Subskrybuj
Dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W latach 2005–2010 redaktor miesięcznika „Znak”.

Chiński optymizm

Gdyby w kulturze chińskiej istniał duch ekspansji, już dawno wszyscy mielibyśmy skośne oczy. Chiny potępiały wojny i dlatego są jedynym starożytnym państwem, które istnieje do teraz. A jak wygląda dziś Forum Romanum, czy kapłani nadal zbierają się na stopniach Kapitolu?

MARCIN ŻYŁA: Zanim porozmawiamy o sprawach aktualnych, przenieśmy się na chwilę w przeszłość. Pierwszy raz pojechał Pan do Chin jeszcze przed rewolucją kulturalną. Jakie skojarzenia przychodzą na myśl, kiedy wspomina Pan tamte stare Chiny – Chiny, które już nigdy nie wrócą? 

KRZYSZTOF GAWLIKOWSKI: Przede wszystkim, były to jeszcze Chiny ze starą, wiejską mentalnością i obyczajami… Kiedy jeździłem rowerem po podpekińskich wsiach, dzieciaki biegały za mną, wołając: „diabeł zamorski przyjechał!”. I nie było to wcale określenie figuratywne. One rzeczywiście nie były pewne, czy mają do czynienia z człowiekiem, czy z siłą nieczystą. Olbrzymia była przepaść dzieląca cudzoziemca od zwykłego Chińczyka.

Był to kraj biednych ludzi. Na ulicach Pekinu widziałem przechodniów w ubraniach połatanych w ten sposób, że nie szło się zorientować, co było pierwotną tkaniną – to była łata na łacie! Brakowało materiałów, a te z których korzystano, były marnej jakości i szybko się zużywały. Wielu moich kolegów studentów miało po koszuli i jednej parze spodni. Jeśli wieczorem wyprali ubranie, nie zawsze wyschło do rana. Musieli je włożyć wilgotne.

Stary Pekin – to było miasto tradycyjnych, parterowych domków, bardzo zresztą przeludnionych. Ale metraż w takim mieście liczono inaczej: właściwie całe życie toczyło się pomiędzy budynkami, na podwórkach, które układem architektonicznym przypominały nieco rzymskie atria. Kiedy pod koniec lutego kończyła się krótka, choć surowa zima, ludzie wynosili łóżka na ulice i spali przed domami. Sąsiedzi wiedzieli, co dzieje się w każdej rodzinie i często sobie pomagali nawzajem. W zaułkach ulic były krany i wspólne toalety. Wszystko było równocześnie przestrzenią publiczną i prywatną. Po chińsku takie podwórka nazywają się jiā – słowo to oznacza również rodzinę, domostwo. Teraz, wraz z powstaniem nowoczesnych osiedli, zmienił się styl życia pekińczyków. Bywa, że wyprowadzający się ze starych kwartałów miasta protestują, bo zmienia się charakter ich stosunków z innymi. Trafiają do zamkniętych, betonowych bloków, w których żyją odseparowani od współlokatorów.

Tych dwóch miast – starego i nowoczesnego Pekinu – nie sposób w ogóle porównywać. Nie ma już dawnego centrum. Nowe ulice powstają w niewyobrażalnym dla nas tempie. Średnio co dwa lata przybywa stolicy kolejna obwodnica! Czy pamięta pan hasło Lecha Wałęsy o zbudowaniu w Polsce „drugiej Japonii”? Otóż Chińczycy zbudowali już „drugą Japonię” u siebie i na miejscu starego Pekinu stoi teraz „drugie Tokio”. W podobny sposób przebudowano wszystkie miasta w Chinach. Zmiany, które zaszły tam w ostatnich latach, miały fundamentalny charakter. Był to skok z „koszarowego”, pół-konfucjańskiego komunizmu do nowoczesnej i uprzemysłowionej krainy konsumeryzmu.

Spróbujmy zdać sobie sprawę z tempa tych przeobrażeń: mówi Pan teraz o zmianach cywilizacyjnych, które w Europie i Ameryce Północnej zajęły prawie trzysta lat, a w Chinach trwały niecałe pół wieku. 

