, który, oglądany z wyższej perspektywy, nie narusza głębszej harmonii” – wspominałem w myślach słowa Schellinga, niemieckiego filozofa idealisty, i odruchowo odnosiłem je do tego, co działo się wokół nas. „Spójrz na to z wyższej perspektywy! – zachęcały obrazy Caspara Davida Friedricha. – Za pozornym chaosem, okrucieństwem i brzydotą życia codziennego kryje się wieczne piękno, pokój i harmonia. Ludzie sztuki…