Subskrybuj

Teresa i Tereska. Wokół listów Matki Teresy z Kalkuty

W ciągu dziesięciu lat, jakie upłynęły między śmiercią Matki Teresy (wrzesień 1997) a ukazaniem się tej książki w wersji oryginalnej (wrzesień 2007) – szczególnie zaś po otwarciu jej procesu beatyfikacyjnego – wieści o ukrytym życiu fundatorki sióstr misjonarek Miłości powoli docierały do coraz szerszych kręgów.

 

Jednak tak naprawdę dopiero teraz, dzięki tej publikacji, świat poznał szczegóły drogi, jaką Matka Teresa przebyła w ciemnościach trwającej niemal pół wieku nocy wiary. Czytając dziś te miejscami szokująco szczere zdania (,,Czuję w duszy […] straszliwy ból z powodu utraty – Boga, który mnie nie chce – Boga, który nie jest Bogiem – Boga, który naprawdę nie istnieje”, s. 263), wiemy już, że wyszły spod pióra Błogosławionej – heroiczność jej cnót potwierdził swym autorytetem Kościół. I dlatego są to zdania bezcenne. Stanowią łyk źródlanej wody orzeźwiający wszystkich, którzy czują się zemdleni cukierkowym stereotypem ,,świętości”.

Ta książka ma właściwie dwóch autorów: obszerne cytaty z listów i innych pism Matki Teresy zostały wplecione w tok narracji, jaką prowadzi o. Brian Kolodiejchuk – misjonarz Miłości, postulator procesu beatyfikacyjnego, dyrektor The Mother Teresa Center. W pierwszej chwili czytelnik może poczuć się zawiedziony, więcej bowiem dostaje biografii niż autobiografii. A jednak jest to komentarz umiejętny, rysujący kontekst, a jednocześnie dostatecznie transparentny, abyśmy sami mogli wyciągać wnioski.

Urodzona w 1910 roku w Skopje, Gonxha Agnes Bojaxhiu w wieku osiemnastu lat wstąpiła do Instytutu Najświętszej Maryi Panny, nieklauzurowego zakonu loretanek. Niemal natychmiast wysłano ją na misje do Bengalu, gdzie podjęła obowiązki nauczycielki (a później dyrektorki) w prowadzonej przez zakon szkole dla dziewcząt w Kalkucie. Spędziwszy osiemnaście lat w zgromadzeniu, które stało się źródłem jej poczucia bezpieczeństwa, w 1946 roku odkryła zupełnie nowe powołanie. W wieku 36 lat zaryzykowała wszystko, co już osiągnęła, i złożyła prośbę o pozwolenie na wystąpienie z Instytutu, by założyć zgromadzenie nieporównywalne z żadnym z dotychczas istniejących. 21 grudnia 1948 roku po raz pierwszy wyruszyła do slumsów Kalkuty jako misjonarka Miłości.

Tego dnia otwiera się nowy rozdział jej życia. Ze szkoły dla dziewcząt z dobrych (w większości) domów trafia między obdarte i głodne dzieci ulicy, między umierających w rynsztokach, zjadanych żywcem przez robaki, chorych na trąd, brudnych, odrażająco śmierdzących żebraków. Pielęgnuje ich; jeśli zdoła wyżebrać – daje im lekarstwa i żywność; umierającym na ulicach pomaga godnie odejść. Jej głównym celem jest zanieść Chrystusa do ,,nor” biedaków. Nie poprzez kazania i nauki, ale czyniąc Jego miłość wśród ludzi. Sama wiedzie życie w absolutnym ubóstwie, ,,jak Hinduska”, nie posiadając na własność niczego poza zakonnym strojem: białym sari z trzema niebieskimi paskami na brzegu. Mimo iż mogłoby się to wydawać niemożliwe, znajduje postulantki pragnące naśladować jej sposób życia. W czerwcu 1950 roku nowa wspólnota liczy dwanaście osób. Od 1959 roku wspólnoty misjonarek Miłości zaczynają powstawać także poza Kalkutą, a po roku 1965 – także poza Indiami.

