Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Dla mnie ten film stał się właściwie słuchowiskiem. I jako słuchowisko też się sprawdził. Myślę, że reżyserowi udała się rzecz trudna: pokazanie czegoś dobrego z zachowaniem barwy i charakteru, nie tylko odpowiedzi, lecz i pytań.

Drobiazgi

Więc tak: chcę, aby było, aby trwało to, co już ma swoje miejsce w moim życiu.

Na przykład: niechętnie żegnam się z czymś, co zajęło, zawłaszczyło i wypełnia jakąś porę dnia, dzień tygodnia czy miesiąc w roku. To wszystko nadaje rytmy, wśród których czuję się bezpieczna – nie muszę tak szybko się rozglądać.

Są to rzeczy ważne i drobiazgi. Trzeba się pilnować, by jednak odróżniać drobiazgi od rzeczy ważnych. Tego wymaga zasada oszczędzania kapitału żałoby. Straconym drobiazgom trzeba ten kapitał przydzielać ostrożnie, po okruchu. Prawie nie ma żałoby po rozbitym kubku, który służył trzydzieści lat. Prawie – bo jednak jest moment zasmucenia i wdzięczności – po raz ostatni – że był, taki już swojski, przez kogoś kiedyś podarowany albo znaleziony na półce pustawego sklepu.

Drobiazgi. I żałoby nie po drobiazgach, żałoby jak blizny: powolne, niepełne zarastanie ogromnych ubytków. Im się jest starszym, tym jest tego więcej. Czasem może się zdawać, że świat staje się głównie miejscem pamięci. Ale to nieprawda. Dobra pamięć odsyła też do tego, co trwa, co zobowiązuje teraz. Tak odsyła świętowana nad jej świeżym grobem pamięć o Irenie Sendlerowej. Wielka pamięć publiczna przełamująca się w bardzo osobistą.

To nie tylko zbieżność imion: Irena Grzegorczyk, Irena Jurkowska – te dwie zmarłe przyjaciółki podobnie nie należą do przeszłości i tak jak zwykły dawniej, tak i dziś posyłają mnie do roboty, do tego, co z nimi łączyło – „spróbuj jeszcze raz!”

*

Ważne rozróżnienie: rzeczy i osoby, do których ja przywykłam – i te, które przywykły do mnie. Bardzo ważna sprawa w życiu, może szczególnie na starość, gdy kurczą się możliwości i wszystko zajmuje coraz więcej czasu: w miarę możliwości nie odbierać innym tego, do czego przywykli. Podkreślam to „w miarę możliwości”. Roztropność każe w porę odzwyczajać od siebie czy może lepiej – nie od siebie, lecz od pewnych swoich usług czy form obecności. Na przykład: wiem, że już nie pójdę z wami w góry ani na całodzienny marsz przez plaże czy łąki. Wymyślę inną, małą trasę, wciąż dostępną, albo może będzie to fotel przy oknie i stołeczek dla ciebie. Nie poczytam książeczki, ale bajkę czy historyjkę wciąż mogę opowiedzieć. Albo napisać! Kubek niestety może się stłuc, ale zdarza się, że tylko traci wygodne uszko albo z obitego da się pić tylko z jednej strony.

         To jeszcze nie wymaga żałoby, tylko zmiany przyzwyczajeń.

Dwie pamiętane

Dawno, to znaczy kilka lat temu, Szymon Hołownia, tworząc nowe pismo (nazwane później „Ozon”, co miało być aluzją do elementu świeżego, górskiego powietrza), zaprojektował cykl małych reportaży o szczególnych postaciach: o ludziach, którym się udało coś dobrego, jakiś fragment życia, jakieś ambitne zamierzenie… Pamiętam, że była tam historia kobiety, która została znawczynią bursztynów i, gdy to pisano, z powodzeniem funkcjonowała jako ekspert w tym zakresie. Niestety cykl przetrwał niezbyt długo, choć pomysł był cenny.

