Jakie jest fundamentalne pytanie, na które literatura powinna udzielić odpowiedzi?
Jest Bóg czy Go nie ma? Sami jesteśmy we wszechświecie czy ktoś nam towarzyszy? Nasze istnienie jest czyimś zamiarem czy przypadkiem? Śmierć zamyka coś na zawsze czy może otwiera – jak to bywa z drzwiami, jedne się zamykają, inne otwierają? Czym jest przestrzeń, pustka, wieczność? Krótko mówiąc, najbardziej elementarne pytania, na które przyzwoita literatura powinna próbować odpowiadać, tym bardziej że nauka, filozofia i religie dały już sobie z tym spokój. Co do siebie, mam stuprocentową pewność, że swoją twórczością nie rozsupłam tajemnicy istnienia. Od czasu do czasu jednak próbuję. Dla zasady. Naturalnie nie mówię sobie, że teraz napiszę opowiadanie lub powieść metafizyczną, bo to pierwszy krok do katastrofy. Mówię sobie: teraz opowiem następującą historię. Będzie miała wymiar metafizyczny, to dobrze, nie będzie miała, trudno. Bliskie mi przykłady twórczości metafizycznej prezentuje Jarosław Iwaszkiewicz, głównie w opowiadaniach. Gdy po raz pierwszy przeczytałem Panny z Wilka, miałem wrażenie obcowania z twórczością nie z tego świata. To najwyższa szkoła literackiej jazdy.
Ale tajemnica i zagadkowość wyróżniają także Pana twórczość. Kiedy czytam opowiadania zamieszczone w Wyspie – nie wiem, co jest rzeczywistością, a co marą. W Dziewczynce z hotelu Excelsior jest wiele tego rodzaju niedopowiedzeń. Czy to jest celowy zabieg?
Dobrze, jeśli są niedopowiedzenia, bo to zwiększa możliwości interpretacji, ale trzeba też uważać, żeby jakieś historii nie utopić, to znaczy, aby jedno niedopowiedzenie nie nakładało się na kolejne, żeby z tego nie wyszło jedno wielkie niedopowiedzenie. Żadna z historii opowiedzianych w zbiorze Wyspa, włącznie z może najmniej tajemniczą samą Wyspą, nie mogłaby się wydarzyć w rzeczywistości. One są w tym sensie nierzeczywiste i nieprawdziwe, ale one są równocześnie prawdziwe i rzeczywiste dlatego, że ich bohaterowie są prawdziwi. Nieszczęsny księgowy z Dziewczynki z hotelu Excelsior zachowuje się tak, jak gdyby ta dziewczynka naprawdę istniała, a nie wiemy, czy tak jest w istocie – czy ona nie jest wytworem jego imaginacji, czy jest rzeczywistą nimfetką, czy też jakimś bytem nie z tego świata.
Czy uważa Pan, że każdy z nas ma swoją rzeczywistość, żyje w świecie własnej fantazji, który może, choć niekoniecznie musi pokrywać się ze światami innych?
Myślę, że tak. Każdemu z nas zdarza się widzieć coś, rozmawiać z kimś lub obserwować jakąś sytuację, co do której nie jest pewien, czy naprawdę zaistniała lub istnieje, i to nie musi być objaw schizofrenii albo alkoholowego upojenia. Moje opowiadania są o tym, że nieważne jest to, co nas otacza, ważni jesteśmy my sami. Moje postaci są na serio, z krwi i kości. Natomiast ich otoczenie jest względne, wątpliwe, nierzeczywiste, pozorne, jak jeden z bohaterów opowiadania Jak granit, który nie umarł, bo w istocie nigdy nie istniał, odziany w ludzką powłokę, podszywający się pod człowieka.
Czyli są według Pana ludzie, którzy żyją, ale nie mają duszy?
Naturalnie. Pozornie nic im nie brak. Bywają atrakcyjni, wygadani, sprawni intelektualnie, zdarza im się decydować o losach innych. Ale to zombies. Mówię serio. Wydrążeni do samego spodu, jak tykwy. Tylko materia.
O człowieczeństwie nie rozstrzyga status prawny, ale duchowość. A duchowość to cały pakiet uczuć wyższych, z których decydująca, jak sądzę, jest zdolność do współodczuwania. Wydaje mi się to sprawą o tyle fundamentalną, że rozstrzyga o tym, czy przeminiemy ostatecznie czy nie. Mówiąc najkrócej: czy wyzwolimy się z pułapki materii czy nas ona pochłonie.
Czy literatura ma tu do spełnienia jakieś zadanie?
Może to uświadomić. Nie zmienić, lecz uświadomić. Czy to jakaś pociecha? Żadna, ale literatura, przykro to stwierdzić, nie jest od pocieszania.
Porozmawiajmy o twórczości. Co Pana inspiruje twórczo?
Moja sytuacja jest szczególna, bo ja nie jestem pisarzem, który potrafi i chce pisać rzeczy pozafabularne. Fabuła jest warunkiem sine qua non mojej twórczości. Ale to nie jest dobry pomysł na pisanie, bo z fabułami jest trudno. Trudno jest wymyślić dobrą historię.
Jak Pan wymyśla swoje historie? Czy to jest czysta fikcja czy czerpie je Pan z życia?
