Świeczka wspomnienia. Byłam jedną z nitek więzi między Solidarnościowym Regionem Małopolska a Profesorem. Wciąż związana z Krakowem, mieszkałam już w Warszawie. Rozmawiałam z Profesorem na spacerach z psem. Raz też w jego mieszkaniu. Tam obowiązywała procedura antypodsłuchowa. Rozmowa miała postać wymiany szybko zapisywanych małych karteczek. U Profesora zabezpieczenie było podwójne. Pisząc karteczki w sprawach „S”, należało jednocześnie rozmawiać o czymś innym, neutralnym. Ja rzekomo przyszłam w sprawie tekstu dla miesięcznika „Znak”. Pisząc karteczki na podziemny temat, Profesor jednocześnie opowiadał o eseju, jaki dla nas chciałby napisać. Oczywiście teraz nie pamiętam już treści karteczek, ale pamiętam, jak mówił o kulturze średniowiecznej Francji w jakimś nawiązaniu do intuicji Hanny Malewskiej. Wspominam konspiratora z fajką jakby na tle francuskich witraży, o których mówił jeszcze wtedy, gdy w popielniczce dopalały się wymieniane przedtem karteczki. Od tej rozmowy średniowiecze jeszcze silniej kojarzy mi się z eleganckim dialogiem.
**
We wtorek, 22 lipca, dzień po pogrzebie Profesora, słuchałam wspomnień wielu Jego przyjaciół, którzy spotkali się w siedzibie „Gazety Wyborczej”. Był to wieczór głęboko przejmujący mimo pozornie lekkiej formy „takich sobie wspominków”. Tę formę chwalił Andrzej Wajda jako wolną od patosu i dzięki temu nie przygniatającą, lecz motywującą… Do czego? Jeśli mamy unikać patosu, to nie da się tego nazwać. I nie trzeba. Przecież wiemy. I wiemy, że realizacja tego zamierzenia będzie trudniejsza, bo zabrakło jednej z wiodących postaci.
Mam poczucie niedyskrecji, usiłując zanotować więcej spostrzeżeń z tego wieczoru, naprawdę prywatnego, choć było tam zgromadzone bardzo liczne grono. We wszystkich wypowiedziach widziałam kontynuację, dopiski, odsyłacze, linki do tego, co przedtem powiedział w katedrze Tadeusz Mazowiecki: „Tak, rozmowa o profesorze Geremku to rozmowa o Polsce”. Chcę rozmawiać o Polsce. Byleby tak właśnie, widząc w niej najbliższe pole odpowiedzialności, nie odcięte i nie odcinane od całości świata. Wiele o tym powiedziano w ów wtorkowy wieczór. To istotne przyczynki do takiej rozmowy.
Była to w gruncie rzeczy jedna, choć rozłożona na głosy laudacja dla Promowanego wyżej na stałe, poza zasięg. Ale oczywiście przyglądaliśmy się też sobie i odcinkowi historii najnowszej, którą Geremek wydatnie współtworzył, uczestnicząc w „dzianiu się dziejów”, nie tylko i nie głównie przez pisanie, lecz przez dokonywanie tego, co badacze potem badają. Znamienną, niebanalną rekapitulacją była krótka filmowa etiuda dokumentalna, dobrze dostrojona do tonu wspominania-by-pamiętać, głębiej, pełniej, ale też by wyrazić i przez to więcej zrozumieć. Ten film jego autorzy – na własne życzenie na razie anonimowi – zdjęli z warsztatu jeszcze niewykończony. Warto go oczekiwać.
Jeden z najważniejszych kierunków rozmowy o Polsce sugerowała wypowiedź Frasyniuka, działacza „S”, potem – z Geremkiem właśnie – Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, w którym był obok Zbigniewa Bujaka tak zwanym „pełnomocnikiem”. Teraz Frasyniuk jest czołową postacią w gronie „Demokratów”. Ważne jest dla mnie to, że wśród wielu wątków, jakie mógł podnieść, wspominając swoją współpracę z Profesorem, Frasyniuk wskazał Go jako filar solidarności transcendentnej w stosunku do różnic wykształcenia i stylu. Cały KOR miał to znaczenie, ale właśnie Geremek odczarował profesorskość. Może – jak zauważył też Frasyniuk – na wyrost, przedwcześnie: bo wcale nie wszyscy profesorowie są tacy. Nie wszyscy łączą naprawdę rozległą wiedzę, czynne, twórcze uprawianie nauki z pełnym szacunkiem dla ludzi, którzy mają tylko praktyczne umiejętności. Rzeczywiście, ja też mam wrażenie, że tytuł profesora został zdewaluowany, a już szczególnie nadużywany bywa do działania jako autorytet poza domeną nauki przez tych, co w nauce nie osiągnęli szczególnej renomy. Bronisław Geremek nie powinien być ostatnim, kto tytuł profesorski nosił godnie i szeroko, nie bez racji i nie rozczarowując.
