W ostatnich latach ukazało się przynajmniej kilka prac, które traktują o drażliwych kwestiach w relacjach polsko-żydowskich (m.in. Jana Grabowskiego „Ja tego Żyda znam”. Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943, Prowincja noc. Życie i zagłada Żydów w dystrykcie warszawskim pod redakcją Barbary Engelking, Jacka Leociaka, Dariusza Libionki, Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką 1939-1945 pod redakcją Andrzeja Żbikowskiego). Żadna z nich — mimo iż są dziełami uznanych badaczy — nie wzbudziła większych emocji. A co najważniejsze treści w nich zawarte nie przedostały się do świadomości zbiorowej. Strach Grossa, podobnie jak wcześniej Sąsiedzi, już to zadanie wypełnił. Jeżeli więc historia nie ma być li tylko przedmiotem uczonych debat, w których uczestniczą jedynie znawcy zagadnienia, to powinniśmy sobie życzyć, aby powstawały tylko takie dzieła jak Sąsiedzi i Strach. Takie, które potrafią „zmusić” czytelnika do lektury.
Jest jednak i druga strona medalu. Czy przez konfrontacyjną postawę Gross nie zastawia pułapki, w którą sam wpada? Jeśli zgodzimy się co do tego, że jednym z powodów, dla których powstał Strach,była chęć dotarcia do szerokiej opinii publicznej, to nieco mentorski i zadziorny styl Grossa raczej nie pomaga w zrealizowaniu tego celu. Jednakże ze względów, o których wyżej wspomniałem, nie można go zupełnie wyeliminować. Nie idzie więc o to, by całkowicie zrezygnować z retorycznego zacięcia, ale by nieco schłodzić temperaturę prowadzonego wywodu. A że Gross potrafi różnicować i wypowiadać się ostrożniej, przekonuje nas rozdział o żydokomunie („Co ty mi będziesz opowiadał, psiakrew, wszyscy Żydzi są komunistami!”).
Wbrew temu, co sobie wyobrażamy i w czym lubimy się upewnić, przeszłość nie jest czymś, co interesuje jedynie ludzi zajmujących się nią zawodowo. Analogicznie jak prawda, historia nie jest czymś abstrakcyjnym i idealnym, ale stanowi fragment naszego doświadczenia, naszej egzystencji i konstruowanego przez nas obrazu świata. Nigdy nie jest na tyle odległa, by można powiedzieć, iż zupełnie nas nie obchodzi. Zapewne inaczej patrzymy na epokę Karola Wielkiego, a inaczej na — relatywnie bliską — tragedię II wojny światowej. Inaczej też podchodzimy do dzieł, które nie dotyczą naszego kraju, a inaczej do tych, które o nim traktują, tym bardziej, jeśli naruszają pewne utarte schematy myślowe doniosłe dla tożsamości narodowej.
Gross ma takie samo prawo mówienia o historii jak każdy z nas. Głosy, które zarzucają mu brak odpowiedniego wykształcenia są nieporozumieniem. „Historia jest sprawą nazbyt ważną, by ją pozostawić wyłącznie historykom” — powiada Otto Marquard w Apologii przypadkowości. Przeszłość dawno już przestała być domeną historyków, a oni sami wyłącznymi posiadaczami prawdy. Sentencja Marquarda odsyła do przemian, jakie dokonały się w obrazie historyka — jego kompetencji oraz funkcji. Przynajmniej od czasów tzw. zwrotu etycznego w humanistyce badacz ma możliwość ujawniania swoich poglądów. Coraz częściej też wymaga się od niego wiedzy, która pochodzi spoza własnej dziedziny i sięga do socjologii, filozofii kultury, szeroko pojętej psychologii. To, co w historiografii zachodniej jest coraz częściej dopuszczalne, w naszym kraju automatycznie kwalifikuje się jako marnej klasy publicystykę.
Strach przedstawiony jako rozprawa doktorska czy habilitacyjna miałby pewnie problemy z uzyskaniem pozytywnej opinii recenzentów. Powodem nie byłby wszakże brak tzw. aparatu naukowego, ubóstwo źródeł czy jednoznaczna i tendencyjna interpretacja. Przyczyn należałoby szukać w niektórych tezach Grossa świadomie wyostrzonych. Autor Strachu odchodzi od pozytywistycznego wzoru nauki. Ów klasyczny model historiografii nakazuje bezwzględne zachowanie neutralności i kategorycznie odżegnuje się od jakichkolwiek, choćby najmniejszych prób subiektywizacji opisu. W zgodzie z tradycyjną metodologią język oczyszczony z wszelkich określeń wartościujących ma być precyzyjnym i bezstronnym narzędziem do przedstawiania przeszłości. Pomijając już to, że w praktyce niesłychanie rzadko w ten sposób podchodzi się do historii, a ona sama bywa zwykle częścią szerszych kategorii, takich jak tożsamość narodowa, oznaczałoby to w jakimś porządku chęć odebrania badaczowi głosu. Na to autorzy tacy jak Gross nie zamierzają przystać.
