Subskrybuj
Krytyk i historyk sztuki związana z Instytutem Historii Sztuki UJ.

Do prawdziwej wiary trzeba odwagi

Nie znałem Brzozowskiego, który swoim malarstwem bardzo mnie zadziwił. Dla mnie to była materia będąca zupełnym przeciwieństwem materii Nowosielskiego! Magma, i jednocześnie coś w gruncie rzeczy strasznego! Takiego przerażającego, krwistego nawet! Ja zawsze byłem szczery wobec siebie, czy to dotyczyło kontaktu z malarstwem, z muzyką, czy z poezją. Nie kontaktowałem z Brzozowskim, w żadnym wypadku.

Krystyna Czerni – Z Jerzym Nowosielskim poznał Pana chyba Tadeusz Różewicz – tak przynajmniej wynika z jego korespondencji z malarzem…

Ryszard Przybylski – Nie pamiętam już tego dokładnie, widocznie tak musiało być… Potem jeździłem do Nowosielskiego kilka razy ze Zbigniewem Podgórcem, byłem nawet raz przy nagrywaniu kolejnego wywiadu. Nawiasem mówiąc, to jest jego najlepsza praca, ponieważ zmusił pana Jerzego do głośnego rozmyślania. Był wspaniale przygotowany, bardzo rzeczowy, nawiązał kontakty z prawosławnym Instytutem św. Sergiusza w Paryżu, skąd przysyłano mu książki, czasem po kilka egzemplarzy. Bardzo wiele mi podarował. Tłumaczyliśmy wspólnie listy Dostojewskiego.

A pan Jerzy przeczytał chyba moją książkę o Dostojewskim, gdzie jest przecież cały rozdział o chrystologii, co go najbardziej interesowało. Wtedy jeszcze mało kto o tym pisał.

KC – Był też cały numer „Znaku” o Dostojewskim (nr 319-320), gdzie był fragment Pana książki, i gdzie obaj Panowie odpowiadacie na pytania ankiety ułożone przez Podgórca.

RP – No właśnie. W każdym razie pan Jerzy chyba zobaczył, że mam i sympatię, i zrozumienie dla Prawosławia. I na tej zasadzie zostałem jak gdyby zagarnięty przez tę wielką osobowość. A ja go po prostu kochałem. Najpierw jego malarstwo, a potem już Jego. Wydawał mi się człowiekiem niebywale sympatycznym i dobrym. Podobało mi się w nim także to, że był absolutnie samodzielny w swoim myśleniu, nie chował się za doktrynę, czy autorytety. Mówił od siebie: Tak to przeżywam, tak to widzę, tak o tym myślę. Biorę za to odpowiedzialność.

I to stwarzało problemy. Na przykład, „Znak” był co prawda zawsze wobec niego dobrze nastawiony, ale pamiętam, że poproszono mnie jednak o to, żebym do pierwszego zestawu wywiadów napisał wstęp. Bo redakcja miała świadomość, że część katolików nie rozumie prawosławia – to zresztą jeszcze pół biedy – ale że są też katolicy nastawieni bardzo negatywnie w stosunku do cerkwi. Więc ja taki wstęp napisałem (Za grzbietem nieba, „Znak” 307). I – chwalić Boga – tak się to jakoś zaczęło. Nowosielski jest zresztą jedyną – może obok Nadieżdy Mandelsztam – postacią naprawdę religijną, jaką spotkałem w życiu. Gdy mówił o Chrystusie – jemu się po prostu wierzyło.

KC – Mam podobne doświadczenie. W każdym razie nie wiem, czy spotkałam artystę podobnej wiary. To był zresztą jakby warunek tego, że mógł sobie pozwolić na taką niezależność myślenia, na te wszystkie – jak mówił – „herezje”. Świadomość, że zakotwiczenie w Chrystusie pozwala na wszystko. Powtarzał, że może zwątpić we wszystkie Kościoły, w człowieka, ale zawsze zostaje mu Chrystus.