Matka Teresa miała genialne wyczucie potrzeb ubogich, opuszczonych, niechcianych. Widząc problem, natychmiast reagowała. W 1952 roku w Kalkucie powstaje dom dla umierających Nirmal Hriday (,,Czyste serce”). W latach 60. – w odległości 300 km od Kalkuty – udaje się jej stworzyć ośrodek dla trędowatych Shanti Nagar (Miasto Pokoju). W Strefie Gazy misjonarki Miłości opiekują się palestyńskimi uchodźcami, a w Iraku, po pierwszej wojnie w Zatoce – ofiarami działań wojennych. W 1985 roku w Nowym Jorku rozpoczyna działalność Gift of Love – pierwszy dom dla chorych na AIDS…

Te lub inne fakty, jeśli w ogóle się pojawiają, stanowią jedynie tło tej książki. Nacisk położony w niej został na coś innego: na opis duchowej wędrówki – najpierw w świetle i cieniu, później w mroku i mimo mroku. Dokumentują ją przede wszystkim listy, które Matka Teresa pisała do swoich spowiedników oraz do przełożonego – arcybiskupa Kalkuty. Kilka z nich, z przełomu lat 50. i 60., daje szczególnie sugestywny obraz cierpień, jakie znosiła, nie dzieląc się tym niemal z nikim. Ale i w innych zapiskach mimochodem, na marginesie spraw dotyczących zgromadzenia, wspomina a to o ciemności, a to o pustce, a to o byciu posłuszną ,,mimo wszystko”.

Te zdania uświadamiają nam, że nie czytamy – jak może oczekiwaliśmy – opowieści o kobiecie, która przyjmowała i odwiedzała papieży, prezydentów i monarchów; która przemawiała na synodach i na forum ONZ; która otrzymała najważniejsze nagrody, jakimi mogła ją uhonorować ludzkość… Nie jest to nawet w pierwszym rzędzie opowieść o kobiecie, która uczyła świat, jak żyć. To przede wszystkim niezwykła historia miłosna, historia kochanki płonącej i tęskniącej, gdyż Umiłowany – uwiódłszy ją – opuszcza swą oblubienicę. Wyobraźmy sobie (lub przypomnijmy) ten koszmar odrzucenia, gdy się miało na ziemi przedsionek raju, na krótko, a potem wszystko znika, na zawsze. Ten moment nie-do-wytrzymania przeżywała Matka Teresa rozciągnięty na dziesięciolecia (od lat 50., kiedy ukonstytuowało się zgromadzenie, aż do 1997 roku, gdy umarła) i taką formę – pragnienia i tęsknoty przybrała ostatecznie jej miłość: ,,Wołam, lgnę, pragnę – i nie ma Nikogo, kto by mi odpowiedział – Nikogo, do kogo mogłabym przylgnąć – nie, nie ma Nikogo” (s. 255). Czy cokolwiek na ziemi mogłoby absorbować bardziej niż tak osobista strata?

Kochała do ostatniej chwili, nawet mimo myśli, że Umiłowany nie istnieje: ,,Jeśli nie ma Boga – to nie może być duszy. – Jeśli nie ma duszy, to Ty, Jezu – Ty też nie jesteś prawdziwy” (s. 263). Ale miłość do szaleństwa pełna jest paradoksów:

Moja dusza nie jest jednością z Tobą – a przecież kiedy chodzę sama po ulicach – godzinami do Ciebie mówię – o tęsknocie do Ciebie. Jakże pełne bliskości są te słowa – a mimo to takie puste, bo zostawiają mnie z dala od Ciebie (s. 264).

Jednak znacznie bardziej istotne niż to, czego nie czuła, wydaje się to, co ją, w jej mniemaniu, prowadziło. Jeśli chcemy choć trochę przybliżyć się do Matki Teresy, musimy przyjąć tę właśnie perspektywę. Bowiem wszystko cokolwiek robiła, robiła tylko dlatego, że bardzo kochała. Robiła to dla Niego, inaczej straciłaby poczucie sensu działania:

W dziele nic mnie nie cieszy, nie pociąga, nie wzbudza zapału. (…) Nie wątpię, że to Ty mnie wezwałeś, z taką miłością i siłą. – To Ty – wiem. Dlatego to dzieło jest Twoje, i Ty jesteś w tym wszystkim nawet teraz – ale nie mam wiary – nie wierzę (s. 264).