Teraz, tej wiosny, Karol Białas z zespołem realizuje filmy o osobach, które warto pamiętać z uwagi na osiągnięcia, a pamiętane są mało albo w nie dość szerokim kręgu. Da się zrobić ciekawy film z tej serii, jeśli „dzieło” takiej osoby jest dostępne, może być z niego coś pokazane na potwierdzenie opowieści świadków, tych, co nie zapomnieli.

Oglądałam właśnie półgodzinny film Białasa, w którym ja też mówię, ale przede wszystkim mówią członkowie dominikańskiego Bractwa „Rodzina Matki Bożej Bolesnej”. Oglądam ten film w jej kręgu, oglądam, a raczej słucham go; bo w małym telewizorze niewiele potrafię zobaczyć. Czy warto zajmować się niepozornym, małym filmem? Czy wypełniona nim godzina będzie dość „różna”, godna odnotowania?

Twórca filmu, człowiek młody, podchodził do zbierania materiału z pietyzmem charakterystycznym dla tego wieku; jeśli szczerze zwracają się ku przeszłości, młodzi na ogół chcą być uważnymi świadkami, niczego nadmiernie nie upraszczać. Konwencja cyklu Nieznani, zapomniani, w którym film był pokazany 24 maja przez ITI Neovision (kanał religia.tv) oznacza, że nie można po prostu mówić o tym, co wydaje się najciekawsze – o działającej dziś grupie. To założycielki, których nie zobaczymy, mają uzmysłowić swoje dzieło: Halina Kalwaryjska i jej prawie rówieśniczka, też już zmarła, Iza Sokolnicka. Nie ma materiału wizualnego o żadnej z nich ani kawałka starego filmu. Ale jednak, dzięki uczestniczącym w filmie świadkom, oglądamy genezę „Rodziny” – wspólnota powstaje, bo są ludzie potrzebujący siebie nawzajem naprawdę po to, by być sobą. To pierwsza mocna rzecz, którą widać w grze zestawionych ze sobą wypowiedzi: „Rodzina” to grupa nie na pokaz. Nie w ramach kościelnej stylistyki nazywa się „Rodziną”. Nie ma wprawdzie szans ani zamiaru organizowania życia pod wspólnym dachem, a członkowie żyją w innych rodzinach, zwykłych, dźwigających na co dzień ciężar ich choroby – jednak to ta „rodzina”, wspólnota z wyboru, ich uskrzydla. Halina Kalwaryjska jako psycholog, potem także współczujący lekarz, zobaczyła, że są wśród pacjentów ludzie potrzebujący religijnej wspólnoty, by swoje niepełnosprawne życie uczynić pełnym i sensownym, wzbogacającym Kościół. Ciężkie, bolesne zmagania z chorobą dla swego uzasadnienia nieraz potrzebują czegoś więcej niż wątpliwej perspektywy powrotu do zdrowia. Aby walczyć, chorzy muszą wiedzieć po co i dla kogo. Taką osobą mającą wiele do dania była Iza. Obok losu lekarki z przekonania, los pacjentki, z przekonania aktywnej i ofiarnej na rzecz innych, a zarazem wybierającej życie wewnętrzne w poczuciu łączności z Bogiem.

Tak zarysował się kontur „Rodziny” i zasadnicza idea: życie wewnętrzne, w którym cierpienie znajduje sens i wartość przez łączność, współdziałanie z Chrystusem. To oczywiście nie do pojęcia poza tajemnicą chrześcijaństwa. Film zwraca uwagę na niezwykłą zbieżność między duchowością „Rodziny” a listem Jana Pawła II o zbawczym cierpieniu. Nie znalazły się w nim moje własne, pewnie zbyt śmiałe słowa o „wzajemności inspiracji” między listem a przekazem Haliny Kalwaryjskiej i w ogóle znanych Ojcu Świętemu chorych od dawna żyjących tą myślą, dalekich od cierpiętnictwa, ale pewnych zbawczej wartości tego, co łączą z Ofiarą Syna.