RP – Wszystko inne nie miało dla niego znaczenia. Dostojewski też przecież stwierdził bardzo ostro, że gdyby nawet ktoś mu powiedział, że Chrystus nie jest z prawdą, to on porzuci prawdę i pójdzie za Chrystusem. Nowosielski, podobnie jak Różewicz, gonili mnie, żebym napisał drugi tom o Dostojewskim, ale ja już nie mogłem z nim dłużej rozmawiać. Przerzuciłem się wtedy do Czechowa, on stał się dla mnie tym pisarzem, z którym zasiada się do biesiady…

KC – Jaśniejszym?

RP – A równocześnie bardziej w stosunku do Rosji wnikliwszym. Dostojewskiemu nie pozwolił na to jednak pewien rodzaj nacjonalizmu. Przecież wiedział, że jest śledzony za granicą, że go nie lubiano, że mu nie dowierzano. Kiedy szedł do ambasady rosyjskiej – będąc na Zachodzie – za każdym razem go poniżano, nie darowano mu po prostu jego górnej młodości. A on – mimo, że miał tego pełną świadomość – uwielbiał tę Rosję dosyć bezkrytycznie. Poza tym zawsze mi przypominał o upolitycznieniu religii, trochę tak jak w Polsce. „Rosyjski Chrystus”.

Czy Chrystus może być tylko rosyjski? Albo polski? A jeszcze do tego Chrystus Król?

Gdzieś niedawno czytałem wyniki włoskiej ankiety – zupełnie wstrząsające. Kogo wierzący katolicy włoscy najbardziej sobie upodobali? Pierwsze sześć miejsc zajmują święci włoscy, Chrystus dopiero na siódmym miejscu!

A Podgórcowi jestem niesłychanie wdzięczny za to, że „wyrwał” te wspaniałe mądrości z pana Jerzego. On by je dla siebie miał, ale ludzie by o tym nie wiedzieli… A tutaj raptem – takie dwie książki, Matko Boska! Pamiętam, ładnych parę lat temu, Maria Janion zaprosiła mnie na swoje słynne seminarium. Zjawiłem się tam z książką pod pachą – akurat wyszedł Mój Chrystus. Więc ona natychmiast pyta: no i co? Ja mówię, że jestem w połowie lektury, bo to trzeba czytać z ołówkiem w ręku … A na następnym seminarium ona mówi do mnie: no tak, ale tam trzeba zakreślić wszystko! Ta książka zrobiła ogromne wrażenie! Oczywiście w pewnym kręgu, ale też inaczej być nie mogło…

KC – Różewicz śmiał się w listach, że to są „Szatańskie wersety”. Pisze do niego: „…czytam Szatańskie wersety Jurka. Zastrzelić to Cię nie zastrzelą, ale mogą rzucić klątwę… jak na Tołstoja.”

RP – Ija go w pewnym sensie rozumiem, bo jak się człowiek postawi w sytuacji prawowiernego katolika, to to SĄ „Szatańskie wersety”. Przecież pamiętam, ile było krzyku wokół koncepcji „zwierząt i aniołów” – jego teorii, że zwierzęta, to anioły w stanie kenotycznego poniżenia…. Krzyk był wprost niesłychany! Ale to jest właśnie cudowne, bo jednak jesteśmy ze zwierząt i absolutnie nic się na to nie poradzi.

KC – To chyba właśnie Nowosielski krytykował przy jakiejś okazji polskie tłumaczenie Kyrie Eleison – Panie, zmiłuj się nad nami. Tymczasem to powinno brzmieć: „Panie, zmiłuj się!” (Gospody, pomyłuj!). Zmiłuj się nad wszystkim – nad całym światem, nad naturą, zwierzętami. A polska wersja jest taka homocentryczna i egocentryczna.