Problem jest istotny, zostaje z nami jako część pytania: jaka Polska? Czy taka, w której praktykuje się obojętną tolerancję wobec pogardy dla innych? Jednak wkradła się odrobina patosu, trudno tego uniknąć. Tym więcej uznania dla Tadeusza Mazowieckiego, który swoim przemówieniem zupełnie bez patosu odblokował wzruszenie, i to nie tyle własnym losem po stracie, co dumą z tego, co nie stracone, wpisane w tożsamość.
Myślę, że to nie przypadek, że właśnie od Profesora – Historyka par excellence, przed samym kresem jego szans tworzenia historii, otrzymaliśmy przykład należytej, gniewnie krytycznej postawy wobec nadużywania historii i wobec naruszania praw jej uczestników… tak rozumiem motywy jego odmowy składania kolejnych oświadczeń lustracyjnych. To jeszcze jeden tytuł do wnikliwej pamięci o Nim, także wśród ludzi dzisiaj bardzo młodych, zwłaszcza studentów nauk historycznych. Właśnie oni mają szansę, by uczcić Profesora szczególnie, dbając o czystość metodologiczną swoich prac, o właściwe, krytycznie ostrożne korzystanie z wielu źródeł.
W czarnym ogrodzie
Mam dwa wielkie długi, których nie spłacę, bo za wielkie, bo za późno.
Jeden wobec ludzi Nowej Huty, drugi wobec ludzi Śląska. Wiem, że więcej otrzymałam, niż potrafiłam i zdążyłam dać z siebie.
Cieszę się, że mogę coś jeszcze zrobić dla Śląska, propagując książkę Małgorzaty Szejnert Czarny ogród.
Taka jest moja sprawa z tą książką: nie wiem, które z zawartych w niej odkryć jest najważniejsze i którym zdołam się podzielić. Zacznę od rzeczy najsubtelniejszej i zarazem bardzo uderzającej.
Małgorzata Szejnert buduje świat swego maksireportażu z niezwykłą, wyjątkową dbałością o prawa swoich kilkuset bohaterów. O każdym, o wszystkich pisze z szacunkiem. To, co ich dotyczy, jest dla niej zawsze ważne, i mnie, czytającej, nie przychodzi na myśl, że czymś z tego mogłabym się nie interesować. Pisarstwem Szejnert rządzi fascynacja ludźmi. Gdyby ludzie też tak mnie nie obchodzili, mogłabym zapytać, czy ona aby nie przesadza. A tak – chętnie uczę się od niej. Patrzę, co w praktyce znaczy reporterskie skupienie na ludziach. Otóż – pracę, długotrwałą, cierpliwą, łączącą dystans z ciepłym współodczuwaniem.
Byłam na spotkaniu poświęconym Czarnemu ogrodowi, na którym porównywano kunszt Szejnert z osiągnięciami Kapuścińskiego. Moim zdaniem słusznie, choć porównywanie między sobą dzieł z tej półki jest jednak zwodnicze. Tacy autorzy są nieporównywalni. Pochyleni nad tematem, skupieni, wnikliwi, pełni uszanowania – każdy po swojemu. Tak właśnie, na swój sposób, Szejnert widzi naraz mrowisko i poszczególne mrówki, z których każda jest inna. Ważne jest też to, że przyglądanie się trwa tak długo i towarzyszy mu zabierający wiele czasu wgląd w przeszłość. Tego horyzontu przeszłości jest w Czarnym ogrodziebardzo dużo. Pojawia się na różne sposoby, od tropów historii najnowszej po prehistorię i geologię. Należało się tego spodziewać: przecież na Śląsku geologia wkracza w codzienne życie. W niej też ma swoje szczególne źródło sztuka górnika Teofila Ociepki, na którą Szejnert patrzy, tak jak patrzy na ludzi – z uwagą pozwalającą chwycić i wskazać więcej niż się da zrozumieć. O obrazie Ociepki czytamy: Zdawało mu się, że stoi w cudownym lesie, w puszczy odwiecznej, nie sianej, przez którą nie przeszła jeszcze stopa człowieka. Rosły naokół olbrzymie paprocie z pniami, jakich nie obejmie trzech ludzi, skrzypy w drzewa wybujałe, straszne widłaki i inne, niewidzianych form, mistycznej piękności albo potwornej brzydoty, jakieś sigillaria, odontopterydy, lepidodendrony… Te wielkie potwory, splecione między sobą łańcuchami lian krzewiły się na pulchnym trzęsawisku, gdzie mchy przepyszne i niewysłowione kwiaty pachniały w czarnym…