Był to „skok” z cywilizacji agrarnej do postindustrialnej. Jeszcze za czasów Mao Zedonga Chiny pozostawały krajem rolniczym z nielicznymi wysepkami miejskimi. Miastem był niewątpliwie Szanghaj i jego mieszkańcy uważali to za powód do dumy. Pekin miał charakter wielkiej wsi z kilkoma wyższymi budynkami w centrum.

Tamte Chiny różniły się od Europy mentalnością, także w dziedzinach o wiele ważniejszych. Na przykład u nas mieliśmy do czynienia z rozdzieleniem religii i państwa. Max Weber słusznie podkreśla, że jest to fundament cywilizacji zachodniej. Zupełnie inaczej było w Chinach. Tam cesarz był najwyższym kapłanem. Swój oficjalny strój wkładał tylko przy dwóch okazjach: kiedy przyjmował poselstwa z zagranicy oraz podczas religijnych obrzędów składania ofiar. Podobnie wszyscy jego urzędnicy w prowincjach pełnili najważniejsze funkcje kapłańskie na danym terenie. Były one nawet ważniejsze od administracyjnych.

To cesarz określał, co jest dobre, a co złe, w mistyczny sposób kształtując człowieczeństwo u każdego ze swych poddanych. My, na Zachodzie, przyjmujemy zgodnie z tradycją biblijną, że dusza jest tchnieniem boskim i tak tłumaczymy jej nieśmiertelność. Stąd też wywodzimy przyrodzoną godność człowieka. Z punktu widzenia tradycji chińskiej nie wszyscy ludzie mają ludzką duszę. Każda istota – dziecko, szczeniak czy świniak – rodzi się z taką samą duszą biologiczną. Niektórzy ludzie rozwijają się i z czasem formują w sobie duszę racjonalną i moralną. Dusza biologiczna znika wraz z rozkładem ciała po śmierci. Ale moralna może przetrwać przez wiele pokoleń pod warunkiem, że będzie żywiona i pozostanie pod opieką potomków. Tylko potomków – obcy nie mogą jej karmić. Dlatego właśnie w Chinach tak ważne były rody: dusza istniała tylko, jeśli żyli potomkowie jej właściciela. Bycie człowiekiem stanowiło więc dla Chińczyka pewne zadanie. W pełnym tego słowa znaczeniu można się było nim stać na skutek oddziaływania cesarza – jego pouczeń moralnych oraz kultury, którą upowszechniał.

Na Zachodzie władca nie miał niczego wspólnego z człowieczeństwem poddanych. W Chinach, przeciwnie, było ono zawsze związane z władcą i w tym sensie Mao był ostatnim – heretyckim oczywiście – konfucjanistą. Myślę, że „koszarowy” komunizm Mao składał się w 70 procentach z  konfucjanizmu, w 20 procentach z idei bolszewickich, zaś pozostałe 10 procent stanowiły własne pomysły Mao. Był on dużo większym tradycjonalistą, niż się zwykło przyjmować, a źródeł jego utopii można szukać w tradycji konfucjańskiej. Podobnie zresztą jak źródeł koncepcji państwa rozumianego jako państwo ideologiczne, moralistyczne i kontrolujące całość codziennego życia – również myśli i uczucia. Społeczeństwo komunistyczne określał Mao mianem społeczeństwa da tong – Wielkiej Jedni. Tego terminu użył po raz pierwszy jeszcze w starożytności wnuk Konfucjusza.

Mao: bożek pomyślnej podróży 

W jaki sposób świadomi tych różnic w myśleniu Chińczycy reagują na inny zachodni pomysł – demokrację? 

Jeśliby dziś spytać przeciętnego inteligenta chińskiego o demokrację, usłyszelibyśmy w odpowiedzi, że Chińczycy mieli z nią złe doświadczenia. Demokracja nastąpiła w Chinach już po rewolucji „Sin Haj” w 1911 roku, obaleniu cesarstwa i ustanowieniu republiki. Rok później odbyły się pierwsze wolne wybory, do dziś jedyne. Obowiązywał wysoki cenzus majątkowy. Prawa wyborcze posiadało około 10 proc. ludności, w głosowaniu wzięła udział połowa uprawnionych. Urny wyborcze rozstawiono w urzędach państwowych, głosowali więc głównie notable i obszarnicy. Lud był z tego wyłączony. Uformował się parlament, przekupny i kłótliwy. Demokracja nawet nie zaczęła funkcjonować – był to twór przeniesiony z Zachodu, który nie przyjął się na tamtej ziemi. Chińczycy wspominają, że tamta próba demokracji przyniosła najgorsze wyniki.