Ale kiedy porówna się oba tomy rozmów: Wokół ikony (1985) i Mój Chrystus (1993), to widać, jak jego wiara staje się jakby coraz bardziej mroczna. Mój Chrystus to wstrząsająca lektura, miejscami jest tam chyba więcej mowy o szatanie niż o Panu Bogu…

RP – Nadieżda Jakowlewna miała podobne myśli… Achmatowa też. To mnie najbardziej w nim poruszało. Nowosielski utwierdził mnie w intuicji, że istotnie bez zła nie wiedzielibyśmy, co jest dobrem. To jest ustawiczna wymiana: zło może stworzyć dobro, a dobro może stworzyć zło. I u niego zawsze chodziło o substancjalne, prawdziwie bytujące zło. Koncepcja zła jako braku dobra bz1)a dla niego nie do przyjęcia! Po prostu, sztuczka językowa, nic więcej.

KC – Ale jak pogodzić tę rozpacz z nadzieją powszechnego zbawienia, czyli apokatastazą – z wiarą, że nawet szatan ma szansę, jeśli się ukorzy? 

RP – Przyznam się Pani, że zawsze tego nie rozumiałem. Uważałem na przykład, że apokatastaza Miłosza jest całkowicie skłamana, podobnie zresztą, jak jego wiara…To był człowiek przedziwny, skądinąd wspaniały, ale… to nie to. A apokatastaza Nowosielskiego? Kiedyś go nawet zapytałem w związku z tym obrazkiem, który uwielbiam (Pejzaż miejski z kolekcji RP)… Miasto, to było dla niego Nową Jerozolimą, mamy tu tedy jakąś akcję – mężczyzna błądzi na zewnątrz miasta, a kobieta już w nim mieszka, na dodatek jeszcze czesze się przed czarnym lustrem… To obrazek pod każdym względem niezwykły, bo to jest przecież rzeczywistość już zbawiona. Cała materia już jest zbawiona. Muszę się nad tym dobrze zastanowić.

KC – Jednak, jeśli ufamy, że piekło jest puste – bo choćby jedna w nim osoba byłaby klęską Boga – to skąd rozpacz?

RP – Przecież to na tym polega, że cała wiara chrześcijańska jest zbudowana na sprzecznościach i paradoksach. Mam tu gdzieś taką bardzo ważną książkę o paradoksie chrześcijańskim – Tadeusza Płużańskiego, który po kolei analizuje tzw. chrześcijańskich filozofów, zwracając uwagę tylko na paradoksy. Bo w samej rzeczy, komuś trzeba zawierzyć, aby uwierzyć.

KC – Biskup Piotr Kryk z Monachium – przed laty proboszcz cerkwi greckokatolickiej we Wrocławiu – opowiadał mi taką scenę: kiedyś Nowosielski malował Matkę Bożą przed ikonostasem, odwiedził go Różewicz i wzdycha: Jurek, ja bym tak bardzo chciał wierzyć w Boga tak jak ty. A profesor odpowiedział: wiesz, Tadzio, wiara to jest dar Boży, to nie jest Twoja łaska, że wierzysz w Boga – to Bóg musi Ci dać tę Łaskę. Jak na to zasłużysz, może kiedyś otrzymasz od Boga, że będziesz wierzący…

RP – No więc właśnie, święte słowa! Rozumiem tęsknotę Różewicza, coś musi być w tego typu religijności szczególnie pociągającego… Jednak tylko niektórzy domagają się tej łaski. Do prawdziwej wiary trzeba odwagi…

KC – W artykule Za grzbietem nieba Pan pierwszy nazwał rzeczywisty problem i rozdarcie Nowosielskiego – ciężar, jakim jest dla niego powołanie.

RP – Wydaje mi się, że rozumiałem jego dramat z charyzmatem malarza ikon. Bo na ogół, zwyczajnie – malarz maluje ikony, jedną, drugą, trzecią… i tyle. A właśnie dla niego nie! Jeśli on sam, wewnątrz siebie, pomyślał, że rzeczywiście posiada charyzmat widzenia rzeczywistości zbawionej – to przecież natychmiast zaczynał w to wątpić. Na tym polegała jego uczciwa, wewnętrzna wiara. Wtedy właśnie zrozumiałem, że to jest człowiek głęboko wierzący.

