Nie chcę ich oglądać.
Niech młodzi zwolennicy odgrywania na ulicach scen z historii poczekają jeszcze trochę, aż my wszyscy, pamiętający bez tego, poumieramy, aż zostaną po nas może jakieś notatki czy nagrania. I niezrozumiałe pamiątki, coś z epoki, czego nie pozbyliśmy się aż dotąd. Może dlatego, że, jak mój zielony płaszcz-kufajka, zdało taki egzamin, że jeszcze się przyda?
Jeszcze jedna myśl: w Afganistanie takie pojazdy teraz penetrują wąskie uliczki starych miasteczek. Poruszają się niestosownie szybko, bo nie chcą tkwić w osaczeniu. Niebezpiecznie znaleźć się na ich trasie. Mój wskrzeszony lęk, a jeszcze wyraźny wstręt, solidarny z ludźmi gdzieś tam, niedaleko ostrzelanego Nangar Khel.
Pochodzę z rąk Boga
30 grudnia 2007. Sama ze sobą, tylko w obecności oszadziałego lasu, bez książek i bez internetu. Nie przestaję jednak myśleć, szukać odpowiedzi, zdana na to, co pamiętam. To też właściwie samorekolekcje, nie publicystyka.
Pod spodem, na dnie wielu dzisiejszych konfliktów religijnych, czuję obecność dwóch sporów, tylko pozornie zażegnanych – z fundamentalizmem i z modernizmem. Bojąc się interpretacji (błędnie kojarzonej z modernizmem), ze strachu przed relatywizmem – w rezultacie jesteśmy bezbronni wobec fundamentalizmu. Myślę, że w istocie bezbronni wobec rzeczywistości, wobec pytań, które ludzkość teraz przerabia.
To przerabianie nie powinno się odbywać bez kontaktu z myślą chrześcijańską. Ale ona musi być do tego zdolna. Zarażenie fundamentalizmem odbiera jej możliwość wejścia w zwarcie.
Pamiętam czas jednej z konfrontacji teologii biblijnej z myśleniem naukowym. Chodzi o obowiązujący w biologii paradygmat ewolucji. Paradygmat to wielkie założenie, przenikające i organizujące całość myślenia. A więc coś o wiele istotniejszego niż konkretne, zmieniające postać hipotezy – bez których można się obyć, jeśliby zostały obalone, wymienione na inną wizję.
W konfrontacji z paradygmatem ewolucji, w myśli religijnej pojawił się tak zwany konkordyzm. Biblijny opis stworzenia świata miał odzwierciedlać to, co o ewolucji mówi paleontologia. Sztuczność tej naciąganej interpretacji była uderzająca. „Konkordyzm” wkrótce został zarzucony, a wraz z nim, w tej przynajmniej kwestii, pokonana pokusa fundamentalizmu. Czytając poemat biblijny o Stworzeniu, obcujemy z prawdą o Stwórcy, który widzi, że to, co stworzył, jest dobre. Opis świadczy też o szczególnym miejscu człowieka wśród Stworzenia, o przedziwnym partnerstwie wspólnego człowieczeństwa mężczyzny i kobiety z Tym, kto ich stworzył i obdarzył.
Odrzucenie „konkordyzmu” oznaczało uznanie bezpłodności mieszania filozofii religijnej z danymi nauki. Wynikiem takiego mieszania są kalekie twory myślowe, kiczowate jak naciągana zgodność między opisem biblijnym a odkryciami paleontologicznymi. Uparcie podejrzewam, że w myśleniu religijnym o pochodzeniu człowieka kryje się jakiś wątpliwy „konkordyzm”. Myślę tu o pochodzeniu konkretnego człowieka, na przykład moim.
Wiara i filozofia religijna mówi mi, że jak pierwsi rodzice – wraz z nimi – jestem z rąk Boga, z Jego wszechogarniającej woli udzielania istnienia, które jest dobre. Bóg wyposaża mnie w dar partnerstwa ze sobą. Jak, kiedy uczłowieczył mnie? To nie jest objawione, rozum może snuć swoje teorie; różne w miarę prowadzonej refleksji i zdobywania wiedzy o rozrodzie stworzeń, w tym o rozrodzie ludzkim. Ta wiedza osiągnęła nowy etap, rangi kopernikańskiej, wraz z poznaniem systemu informacji sterującego rozwojem od zygoty przez zarodek po płód coraz bardziej zdolny do samodzielnego życia.
Przypuszczam, że te zdobycze biologii XX wieku skusiły teologów i filozofów do nowej próby „konkordyzmu”, podsuwając pokusę uznania, że wiemy, jak i kiedy Bóg włącza kolejnego potomka pierwszych rodziców w łańcuch człowieczeństwa. Świętą „pierwszą chwilą” jest moment, gdy dwie haploidalne komórki połączą się, tworząc diploidalną zygotę wyposażoną w unikalny zestaw informacji genetycznej wylosowany w konkursie plemników i dojrzewających komórek jajowych.
Biologowie też są kuszeni, by ze swej strony poprzeć „konkordyzm”. Nie wiem, w jakiej mierze ulegną. Patrząc od strony metodologicznej – nie powinni. Jako fachowcy z innej dziedziny, o uczłowieczaniu przez Boga nie mogą nic powiedzieć. O stwierdzalności, że coś jest człowiekiem – także nie. Wiedzą jedynie, że prawidłowy rozwój ludzkiej zygoty prowadzi do narodzin ludzkiego dziecka. Więcej jednak teraz wiemy, jak często, w naturalny sposób, zygota nie rozwija się lub jej rozwój przerywa się. Czy człowiek zginął czy też raczej – nie powstał? To nie jest pytanie dla biologa. Embriologia teologiczna jest kiepską hybrydą. Uznana, ciekawie funkcjonująca antropologia teologiczna wiąże dane wiary nie z biologią człowieka, lecz z filozofią.
*W moim odczuciu metoda „in vitro” jako taka nie narusza praw Boga i ludzie religijni mogą jej używać w duchu wiary i ufności do Boga, który dał im to narzędzie przezwyciężania usterki w działaniu organizmu. Potrzebującym pomocy medycznej – może właśnie metody „in vitro” – aby stać się rodzicami, chciałabym wyjść naprzeciw z moją wiarą, że każdy człowiek pochodzi…