Historie głównie wymyślam i dlatego publikuję tak rzadko. Zamknięta historia z początkiem, zakończeniem i środkiem nie jest sprawą prostą. Choć sam impuls pochodzi od rzeczywistości. Coś nas porusza, wzrusza, zachwyca albo otrzymujemy od losu jakąś historię, więc „zżynamy” z życia. Tak było w wypadku Stankiewicza – ta inspiracja była wówczas potężna. Historię ułożyłem na kanwie opowieści mojego dziadka, dzięki której miałem już zalążek postaci.
Czasem jednak te inspiracje są bardzo wątłe, wówczas musimy polegać na własnej wyobraźni. Życie nie stworzyło mi żadnej historii od początku do końca, ale dostarczało zdarzeń, z których je tkałem. To czasami mogą być rzeczy bardzo odległe od zamkniętej historii fabularnej, na przykład podróż. Nic nie jest tak bardzo inspirujące literacko jak podróż.
Dlaczego? Czy dlatego, że wiąże się ze zmianą klimatu, otoczenia, kultury?
Myślę, że to wszystko razem plus świadomość wyłączenia się z życia na jakiś czas, oglądanie teatru. W czasie podróży nic od nas nie zależy. Jesteśmy bierni, obserwujemy, nasłuchujemy, chłoniemy. Rzeczywistość przesuwa się przed naszymi oczami jak film.
Dwadzieścia lat temu płynąłem Wołgą, w dół i w górę rzeki. Efektem tej podróży stała się mikropowieść Człowiek w cieniu, pod względem literackim najlepsza rzecz, jaka mi się przydarzyła, choć nie będę się upierał, że najefektowniejsza. Nic, co zdarzyło się w powieści, nie zdarzyło mi się osobiście i na odwrót, ale nastrój tej podróży, jej nadaremność, zapowiedzi zdarzeń, bezmiar pejzażu, cienie oglądanych ludzi, męcząca niezmienność, która towarzyszy takiemu rejsowi, znalazły się w książce. Sam bym tego nie wymyślił. Żałuję, ale nie.
Nie jest więc tak, że czuje Pan nagły przypływ weny, zasiada przed kartką, bierze pióro i zaczernia strony?
Nie, zupełnie nie. I to nie jest dobre, bo ogranicza.
A więc najpierw jest zamysł, kompozycja. A jak dalece kontroluje Pan akt twórczy?
W pewnym momencie nasi bohaterowie i historia, którą opowiadamy, trochę się emancypują. Oczywiście to nie jest tak, że ona dzieje się niezależnie od nas, bo wtedy przestajemy być jej autorami. Z pewnymi decyzjami swoich bohaterów możemy się nie zgadzać, na tym zresztą polega istota literatury, że ukazujemy postaci, z którymi się czasem głęboko nie zgadzamy, ale niektórych decyzji bohaterów możemy wręcz nie rozumieć. Mamy do tego prawo. Do dzisiaj nie rozumiem, i na pewno już nigdy nie zrozumiem, dlaczego w Warunku kapitan Rangułt zastrzelił Rudzkiego. Co o tym przesądziło? W jakim sensie mu było potrzebne dopuszczenie się bezsensownej zbrodni, której ja, jako twórca, nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć?
Wydarzanie się sytuacji, które zaskakują samego autora, to chyba jeden z najciekawszych aspektów twórczości?
Tak. Sądzę, że jeśli mamy do czynienia z prawdziwą twórczością, kiedy opowiadamy wymyśloną, ale jednocześnie wiarygodną, logiczną, więc prawdziwą historię, powinny wydarzać się sytuacje, których do końca nie rozumiemy. Nie dajmy się jednak zwariować. Kiedy autor mówi, że w pewnym momencie rzecz zaczęła mu się sama opowiadać, to nie jest dobrym pisarzem.
Jak odbiera Pan świat?
Jestem sensualistą. Zmysły mają dla mnie pierwszorzędne znaczenie. Wszystkie. W młodości zaś najważniejsze były emocje. Teraz już nie, ale to nie dlatego, że się zmieniłem, po prostu się zestarzałem, to kwestia wieku. Nie mam już siły na emocje.
Debiutował Pan późno, mając blisko czterdzieści lat.
Zgadza się, miałem dokładnie trzydzieści dziewięć lat, kiedy zadebiutowałem, choć napisałem Stankiewicza, mając lat trzydzieści sześć. To dobry wiek, dla prozaika optymalny. Nie jest dobrze zacząć ani za wcześnie, ani za późno. Okres między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia jest dobry, choć dla poety to chyba odrobinę za późno. Ale poezja ze swej natury jest trochę młodzieńcza.
Czy uważa się Pan za pisarza obdarzonego talentem?
Tak. Narratorskim.
Po co Pan pisze? Dla kogo? Kiedy debiutowałem ćwierć wieku temu, na podobne pytania odpowiadałem, że dla przygody. Nie unieważniam tej odpowiedzi, ale teraz dodaję do niej, że dla uniesienia. Z moich doświadczeń ponadsześćdziesięcioletniego, w miarę zdrowego i normalnego mężczyzny mogę stwierdzić, że żadne pieniądze, żadna przyjaźń, podróż, romans nie dają tej satysfakcji, jaką daje twórczość, za którą od początku do końca odpowiadamy, niezależnie od oceny innych. I mówi to Pani człowiek skrajnie nieufny wobec wszelkiego rodzaju iluminacji i wyjątkowo nieodporny na mozół i nudę…