KC – To go przeraziło?

RP – Przeraziło. Bo to jest przerażenie. Myślę, że także u Tarkowskiego w „Rublowie” są jakieś tego przebłyski, trzeba by dobrze sprawdzić scenariusz. Nawiasem mówiąc, Tarkowskiego poznałem, zanim jeszcze stał się tym wielkim Tarkowskim. Przyjaciele wzięli mnie na taką daczę pełną pisarzy, malarzy, i on woził mnie po strasznym lesie rosyjskim, pijany zresztą… Znałem też jego ojca, który był poetą z kręgu mandelsztamowskiego.  Należał do tych poetów, którzy przychodzili do Mandelsztama jak do mistrza, skarżyć się, że ich nie drukują. A on ich wyrzucał za drzwi i krzyczał: „A Chrystusa drukowali? A Safonę drukowali?” To jedna z piękniejszych anegdot…

W przypadku Nowosielskiego nie chodziło o sławę jednak. Przecież ikona ma służyć modlitwie. Doskonale pamiętam moment, kiedy zwątpił w sens malowania – to się zawsze pojawiało, kiedy wierni prawosławni nie chcieli jego ikon, protestowali, wyrzucali je… Chyba wówczas poznał, że jest naznaczony. I nie może się uchylić.

KC – Czy pan rozmawiał otwarcie z Nowosielskim o tym charyzmacie?

RP – Na pewno nie w tak deklaratywnej formie, jak teraz o tym mówimy. On był wewnętrznie zbyt delikatny, żeby to uzewnętrznić w takich zupełnie otwartych słowach. To musiało być powiedziane tak, żebym zrozumiał, ale… dawał jakby do zrozumienia, że dalej nie będziemy rozmawiać. Zresztą w tym tekście do „Znaku” ja się usprawiedliwiam, że ośmieliłem się to powiedzieć. Czułem, że mówienie o tym jest niestosowne, i przeprosiłem.

KC – Pan tam przeprasza także za to, że mówi o cenie, jaką płaci artysta za swój charyzmat. Pan pierwszy odważył się – między wierszami, ale otwarcie – napisać o dramacie jego uzależnienia. Pisanie o tym nie jest łatwe, wymaga dużego taktu i delikatności. To pewnie głupie pytanie, bo dotyczy każdego alkoholika – ale właściwie dlaczego? Żeby znieczulić ten świat, który boli, żeby zapomnieć?

RP – Wiem, wiem… Muszę Pani powiedzieć, że to jedna z tych rzeczy, których ja nie pojmuję. Był taki okres, że sam piłem dużo wódki. Zaczynało się już od śniadania… Z moim przyjacielem Eugeniuszem Jonakowskim wypijaliśmy do jajecznicy pierwsze pół litra. Ale mieliśmy bardzo dobre głowy – i to było w jakimś sensie nasze przekleństwo. W pewnym momencie, kiedy wylądowałem w szpitalu, zrozumiałem to i powiedziałem: Gieniu, uspokójmy się, bo my mamy bardzo dobre głowy, ale tam w środku różne rzeczy zaczynają nam nawalać i to się źle skończy. No i rzeczywiście, potrafiliśmy zupełnie ładnie zamknąć ten sklepik.

Natomiast pan Jerzy nie miał dobrej głowy, ponieważ – jak to się mówi – jego czasami znosili z Rynku. Dlaczego? Jedno jest pewne: chciał stracić przytomność, chciał zatłuc własną świadomość. Moim zdaniem to była główna przyczyna. To tak jak niektórzy Rosjanie. Znałem kiedyś takiego, który mówił, że dostał się w łapy szatana i pije. Że to już koniec, on nie ma wyjścia, on musi. On nie chce wiedzieć, że istnieje i już! A dlaczego – nie tłumaczył. Ale nie chce mieć świadomości. To jest rodzaj zabijania własnej świadomości. Jest w człowieku taka wiedza, która jest dla niego straszna, on w pewnym momencie nie wytrzymuje i chce ją zatłuc, odsunąć… Przypuszczam, że u pana Jerzego chodziło właśnie o to. Tym bardziej, że były przecież całe miesiące, kiedy nie pił. To bardzo ważne, i raczej potwierdza moją tezę. Skoro to nachodzi na człowieka od czasu do czasu, to znaczy, że już nie wytrzymywał. Sama wódka nie była tutaj istotna, to było tylko narzędzie stłumienia własnej świadomości, albo ściemnienia jej, żeby jej nie było. Moim zdaniem każdy ma w życiu takie chwile, kiedy myśli – lepiej by było, żebym już nie istniał…