W filmie głosy przeplatają się – pewne, wyraźne i słabsze, nieśmiałe. Coś to mówi o „Rodzinie”, że to, co najważniejsze, wypowiada o założycielkach i o istocie przedsięwzięcia właśnie głos najbardziej naznaczony bólem, najcichszy.

Dla mnie ten film stał się właściwie słuchowiskiem. I jako słuchowisko też się sprawdził. Myślę, że reżyserowi udała się rzecz trudna: pokazanie czegoś dobrego z zachowaniem barwy i charakteru, nie tylko odpowiedzi, lecz i pytań.

*

Ten mój tekst wygląda jak pozytywna recenzja. Ale nie ma prawa nią być: jestem przecież zbyt blisko sprawy, o której w filmie mowa. Jestem jednym ze świadków. Mogę napisać coś ważniejszego niż zwykła recenzja, mogę udzielić własnego świadectwa, że autorowi filmu udało się być naszym medium – zebrać, przywołać i wyrazić cząstkę żyjącej w nas pamięci. To jest ważne, poruszające przeżycie dla nas samych. Czy dzięki temu także do innych przeniknie coś ze spuścizny Hali i Izy? Wspaniale byłoby, gdyby dane nam było dowiedzieć się o tym. To możliwe, bo ich „Rodzina” trwa i zaprasza do kontaktu.

O czytaniu, oglądaniu

Wygodnie leżąc, z zamkniętymi oczami słucham całkiem wyjątkowej niedzielnej audycji TOK FM: o książkach i czytaniu. Książek wokół mnie pełno, tylko rękę wyciągnąć. Ale akurat teraz nikt mi żadnej z nich nie otworzy – w tym istotnym sensie, w którym „otworzyć księgę” to rozpocząć wchłanianie jej zawartości, wejść w świat w niej przedstawiony, poruszać się w nim (nie potrafię poruszać się tak wewnątrz filmu, który zwykle ma, jak dla mnie, zbyt zagospodarowaną przestrzeń). Słuchanie audycji o książkach to zajęcie pobudzające tęsknotę za przebywaniem w książkach. Najdotkliwiej ją odczuwam, gdy zamykając swój radiowy kramik, Roman Kurkiewicz mówi – „idę czytać książki”. A ja mogę tylko wrócić do próby pisania zamiast czytania.

Szczęśliwie nie wszystkie książki, o których w audycji mowa, rzeczywiście pragnę czytać. Bezinteresownie cieszę się wiedzą o ich istnieniu i czytanymi fragmentami. Słucham głosów autorów; niektóre będą wracać, będę je słyszeć w myśli jako rodzaj dźwięku off, gdy ktoś będzie mi tę książkę czytać, zwłaszcza jeśli to będzie Mr Zgredek, komputerowy zrzęda, bojkotujący intonację, uparcie przekręcający niektóre słowa. Uczę się psychicznie wyłączać, ignorować Zgredka, słyszeć samą książkę, a nie jego czytanie. Piszę dla „Znaku” o różnych godzinach, różne są pory pisania, ale sens tytułu jest i ten, że różne godziny życia bywają tematem. Słuchanie prowadzi do jeszcze innej refleksji. Wiele książek, o których Kurkiewicz opowiada, to książki o krajach, miastach, miejscach, gdzie kiedyś byłam. Słucham, ilustrując sobie tekst wspomnieniami, nie tylko widoków, lecz i zapachów, głosów, tego nienazwanego, czym napełniona jest tamtejsza cisza. To jest bardzo przyjemne. Choć czasem muszę też żałować, że oglądałam świat nie tak dokładnie jak autorzy książek o różnych jego kątach, nie z takim przejęciem. Przyglądałam się dość uważnie, ale nie z tak pełnym oddaniem widzeniu. Podróżowałam jednak jakby mimochodem, z trudem odrywając się od spraw, które mnie aż tam sprowadziły. Skupienia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat patrzy na Chiny