To był czarny okres w dziejach Chin: trwały wojny między generałami, jedna tylko powódź Jangcy potrafiła zebrać żniwo miliona ofiar śmiertelnych, dochodziło do klęsk głodu. Współczynnik umieralności niemowląt wynosił 500 zgonów na 1000 urodzeń – umierał co drugi nowonarodzony Chińczyk. Choć dziś trudno w to uwierzyć, jeszcze w latach 20. głównym tematem dyskusji inteligencji było, co zrobić, by Chińczycy przetrwali, ponieważ, jak sądzono, grozi im wymarcie. Powszechna była wiara, że winni są temu cudzoziemcy. Misjonarzy protestanckich, którzy organizowali sierocińce, oskarżano, że gromadzą dzieci po to, by je wyniszczyć i zabić. A wszystko przez to, że karmili dzieci mlekiem. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy, że te truły się, ponieważ organizmy większości Chińczyków nie wytwarzają enzymów rozkładających mleko. Do dzisiaj można się natknąć na opowieści, jak to zachodni misjonarze mordowali chińskie dzieci!

A jak pamięć o byłych kolonialistach wpłynęła na stosunek Chińczyków do Mao Zedonga, za którego rządów Chiny stały się, po raz pierwszy od lat, niezależne od państw zachodnich?

Miało to olbrzymie znaczenie. Mao pierwszy ogłosił, że Chiny powstają z kolan. Że nikt nie będzie już nigdy pomiatał Chińczykami. Fakt, że na placu Tiananmen wciąż wisi jego portret i że wśród ludu dobrze się go wspomina, to między innymi zasługa tych właśnie słów.

W kategorii zmian cywilizacyjnych rewolucja kulturalna – choć wydarzyła się niewiele ponad 40 lat temu – to epoka niemal prehistoryczna. Obserwował Pan tamte wydarzenia na miejscu. Jak dziś przedstawiają się z perspektywy naocznego świadka? 

Schematem, by tak rzec, obowiązującym jest przedstawianie rewolucji kulturalnej w kategorii ciemiężenia narodu, niszczenia inteligencji, wielowiekowych zabytków… To oczywiście w dużej części prawda – ale trzeba też dodać, że rewolucja kulturalna była pierwszym masowym ruchem skierowanym przeciw realnemu socjalizmowi. Owszem, był to ruch sprowokowany przez Mao, jednak napięcia w społeczeństwie były autentyczne, krzywdy były rzeczywiste! W czasie rewolucji byłem jedynym Polakiem w Pekinie, który mieszkał poza ambasadą. Obserwowałem wydarzenia bezpośrednio na uczelni. Choć było to zabronione, utrzymywałem kontakty z młodymi Chińczykami i od nich wiem, że rewolucja kulturalna zaczęła się w szkołach średnich. Młodzież zbuntowała się przeciwko nauczycielom marksizmu-leninizmu. – Uczyli nas prostoty – mówili o nich moi znajomi – a sami jedli mięso. Poszedłem na wiec samokrytyki sekretarza uniwersyteckiej dzielnicy Haidian. Postawiono go na stołku i starsze babcie zaczęły go mocno szturchać parasolkami, krzycząc: na kim tak się upasłeś jeśli nie na nas? Było to w czasach gdy ryż stanowił prawdziwy przysmak, zaś na co dzień jedzono rodzaj bułek na parze, które bardziej nadawały się na paszę dla bydła niż pokarm dla ludzi.

Mao umarł w 1976 roku. Ale maoizm zaczął umierać wcześniej. Już na kilka miesięcy przed śmiercią przywódcy, odbyły się na placu Tiananmen kilkudniowe, milionowe manifestacje skierowane przeciw niemu. Czy wyobraża pan sobie demonstracje na Placu Czerwonym przeciwko Stalinowi – i to jeszcze za jego życia? W Chinach takie rzeczy miały miejsce!