KC – To chyba tęsknota za niebem?

RP – U niego tak, skoro wierzył. Ale jeśli człowiek nie wierzy, to zdąża do nicości – co też może być bardzo piękną tęsknotą. Woli nicość od tego wokół. Myślę, że tak to z panem Jerzym było… Widziałem tylu rosyjskich pijaków, niesłychanych, ale takich, którzy zabijają świadomość, bardzo rzadko.

KC – Problem w tym, że nie da się jej zabijać zupełnie bezkarnie. Dzisiaj Profesor jest bardzo chory…

RP – Wiem, Tadeusz Różewicz mi czasem przekazuje, po odwiedzinach u niego – w jakim jest stanie. No trudno, musimy to przyjąć, nikt z nas nie ma wyjścia. Mnie tylko strasznie żal, że to właśnie jego spotkało. Na to się jeszcze z pewnością nałożyła śmierć pani Zofii. Przecież oni przeżyli ze sobą pół wieku! To dziwne, ale ona zawsze leciutko dawała do zrozumienia, że taką bezkrytyczną wielbicielką sztuki własnego męża to ona nie jest. I to było urocze! Będąc z nią, on zawsze miał jakiś kontrapunkt. Nie była niemym świadkiem procesu twórczego, chyba się nie wtrącała do samego malowania, też przecież była malarką, więc mogła być dobrym partnerem do rozmyślań, do rozmowy. Potrafiła być krytyczna. Tak było z jednym ofiarowanym mi obrazkiem, kiedy powiedziała: nie, nie, jak już masz coś ofiarować panu Ryszardowi, to musisz dać coś prawdziwego…

Podobnie było z moimi rodzicami. To znaczy – małżeństwo bardzo długo żyjące ze sobą, w momecie, kiedy jedno umiera, z drugim staje się coś strasznego. Z moim Ojcem było identycznie, po śmierci Mamy zapadł się w czarną otchłań. Silny, wspaniały mężczyzna, wojskowy, który całe życie nie chorował. Jednak psychicznie został zupełnie złamany. Tak jak Pan Jerzy.

KC – Nie wiem, czy On się czuje teraz nieszczęśliwy. Szybuje jakby gdzieś „pomiędzy”, w tajemniczej, nie do końca dla nas dostępnej przestrzeni.

RP – Ale przecież nie wiemy, co w nim się dzieje. Pan Bóg – ten nasz Bóg Einsteinowski – ma nas we władaniu. To chyba Swift powiedział: Jakie to straszne, że ja zaczynam umierać od góry, od głowy. A kiedy to przeczytał Byron, odrzekł: Ależ ja bym bardzo chciał, to jest najlepsze wyjście z sytuacji! Przebywasz w innej rzeczywistości. Ta wymyślona przestrzeń może nie zawsze jest lepsza, ale w każdym razie nie ta tutaj. Najwyraźniej Byron, jako romantyk, tak strasznie nienawidził dookolnej rzeczywistości, że każda inna była dla niego po prostu zbawieniem. 

KC – Tytuł Pana ostatniej książki Ogrom zła i odrobina dobra (2006) też mi się jakoś rymuje z Nowosielskim. On mówił, że nie powinno się pytać Unde malum? tylko Unde bonum?Bo świat bywa piekłem, i trzeba się w ogóle dziwić, kiedy pojawia się jakieś dobro. Powtarzał też, co zawsze mnie porusza, że nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat patrzy na Chiny