Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Doliczyłam się chyba z dziesięciu moich ojczyzn. Większość to te małe i to, co stanowi coś więcej niż ich sumę – to, o czym rzadko wypada mówić.

Trafiłyśmy się sobie

Starsza pani w lekko żółtych okularach. Za późno odkrywam je na tej twarzy – już nietaktownie zapytałam o numer autobusu do śródmieścia, bo ja rozkładu jazdy nie mogę odczytać. “Ja też nie” – mówi pani, która później okaże się Krystyną. Dwie stare, niedowidzące kobiety jadą razem autobusem prawie godzinę. Chwilę temu nie znały się w ogóle. Teraz mają sobie mnóstwo do powiedzenia. Szczerze, nic nie udając, jedna demonstruje drugiej – i nawzajem – co jeszcze można, czym się da cieszyć i wzbogacać, gdy się już nie może zwyczajnie czytać książek… Wystawy można oglądać dzięki pomocom optycznym, w które szczęśliwie wyposaża nas ta sama genialna terapeutka, nasza pani Grażyna, znająca się tak świetnie na ludziach, nie tylko na ich oczach, okularach i lupach. Krystyna propaguje Uniwersytet Trzeciego Wieku, ja – mój czytający głośno komputer. Rozmawiamy o chorobie, która odbiera nam sprawność siatkówki. “Znam kogoś, kto widzi dużo więcej niż ja – mówi Krystyna – ale ona siedzi w domu i czeka. Na co? Czasem daje się zaprowadzić do kościoła i na tym koniec”. Krystyna bierze udział w różnych wycieczkach krajowych i zagranicznych. Była na przykład w Izraelu. “Jak tam pięknie! My przecież widzimy świat”. “Tyle, że inaczej, bardziej impresjonistycznie” – dopowiadam za Ireną, malarką, też słabowidzącą, a jednak wciąż odnoszącą sukcesy.

Co jest aktualne

Myślę nad swoim życiem, nie nad światem w ogóle: na moim etapie, po siedemdziesiątce, ciągnie się za sobą ciężką sieć pełną tego i owego, co się wyłoniło z fal podczas długiego żeglowania. Flotsam, wśród którego mogą się kryć skarby… czy może ładunek pokutny, jak w filmie Misja.

Czy to dobre porównania? Może lepsze inne: mam taki wirtualny kufer, potężną skrzynię, w której składałam sobie ekwipunek na przyszłe okazje, na podróże tam i sam, w kierunkach dziś w znacznej mierze już skreślonych, zamkniętych, już dla mnie niedostępnych.

Dlaczego o tym piszę? Co to kogo obchodzi? Może rzeczywiście nie każdego da się zainteresować takim osobistym rozrachunkiem. A jednak jestem pewna, że ci, którzy również go dokonują, zechcą poczuć się mniej sami. Wiele da się porównać, może ktoś będzie mniej zrezygnowany pod wpływem mojego “sprawozdania” mówiącego, co przetrwało, a co nie.

Nie widzę już możliwości własnoręcznego uprawiania ogrodu, nawet niewielkiej grządki. Posadziłam dziś bratek w doniczce. Żółty bratek, z mojego ulubionego, pachnącego, gatunku. Dla dokładności reporterskiej: posadziłam aż dwa bratki, w dwóch doniczkach. Ten drugi jest żółto-fioletowy. Także pachnie, a wygląda jak coś leśnego, więcej ma w sobie pierwotności niż wielkokwiatowe cuda klombów.

Nadal podziwiam ogrody, ale z pewną melancholią, bo czując zapachy, widząc barwy wokół siebie, muszę włożyć sporo pracy w zajęcie odpowiedniej pozycji, wycelowanie lunetki tak, by stanąć oko w oko z konkretnym pstrym tulipanem. Z upodobania do ogrodów wiele mi zostało – różne gry wyobraźni, zabawa w ogrodnicze plany – ale możliwości bycia ogrodnikiem już nie mam.

Pewien kierunek zamknięty: już nie będę katechetką. Całe szczęście: mogę dalej być świadkiem tego, w co wierzę – piszę w swoim blogu “samorekolekcje” – ale to co innego. Katechetura to moim zdaniem pewnego rodzaju urząd kościelny. Ma się “misję”. Teraz nie aspiruję do tego. Jestem gdzie indziej, na jakiejś innej ścieżce. Nie chcę też być określana jako “publicystka katolicka” – to zbyt do katechetury podobne. A jednak pragnę, by moje wnuki chciały kiedyś rozmawiać ze mną o wierze.

Na razie jest tak, że dość często ktoś chce rozmawiać i przychodzi z takim tematem. Coś wtedy tłumaczę, ale nie z pozycji rzecznika wspólnoty. Natomiast do wspólnoty czasem próbuję przemawiać, nie z zewnątrz, lecz jako uczestnik – krytycznie, pytając, czasem prosząc, aby nie tak się działo, jak się dzieje.

Ekumenizm. Za rzadko teraz sięgam po to źródło inspiracji, orzeźwienia, pogłębienia wglądu w wiarę. Ale kierunek jest otwarty. Potrzebny czas, inicjatywy, okazje zagospodarowane, przez kogoś wskazane. Jak spotkania w kościele obok placu Unii Lubelskiej. Jak “Jednota” na stole.

