Subskrybuj

Po kataklizmie

Wieczorem, 2 maja, w miasteczka i osady w delcie Irawadi, w Dolnej Birmie, uderzył cyklon Nargis (,,Żonkil”). Później przez całą noc, niemal z metodyczną dokładnością, pustoszył on resztę południowo-birmańskiego wybrzeża, nie oszczędzając największego miasta kraju - Rangunu.

W pierwszej, najgroźniejszej (i – jak się miało okazać – najtragiczniejszej w skutkach) fazie wiatr osiągał prędkość ponad 200 kilometrów na godzinę. Wątłe, bambusowe szkielety domów, w których mieszkała większość rolników i rybaków zamieszkujących deltę, nie stanowiły żadnego zabezpieczenia przed takim żywiołem. Wichura zdmuchiwała całe dzielnice, a wzburzony ocean wdzierał się głęboko w ląd, topiąc w słonej wodzie setki kilometrów kwadratowych ryżowisk. Według oficjalnych danych zginęło prawie 80 tys. ludzi, 60 tys. uznano za zaginionych, a przeszło 2 i pół miliona straciło dach nad głową i możliwości zarobkowania. Półtora tygodnia później katastrofalne w skutkach trzęsienie ziemi nawiedziło prowincję Syczuan w sąsiednich Chinach. Wstrząsy o sile 8 stopni w skali Richtera były tak mocne, że dały się odczuć nawet w Rosji i Pakistanie, a miasteczka powiatu Wenczuan, gdzie znajdowało się epicentrum, niemal w całości legły w gruzach. Bilans strat był równie porażający: prawie 90 tys. zabitych, ponad 4 mln osób trafiło do tymczasowych schronisk i obozów. Naturalną koleją rzeczy Syczuan wypchnął z gazetowych czołówek Labuttę czy Bogalaj (ośrodki, które najbardziej ucierpiały w delcie Irawadi); z pewnością oba kataklizmy i dotknięte nimi społeczeństwa ,,konkurowały” ze sobą w światowych mediach, ale wynikało to z czegoś więcej niż tylko z chronologii i medialnego prawa wypierania wiadomości starszych przez nowsze. Bo najważniejszym obszarem owej ,,konkurencji” była odpowiedź władz na kataklizm i sposób organizowania akcji ratowniczej oraz dystrybucji pomocy. Różnice były uderzające. Dla Chin – choć zabrzmi to może niesłychanie cynicznie, jednak niepodobna pominąć tego aspektu – trzęsienie ziemi w Syczuanie stworzyło okazję do poprawy międzynarodowego wizerunku, nadszarpniętego przez tłumienie niepodległościowych wystąpień w Tybecie i protesty na trasie sztafety olimpijskiej. Na wewnętrzne zaś potrzeby pozwoliło utrwalać obraz władzy troskliwej i rzucającej wszelkie możliwe środki na pomoc dla obywateli dotkniętych nieszczęściem. Historie o wydobywaniu spod zwałów gruzu tych, którzy przeżyli, o heroizmie ratowników i rozpaczliwej niepewności rodzin nieodnalezionych jeszcze ofiar, były spoiwem wielkiej społecznej mobilizacji. Pekin zdecydował się szeroko otworzyć drzwi dla dziennikarzy krajowych i zagranicznych, zrywając z typową dla dyktatur polityką przemilczania katastrof czy klęsk żywiołowych. I w sensie propagandowym, w przededniu igrzysk olimpijskich, ryzyko z pewnością się opłaciło… Birmańscy generałowie postąpili dokładnie odwrotnie. Rządząca od prawie półwiecza junta ma chroniczną alergię na niezależnych reporterów, czemu trudno się dziwić, gdyż lista jej grzechów bez trudu wypełniłaby resztę tej rubryki: od przetrzymywania w areszcie domowym laureatki pokojowego Nobla poczynając, a na groteskowej korupcji i brutalnych kampaniach przeciwko mniejszościom etnicznym kończąc….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat patrzy na Chiny