Jeśli nie mogła (według jej własnej oceny) prowadzić jej wiara, jeśli opuszczała ją nadzieja (,,Niebo, cóż za pustka – do mojej głowy nie dociera nawet najmniejsza myśl o Niebie – bo nie ma nadziei”; s. 263), prowadziła ją miłosna tęsknota i pragnienie sprawiania przyjemności Ukochanemu. Na przekór sobie i wbrew wszystkiemu. Matka Teresa pragnęła zniszczyć całkowicie swą wolę, aby być Jego narzędziem, ołówkiem w Jego ręku – jak mawiała.

Po ludzku krzywimy się dziś na taką zatratę siebie w miłości, bo urąga ona współczesnym standardom niezależności i samorealizacji. Ale przykład Matki Teresy rozbija w proch nasze wykoncypowane standardy. Jej korespondencja i odczyty dowodzą wielkiej siły charakteru, odwagi obstawania przy swoim zdaniu i wypowiadania własnych przekonań bez obawy ośmieszenia się i popełnienia faux pas na najświetniejszych salonach. To ona została nazwana ,,najpotężniejszą kobietą świata”. To ona zyskała globalną sławę i odbierała najwyższe zaszczyty. I dlatego najważniejsze pytanie, jakie nam dziś stawia, brzmi: czy oddanie się w niewolę miłości nie jest jedyną dostępną drogą wyzwolenia? Czy dać się zabić z miłości to nie jedyna pełna forma samorealizacji?

Pamiętajmy, ona nie tyle chciała zbawiać świat, ile była po prostu zakochana.

A jednak czyż Chrystus nie zbawił świata właśnie z powodu miłości?

*

Tu nieodmiennie przychodzi mi na myśl druga zakochana kobieta, której imię pojawia się na kartach tej książki – św. Teresa z Lisieux.

Na pierwszy rzut oka te dwie postaci dzieli przepaść. Św. Teresa żyła dwadzieścia cztery lata (1873-1897), z czego dziewięć w zamkniętym zakonie kontemplacyjnym. Nie podróżowała, jej dzieciństwo i młodość upłynęły między Alençon, gdzie się urodziła, a Lisieux. Za granicę wyjechała raz: na pielgrzymkę do Włoch. Pozostawiła po sobie trzy rękopisy autobiograficzne, listy, poezje i kilka scenek dramatycznych, które odgrywano w klasztorze podczas tzw. rekreacji. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia 30 września 1897 roku zakończyło się życie bezużyteczne dla świata, a i świat go żadną ze swych nagród nie uhonorował.

Jaki ,,pożytek” mogła mieć misjonarka z Kalkuty z takiej patronki?

Jest w ,,Pójdź, bądź moim światłem” kilka świadectw nabożeństwa, jakie żywiła Matka Teresa do świętej karmelitanki. Wiemy, że modliła się do niej o pomoc w realizacji swej nowej misji, że pragnęła swoje dzieło rozpocząć w dzień 50. rocznicy śmierci Teresy Martin (30 września 1947) lub w jej święto obchodzone wówczas 3 października. W korespondencji nazywała św. Teresę ,,Małym Kwiatkiem”, podobnego określenia użyła też w stosunku do siebie: ,,Jestem Bożym polnym kwiatkiem” (s. 289). Jednak nie o zewnętrzne oznaki tu chodzi.

Będąc jeszcze loretanką, Matka Teresa złożyła prywatny ślub – coś w rodzaju wyznania miłości do Jezusa. Wiele lat później tak opisała tamto wydarzenie:

W roku 1942 – chciałam dać Jezusowi coś bez zastrzeżeń. – Za zgodą swego spowiednika złożyłam Bogu ślub – pod grzechem śmiertelnym – żeby dać Bogu wszystko, o co poprosi – ,,Niczego mu nie odmawiać” (s. 260).

