Subskrybuj

Wiedźmin z dwudziestolecia

„Ot, polska sztuka faszystowska. Niebezpieczni szaleńcy, podporządkowani swojemu prywatnemu führerowi, coraz głębiej popadającemu w paranoję”. „Polski Tolkien, prekursor europejskiej literatury fantasy”. „Jego neologizmy wpłynęły na »Szewców« Witkacego”. „Stworzył styl narodowy, wprost z ducha Wyspiańskiego”. „Feeria nieskrępowanej, surrealistycznej wyobraźni”. „Może i wariaci, ale świetni rysownicy!”.

„Ot, polska sztuka faszystowska. Niebezpieczni szaleńcy, podporządkowani swojemu prywatnemu führerowi, coraz głębiej popadającemu w paranoję”. „Polski Tolkien, prekursor europejskiej literatury fantasy”. „Jego neologizmy wpłynęły na »Szewców« Witkacego”. „Stworzył styl narodowy, wprost z ducha Wyspiańskiego”. „Feeria nieskrępowanej, surrealistycznej wyobraźni”. „Może i wariaci, ale świetni rysownicy!”

Gorące dyskusje sprowokowane książką grubą i akademicką zdarzają się jeszcze czasem (choć coraz rzadziej) w Krakowie. Taki spór powinna wywołać – wydana pięknie, ale jedynie w siedmiuset egzemplarzach – monografia Stacha z Warty Szukalskiego i Szczepu Rogate Serce pióra prof. Lechosława Lameńskiego. Zjawisku artystycznemu, które szybko prześlizgnęło się przez Polskę w dwudziestoleciu międzywojennym, podręczniki historii sztuki poświęcają niewiele miejsca. Klasyk, Tadeusz Dobrowolski, pisze z wyraźnym dystansem:

Poza torem logicznego rozwoju malarstwa (…) znalazło się ugrupowanie bardzo młodych adeptów sztuki, noszące osobliwą nazwę: Szczep Rogate Serce. Ugrupowanie to zawdzięczało swoje istnienie amerykańskiemu Polakowi nazwiskiem Stanisław Szukalski (ur. 1895), który siebie samego nazywał Stachem z Warty Szukalskim. Zajmował się on rzeźbą i malarstwem (raczej rysunkiem), a swoją twórczość opierał na wierze w powołanie do zadań misyjnych, co wolno uznać za interesujący przyczynek do dziejów świadomości polskiej na obczyźnie.

Poza logiką 

Temu, co znalazło się „poza torem logicznego rozwoju malarstwa”, Lameński poświęcił kilkanaście lat życia zawodowego. Efektem stała się książka równie skrupulatna, co piękna literacko, równie obiektywna, co stawiająca pytania niebezpieczne. Praca aktualna zawsze, bo opisująca polskie zapotrzebowanie na pierwotność, baśń, konfabulację i wyjątkowość, a także charakter zbiorowych wyobrażeń znad Wisły. A dzisiaj ważna szczególnie: jako dopełnienie książki, w której prof. Maria Janion kreśli „alternatywną”, słowiańską historię Polski.

Więc jak to było z bohaterem monografii: Stanisławem Szukalskim vel Stachem z Warty i jego wyznawcami? Karierę artystyczną zaczynał jako czternastolatek w chicagowskim Art Institute, zwracając tam na siebie uwagę rzeźbami ruchliwymi, tajemniczymi i jakby wyzwolonymi od jakichkolwiek zasad. Stąd po dwóch latach ruszył do… Krakowa, by podjąć studia w Akademii Sztuk Pięknych, gdzie – jak miał się przekonać – panował obcy mu duch sztuki francuskiej. Przez kilka lat będzie krążył między dwoma kontynentami – tu i tam budując swoją legendę. Jej podstawą staną się zaś nieokiełznana wolność i nie akceptujący jakiejkolwiek krytyki temperament, połączone z chorobliwym wręcz przekonaniem o własnej misji – misji stworzenia tzw. Polski Drugiej.

Pierwsza, ta odrodzona, zupełnie mu nie odpowiadała (choć wielbił Piłsudskiego, w którym widział chyba nowego Króla Kraka). Metaforą Polski istniejącej była dla artysty wielka i martwa Akademia, wypełniona zrzędliwymi starcami: profesorami i krytykami, których nie znosił, co z lubością demonstrował publicznie, wywołując kolejne skandale (ściągały one zresztą na wystawy Szukalskiego tłumy – zdarzało się, że jednego dnia do Pałacu Sztuki przychodziły 4 tysiące zwiedzających). W hierarchicznym i arcymieszczańskim Krakowie młody adept sztuki potrafił bezpardonowo zaatakować samego Adolfa Szyszko-Bohusza, rektora ASP i głównego konserwatora Wawelu. „Dlaczego inżynier budowlany, szmuglujący się jako artysta architekt (…) wtyka w mury Wawelu, tego Olimpu polskiego, już niezmazalne, a świadomie trwałe odciski swego nietaktu?” – pytał niebezinteresownie, próbując wprowadzić na Zamek własne, surrealistyczne pomysły.