Związki zawodowe. Mam przecież doświadczenie dość krótkie, ale intensywne, szkoleniowca powstającego związku “S”, uczestniczki nowohuckich strajków. Żal ścisnął mi serce, gdy młodzi ludzie zapytani, gdzie szukaliby pomocy w sytuacji konfliktu z pracodawcą, wymieniali nawet księdza proboszcza, ale o związku zawodowym w ogóle nie pomyśleli. To się chyba już zaczęło zmieniać – nareszcie. Byłam z wykładem w “białym miasteczku” protestujących pielęgniarek i poczułam się wśród nich od razu w pełni swojsko. Ale to tylko punktowe zetknięcie z tym, co się przede mną zamknęło w 1990 roku.

W podróż… Na jakąś zasadniczą, poważną wyprawę już nie wyruszę, choć trwa we mnie jeszcze jedno marzenie: Ziemia Święta. Czy jest szansa, bym tam była potrzebna? Bo zawsze podróżowałam na jakieś wezwanie, a nie tak sobie… Chociaż prawdą jest, że – jak mnie zapewniano na lotnisku we Frankfurcie – w dzisiejszych czasach właśnie seniorzy mogą i powinni spokojnie podróżować. Ale te wycieczki dla grup “trzeciego wieku” to coś innego niż to, co ja kiedyś uprawiałam. Autostopowe wędrówki z plecakiem już nie są praktykowane w niebezpiecznym XXI stuleciu. A moim nogom wystarcza teraz siły tylko na dźwiganie mnie bez bagażu.

Więc podróże – kierunek zamknięty? Myślę, że jednak niezupełnie. Mam w sobie moje podróże zapamiętane. Mogę odwracać ich kierunek. Wracać, gdzie byłam; do ludzi serdecznie pamiętanych. Gdy coś się gdzieś dzieje na kontynentach, których istnienie i realność sprawdziłam, mnie to obchodzi – budzi się przestraszona wyobraźnia: co tam z nimi? Mniejsza o to, że zniszczono coś, co pamiętam – ale ludzie, jak sobie z tym losem radzą? W końcu jest tak, że bardzo konkretnie obchodzi mnie cała planeta i może też planety inne, dalekie, te teraz odkrywane w innych układach. Więc wszystko otwarte. Podróżą może być wyjście nocą przed dom w Milenkowcach, nad którym Droga Mleczna i roje gwiazd.

Pamięć. Moje pamiętanie trwa. Czasem gubi mi się coś, najczęściej data, nazwisko. Kierunek nietracący aktualności, przy jakim trwam – pamiętać o ofiarach, szczególnie o tych, których istnienie miało być wymazane. W Polsce to przede wszystkim upamiętnianie obecności Żydów i Holokaustu. Zadanie ponad siły samych ocalałych Żydów. Prawie do końca wyrugowany świat żydowski w Polsce musi być pamiętany z udziałem Polaków, przez nas. Żyję w tym przekonaniu, więc chcę – jak tylko mogę – dalej przyczyniać się do istnienia i oddziaływania upamiętnień. Upamiętnienia z udziałem społeczeństwa polskiego muszą osiągać podstawowy poziom szczerości i prawdy. Dojrzewamy do uczestnictwa w żałobie. Wymaga to głębszego uświadomienia sobie, że najważniejsze jest wspólne człowieczeństwo.

A ponadto obiecałam pamiętać o zabitym w kieleckim pogromie Mojżeszu Morawcu, przechowując dedykowany jego pamięci egzemplarz Tory. To oznacza noszenie kamyka żałoby, udział w pokucie. Ta szansa mi pozostaje.

System opieki: tak to określam szerzej, wychodząc poza samą myśl o hospicjum i towarzyszeniu umierającym.

Gdy ktoś mnie pyta “skąd to się wzięło?” – wspominam księdza Heinricha Perę z ówczesnego NRD, młodego jeszcze pielęgniarza-felczera, który został katolickim kapłanem i dalej pracował wśród chronicznie chorych, głównie starców (jako specjalista od zabiegów urologicznych) i wśród umierających w latach siedemdziesiątych. Nowohucki zespół synodalny usłyszał od Heinricha, jak można i trzeba okazywać miłość chorym. Wiedziałam, o czym on mówi, dzięki przyjaźni z Ireną, dzięki jej książce o życiu w narzuconym przez chorobę bezruchu (Irena Kowalczyk, Poza granicą skargi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974). Później dr Cicely Saunders przyniosła ideę hospicjum – na wzór jej placówki, Hospicjum św. Krzysztofa w Londynie. Myślałam swego czasu, że pięć lat wolontariatu na oddziale zakaźnym w Nowej Hucie – to już rozdział dla mnie zamknięty. Ale jednak nie – przecież później, opierając się na tym doświadczeniu, napisałam Ethos skutecznego współczucia i opublikowałam w czasopiśmie związanym z KUL: “Ethos” 1989, nr 6/7. I raz po raz kogoś odprowadzałam… bo zostałam do tego wybrana, jak niemal wczoraj, przez śp. Irenę J.

A nadto “Gazeta Wyborcza” właśnie teraz rozpoczęła akcję “Umierać po ludzku” (www.umieracpoludzku.pl). Może to oznaczać udział w czymś nowym – może bliższym rozwiązywaniu problemu nie dla jednej tylko osoby, lecz przez zmianę społeczną. Liczę, że taka zmiana i mnie się przysłuży, gdy nastanie pora.

Pisanie. Nie ma już pająka, jeśli przestanie prząść swoją nitkę. I ja też muszę pisać. Znalazłam nową możliwość: blog. Pomału buduję też świat, w którym ja autorka znikam sobie wśród postaci obdarzonych własnym życiem. Wiem, że nie będzie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kazus bałkański. Europa między suwerennością a samostanowieniem