Potem władzę przejął Deng Xiaoping. Na temat reform, które rozpoczął, panuje wiele nieporozumień. Miały one charakter fundamentalny. Proszę sobie wyobrazić, że w czasie, kiedy je wdrażano, w Chinach istniały wyłącznie telefony urzędowe, zaś cieniutka książka telefoniczna była uznawana za tajny druk! Przez ostatnie kilkanaście lat Chiny dokonały gigantycznego skoku i prawdziwą bolączką tego kraju w latach 90. był wręcz nadmiar reform. Podczas gdy dziennikarze w Polsce zadają pytania, kiedy w Chinach zaczną się reformy, Chińczycy pytają inaczej: kiedy się wreszcie skończą? Kiedy rząd się opanuje i da ludziom odetchnąć? Nie można przecież zmieniać wszystkiego z dnia na dzień – a część wprowadzonych zmian była bardzo bolesna.

Przykładowo, na przełomie lat 70. i 80. rozwiązano komuny ludowe i z powrotem przywrócono rodzinne gospodarstwa chłopskie. Trzy czwarte Chińczyków z dnia na dzień przeniosło się wtedy z systemu komunistycznego do gospodarki rynkowej. Ciągle była to gospodarka z autorytarną kontrolą władzy, ale w zupełnie innej skali niż wcześniej! Już nie sekretarz decydował o tym, co jedli ludzie, tylko oni sami. Rozpoczęła funkcjonowanie gospodarka finansowa, podczas gdy wcześniej pieniądze odgrywały nikłą rolę.

Xiaoping skończył z maoistyczną przeszłością. Jeśli ktoś mówi, że w Chinach nie było rozliczenia z komunizmem, to zwyczajnie kłamie. Chiny są jedynym krajem postkomunistycznym, w którym hierarchów komunistycznych postawiono przed sądem, skazano na dożywotnie więzienie lub karę śmierci, zamienioną później na dożywocie. Były też gesty symboliczne, podobne do otwarcia giełdy w byłym gmachu KC w Warszawie. Skomercjalizowano na przykład dawną siedzibę Kang Szeka, szefa wszystkich tajnych służb chińskich od końca lat 20. do połowy lat 70. Otwarto tam elegancki pub w stylu partyzanckim, w którym siedziało się na skrzyniach po amunicji, na ścianach wisiały kabury i czapki maoistowskie. A trzeba tu dodać jeszcze, że przy Kang Szeku Beria to był, mówiąc popularnie, „mały pikuś”!

Czy maoizm odgrywa jeszcze w dzisiejszych Chinach jakąś rolę?

Funkcjonujące ciągle ruchy maoistyczne to dziś tylko symbol utrzymujących się w społeczeństwie sentymentów, w praktyce z ich istnienia nic nie wynika.

Co ciekawe, w latach 90. XX wieku w Chinach rozwinął się kult Mao jako bożka pomyślnej podróży. W prowincji Guangdong doszło do wypadku ciężarówki. Samochód poszedł w drzazgi, lecz kierowca był tylko potłuczony. Uznał, że uratował go portret Mao, który miał przy sobie w kabinie. Kult jak burza rozszerzył się na cały kraj. Widziałem jak się rodzi – kierowcy z wisiorkiem z Mao często mnie podwozili. Było to zjawisko zbyt masowe, by dało się je powstrzymać, choć z początku władze odnosiły się do niego wrogo. W końcu Mao był przecież założycielem partii, która do dziś nazywa się „komunistyczna”, przedstawiano go jako marksistę – jego nagły kult jako bożka [–] musiał [on] niektórych w partii doprowadzać do palpitacji serca!

Nowy, harmonijny świat

Co jakiś czas docierają do nas z Chin wiadomości o protestach przeciw władzy – są one jednak nieskoordynowane, trochę przypadkowe… Czy jest możliwość, że powstanie zorganizowana opozycja?  