Tego przyrzeczenia nie złamała do końca życia, nawet w chwilach najgęstszej ciemności. Ojciec Kolodiejchuk, szukając inspiracji tego ślubowania, wskazuje – między innymi – na bullę kanonizacyjną Świętej z Lisieux:

Pod natchnieniem Ducha Świętego pragnęła wieść jak najświętsze życie i solennie zobowiązała się, że nie odmówi Bogu niczego, czego mogłoby się wydawać, że od niej żąda, i postanowienie to starała się podtrzymywać aż do śmierci.

Złożywszy taką obietnicę, każda z nich mogła poruszać się tylko w jednym kierunku: naprzód – bardziej kochać, więcej dawać Ukochanemu, aż do granic swych możliwości, które ostatecznie wyznaczyła śmierć. ,,Nie odmawiać” – to postanowienie miało dla każdej z nich poważne konsekwencje.

Dla Matki Teresy decydujący okazał się rok 1946, kiedy to po serii objawień (które zaczęły się 10 września) rozpoznała swoje ,,powtórne wezwanie”. Były to przeżycia mistyczne, towarzyszyły im widzenia i ,,Głos”. W pociągu do Dardżylingu, gdzie jechała na rekolekcje, usłyszała wezwanie, by ,,zaspokajać pragnienie Jezusa poprzez służenie Mu w najuboższych z ubogich” (s. 62). To ,,pragnienie” odsyłało do okrzyku Jezusa na krzyżu: ,,Pragnę” – dla Matki Teresy było to rozdzierające wołanie Stwórcy o miłość stworzeń. Pierwszą wersję reguł misjonarek Miłości spisaną w połowie 1947 roku rozpoczynają słowa: ,,Celem ogólnym (…) jest zaspokajanie pragnienia Jezusa Chrystusa na Krzyżu, pragnienia miłości i dusz” (s. 456). Owo ,,Pragnę” powraca nieustannie w pismach Błogosławionej, stanowiło bowiem bazę i właściwy napęd dla jej postawy misyjnej.

Zadziwiająco podobnie przebiegało wezwanie do nawracania dusz, jakiego (jeszcze w czasie rozeznawania swego powołania) doświadczyła Teresa Martin. Pewnej niedzieli oglądała wizerunek Ukrzyżowanego. Z Jego rąk spływała krew.

Ogarnął mnie wielki smutek na myśl, że ta krew spada na ziemię, a nikt nie kwapi się, by ją przyjąć, postanowiłam więc trwać w duchu u stóp Krzyża i przyjmować tę Boską rosę, która z niego spływa, z tym przeświadczeniem, że mam ją potem wylewać na dusze… Nieustannie rozbrzmiewało w mym sercu wołanie Jezusa na Krzyżu: ,,Pragnę!”. Te słowa rozpaliły mnie żarem nie znanym mi dotąd i gwałtownym… Chciałam dać pić memu Ukochanemu i czułam równocześnie, że i mnie pali pragnienie dusz[1].

To pragnienie i nieustanne ofiarowywanie siebie za innych uczyniło z fizycznie odizolowanej od świata zakonnicy – misjonarkę. Wprawdzie nigdy nie opuściła klasztoru, by wyruszyć do Sajgonu (były takie plany), ale kochając ,,dusze” miłością Ukrzyżowanego i dla Niego – nawracała. W istocie, być świadkiem miłości – oto właściwa misja i jedyny skuteczny sposób przyprowadzania do Boga.

Teresa Martin potwierdziła swą misjonarską gotowość 9 czerwca 1895 roku aktem oddania się w ofierze całopalnej Miłości Miłosiernej. Tekst aktu ułożyła sama, zaczynał się on następująco:

Trójco Błogosławiona, pragnę Cię Kochać i starać się, by Cię Kochano, pracować na chwałę świętego Kościoła, ratując dusze, które przebywają na ziemi, i wybawiając te, które cierpią w czyśćcu (DzŻ, s. 180).

Naczelną metaforą owego tekstu jest ogień pochłaniający żertwę. Tego pragnęła – cierpieć i umrzeć z miłości (,,Sądzę, że gdybyś znalazł dusze oddające się na całopalne Ofiary Twej Miłości, [Twój ogień] strawiłby je natychmiast”; DZ, s. 227). Wkrótce otrzymała potwierdzenie przyjęcia ofiary i było to jedyne doświadczenie mistyczne w jej życiu:…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat patrzy na Chiny