Warto jednakże zapytać, czy o takich problemach, o których traktuje Strach da się mówić obiektywnie. Obiektywizm pojęty jako skrupulatne ważenie racji, by następnie przyznać ją jednej ze stron, w tej sytuacji nie znajduje zastosowania. Jeśli za warunek sine qua non wszelkiego obiektywizmu uznamy powściąganie emocji, chłodną rejestrację zdarzeń, pojawia się wątpliwość, czy wolno żądać od badacza, by wyzbył się emocji, gdy styka się z takim oto zapisem źródłowym:
Zbiry odciągnęły go kilka kroków i w tym momencie dopadł trzeci osobnik, ukląkł przy leżącym i ciężkim klockiem hamulcowym systematycznie miażdżył głowę ofierze. Dobijający morderca był stosunkowo młodym i słabym chłopcem, więc tłukąc ciężkim klockiem żeliwnym, nachylał się nisko nad głową mordowanego. Gdy morderca się podniósł, zobaczyłem, że ma twarz pocętkowaną jakby piegami — od krwawej miazgi z głowy ofiary. Czując widocznie coś wilgotnego na twarzy, obcierał twarz machinalnie ręką, tak samo usta, oblizując je przy tym.
W Strachu, który nie jest ani antypolski, ani nie wyszedł spod pióra Polakożercy i twórcy owładniętego chorobliwą nienawiścią do naszego kraju, najbardziej razi teza o powszechności powojennego antysemityzmu. Nigdy nie uda się nam dociec, jaki był faktyczny zasięg tego zjawiska. Nie dysponujemy danymi (np. ankietami socjologicznymi), które pozwalałyby na wygłaszanie deklaratywnych sądów w tej materii. Zawsze będziemy skazani na przybliżenia formułowane w oparciu o dowody pośrednie. Powstaje też pytanie, co znaczy słowo „powszechny”. Czy idzie o wielkości rzędu dziewięćdziesięciu procent, pięćdziesięciu czy może trzydziestu.
Wszelkie kwantyfikatory ogólne są niebezpieczne i krzywdzące. Należy się ich wystrzegać zwłaszcza wtedy, gdy idzie o tak gorące tematy, jak stosunki polsko-żydowskie. Gross nie ustrzegł się uogólnień. Rozumiem powody — polemiczna pasja, emocje, zamierzona prowokacja. Ale nawet one do końca nie tłumaczą zgubnej tendencji do uogólnień. Zgubnej przede wszystkim dla samego autora i jego pragnienia dotarcia ze swoimi tezami do możliwie szerokiego grona odbiorców. Tym bardziej, że Gross przytacza świadectwa dotyczące pogromu kieleckiego, w których słyszymy o Polakach występujących przeciwko brutalności tłumu, biciu i mordowaniu bezbronnych ludzi.
Nie jest moją intencją umniejszanie, czy wręcz podważanie antysemityzmu w latach 1945-1947. Pozostaje on dla mnie faktem nie podlegającym dyskusji. Jednak sformułowanie, że Polacy (chłopi i mieszkańcy małych miasteczek) dokończyli dzieło rozpoczęte przez nazistów brzmi zbyt mocno. Nie zamierzam bynajmniej podważać faktów i kwestionować dokonanych zbrodni. Chodzi o ich interpretację. Wypowiedź Grossa (zgodnie z intencją autora lub nie) sugeruje planowe, świadome działanie zakładające ciągłość między Zagładą a mordowaniem Żydów na ziemiach polskich tuż po wyzwoleniu i w pierwszych latach kształtowania się PRL. A taka supozycja jest niemożliwa do przyjęcia. Nie sposób również zgodzić się z sugestią, że Polska była jedynym krajem, w którym po Zagładzie Żydzi wciąż byli narażeni na niebezpieczeństwo (dość wspomnieć Rumunię czy Węgry).
Używane przez Grossa określenie „katoendecja” nie jest z pewnością zbyt eleganckie. Przywodzi na myśl słowa „katoland” czy „katolewica”. Może też być odebrane jako niesprawiedliwe dla Kościoła, który oficjalnie nie identyfikował się nigdy z żadną partią polityczną. Mimo to rzecz nie jest do zbagatelizowania. Kategoria „katoendecja” to pojęcie z historii mentalności. Streszcza w sobie postawę łączącą nacjonalistyczne poglądy z katolickim wychowaniem. To prosta i znana prawidłowość, zgodnie z którą każdy dobry Polak jest (dobrym) katolikiem. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby łączyło się to jedynie z instrumentalnym wykorzystaniem przez endeków religii do swoich partykularnych interesów. Szkopuł w tym, że w dwudziestoleciu międzywojennym — w czym nieuświadomionego odbiorcę oświecić może książka Ronalda Modrasa Kościół katolicki i antysemityzm w Polsce w latach 1933-1939 — endeccy działacze otrzymywali często wsparcie ze strony duchowieństwa. Nie da się inaczej spojrzeć na publikacje tak zdeklarowanych antysemitów jak ksiądz Kruszyński czy osławiony ksiądz Trzeciak. Nie ma się co oszukiwać — antysemityzm był poważnym problemem wśród ówczesnego kleru, co niekiedy łączyło się z milczącą akceptacją działań endecji. Uprzedzenia dały o sobie znać w momencie pogromu kieleckiego. Postawa hierarchów Kościoła podczas tego wydarzenia budzi szereg moralnych wątpliwości. Z pewnością da się wskazać jakieś okoliczności łagodzące (na przykład mimo wszystko nie ignorowałbym obecnego wśród części duchownych przeświadczenia, że chodzi o akcję zaplanowaną przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa w celu skompromitowania dawnego obozu rządowego). Pytanie tylko, czy są one wystarczające, aby uzyskać rozgrzeszenie. Równie wiele niejasności rodzi postawa Kościoła w czasie wojny. Nie idzie o odpowiedź na stare pytanie, czy można było uratować więcej Żydów. Zawsze można zrobić więcej niż się zrobiło….