Z czasem ataki stawały się coraz bardziej ogólne i coraz bardziej malownicze – także na poziomie języka. Wystarczy jedna tylko apostrofa: „Panowie Polaczukcze, profesorowie humanistycznych dyrdymetafizyk, uduchowiający flegmędrcy, alchemicy szukający »kamienia mądrości«, ziewastolodzy, życiowe pupciapy”. I dalej: „Mylicie się (…) niedojadki, zatratabaczniki, profesorowie kołtununiwersytetu, gdy myślicie, że nauka i głęboki worek informacji podniesie poziom kultury narodu”. Rzeczywiście, blisko tej litanii do słownika Witkacego. Inwektywy wydawały się usprawiedliwione – chodziło wszak o wielką sprawę. Zdaniem młodego rzeźbiarza największym nieszczęściem sztuki polskiej (a i całego kraju) było „łamanie francuskim obcasem kiełków chyłkiem się wyślizgujących z podziemi, gdzie duch rasy, jakoby prawieczny korzeń z drzewa ściętego żywcem, wyje za wolnością”. Na tym gruncie rodził się projekt Polski Drugiej, rodzimej i antyzachodniej – tak szczegółowy i spójny wewnętrznie, że aż paranoiczny.

Polska Druga 

Mieli ją stworzyć młodzi artyści, członkowie założonego przez Szukalskiego w listopadzie 1929 roku Szczepu Rogate Serce i niedoszli absolwenci wymyślonej jako swoista anty-Akademia „Twórcowni”, w której nie byłoby wolno malować farbami olejnymi ani nawiązywać do zachodnich „-izmów”. W zamian za to „twórcownicy” uczyliby się szczegółowego rysunku ołówkiem, szukając inspiracji w „czystych i świeżych” pradziejach Polski. Szkoła nigdy nie powstała, choć w 1930 roku Szukalski negocjował w tej sprawie z władzami Katowic i Krakowa.

Wszyscy „Szczepowcy” mieli spełniać kryteria rasowe (artysta niewątpliwie był antysemitą, choć w jego kręgu pozostawał przez jakiś czas Norbert Strassberg, syn żydowskiego krawca ze Lwowa). Powinni być barczyści i krępi – bo, jak twierdził Szukalski, stanowiło to genetyczny „zapis” zdolności artystycznych. Wszyscy mieli przyjąć nowe „miana”: i tak np. Wacław Boratyński został Pracowitem z Ryglic, Franciszek Frączek ­– Słońcesławem z Żołyni, Czesław Józef Kiełbiński – Cieszkiem z Zamościa, Marian Konarski – Marzynem z Krzeszowic, zaś Stefan Żechowski – Zieminem z Książa. Wszyscy mieli ubierać się w podobny, jakby slowiańsko-piastowski strój. Szukalski zostawił dokładne wytyczne:

Pasy nosić nabijane ćwiekami i kej ciepło chodzić bez marynarek. Czujki (kilkunastocentymetrowe taśmy na rękawach, które miały pomóc rozpoznać nieznanego członka Szczepu – przyp. autora) latem nosić, na lniankach, jako też i na marynarkach i paltach. Czapy zimowe z futra, jak ja miałem krój taki. Warto by i letnie czapki nosić modrego koloru, szyte w ten sam sposób z daszkiem skórzanym i metalową okrężką.

Czyż nie odnajdujemy w tym wszystkim aury książek Sapkowskiego? Zresztą sam Szukalski napisał przecież Kraka syna Ludoli. Dziejawę w 10 odmroczach. Dla Polski Drugiej trzeba było wymyślić nowe godło. Artysta zaproponował „Świętoporła” – przypominającego ptaka z rozłożonymi skrzydłami i swastyką na piersi, a zarazem żelazne ostrze topora. Trzeba też było stworzyć nowe, narodowe miejsce kultu. Szukalski zaprojektował więc Duchtynię, która znaleźć się miała pod Wawelem – na dnie Smoczej Jamy. Do jej wejścia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co słychać w Radiu Maryja?