Obecnie mamy tam do czynienia z ogromną mozaiką najprzeróżniejszych ruchów, nieformalnych czasopism i stowarzyszeń. Wiele z nich nie jest nigdzie zarejestrowanych. Ustrój dzisiejszych Chin określiłbym więc mianem „chaotycznego autorytaryzmu”: sporo autorytaryzmu występuje na szczeblu centralnym, jest on również silny na szczeblu najniższym – choć tam wybory lokalne w wielu miejscach znacząco go przeobraziły. A między tymi szczeblami panuje chaos.

W tym chaosie jest trochę miejsca na ruchy „oddolne”. Nawet wspomniana reforma komun ludowych rozpoczęła się od buntu osiemnastu rodzin chłopskich w prowincji Jiangxi, które postanowiły po prostu podzielić ziemię między siebie. Potem tak samo uczynili ich sąsiedzi oraz chłopi w innych powiatach i w 1979 roku rząd centralny stanął przed wyborem: mógł posłać wojsko do tej tradycyjnie dość buntowniczej prowincji lub pogodzić się z faktem dokonanym. Wybrał drugie rozwiązanie.

W Chinach nie ma oczywiście opozycji demokratycznej, która by w czymkolwiek przypominała naszą „Solidarność”. Jedyną siłę zdolną do krytyki obecnej władzy stanowią teraz nacjonaliści, którzy oskarżają rząd w Pekinie o wyprzedawanie kraju Japończykom i Amerykanom.

Skąd  wziął się w Chinach nacjonalizm? 

Nowoczesny nacjonalizm powstał w kręgach emigracyjnej inteligencji chińskiej w Tokio w ostatnich latach XIX wieku jako kopia nacjonalizmu europejskiego i formującego się wtedy nacjonalizmu japońskiego. Wychodził tam dziennik „Minkao”, który zaczął lansować tę koncepcję jeszcze przed rewolucją „Sin Haj” z 1911 roku. Trafiła ona na podatny grunt w Chinach, tym bardziej, że cesarstwo było obce – panowała dynastia mandżurska. Obalenie cesarza oraz wprowadzenie narodowego, republikańskiego rządu było pierwszym tryumfem chińskiego nacjonalizmu. W latach 20. XX wieku rozpoczęła się wojna między komunistami a Kuomintangiem, czyli partią narodową, która głosiła hasła odbudowy wielkości Hanów. Było więc zupełnie naturalne, że pod koniec życia Mao to właśnie nacjonalizm stał się dla wielu alternatywą i przybrał formę buntu przeciw władzy. Rząd – po to, by utrzymać wszystko pod kontrolą – z czasem, w coraz szerszym zakresie zaczął ten nacjonalizm przejmować. Obecne władze muszą się nim bardzo liczyć.

Czy idee nacjonalistyczne przyświecają teraz rządowi w Pekinie, na przykład, w polityce międzynarodowej? 

Z całą pewnością. W ideologii, którą przyjęły władze widać wpływy nacjonalizmu. Realizowana jest polityka „zbierania ziem chińskich”, odbudowy Chin jako wielkiego, prosperującego kraju, który współpracuje z innymi i broni na świecie zasad moralnych. Chiny mają chronić uciskanych przed imperialistami – taką wizję zadań państwa rysował już w 1911 r. Sun Jat-sen, pierwszy prezydent Republiki Chińskiej. Teraz wciela się ją w życie.

Echa tamtych idei obserwujemy teraz w polityce Chin w stosunku do Afryki… 

Oto właśnie przykład takiej filozofii w działaniu. Mamy biednych, prześladowanych i wykorzystywanych przez Zachód Afrykańczyków. I oto pojawiają się Chiny – przy czym proszę zwrócić uwagę na fakt, że chińska pomoc różni się od zachodniej także pod tym względem, że Chińczycy przyjeżdżający do Afryki mieszkają w namiotach, podczas gdy specjalista zachodni musi mieć dla siebie willę z klimatyzacją – on tam chce zachować standard życia swojego rozwiniętego kraju. Duża część zachodniej pomocy dla Afryki jest konsumowana przez specjalistów, którzy ją dystrybuują. Chińczycy działają zupełnie inaczej.

Na razie polityka Pekinu w krajach Trzeciego Świata zdaje się mieć charakter lokalny i tymczasowy. Jej celem jest przede wszystkim uzyskanie dostępu do surowców…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat patrzy na Chiny