„W jakiś nieokreślony sposób wyróżniała się, była wyjątkowa, osobna – napisał po śmierci Hannah Arendt jej wieloletni przyjaciel, Hans Jonas[1]. Miał na myśli jej szczególną urodę – ale to samo można powiedzieć o jej myśli. Jej filozofia łączyła w sobie wpływy Hegla, Kanta, Jaspersa, ale nade wszystko – klasycznych Greków. Rozczaruje się jednak ten, kto szuka u niej rekonstrukcji cudzych poglądów. Arendt chętnie korzystała z ich pomocy, ale jedynie po to, by lepiej wyrazić własne myśli. Była filozofem podejmującym tematy polityczne, ale czyniła to w sposób osobisty, wręcz intymny. Niejako zgodnie z przekonaniem, że tylko myślenie, które przyniesie ból lub ulgę jej samej, może być dla szerszego odbiorcy wartościowe.
Podstawowym ukierunkowaniem myślenia Arendt było poszukiwanie intelektualnych podstaw funkcjonowania w rzeczywistości, pomimo – a może właśnie dlatego – że nie da się w niej żyć. Wszystkie tradycyjne podstawy upadły. Jak mogę żyć dalej? – zapytuje, przekonana, że po Auschwitz i Kołymie każdy myślący człowiek musi postawić sobie to pytanie.
Dla Arendt człowiek jest przede wszystkim istotą żyjącą z innymi. „Ludzie są nawzajem od siebie zależni, nie tylko, gdy chodzi o potrzeby i troski, ale również w przypadku najwyższej ludzkiej zdolności, umysłu ludzkiego, który nie może funkcjonować poza społeczeństwem ludzkim” – pisze w swoich wykładach o Kancie[2]. Pobrzmiewają w tym zdaniu słowa Arystotelesa: człowiek nie może żyć poza społeczeństwem, bo gdyby tak było, musiałby być albo zwierzęciem, albo bogiem. Nie możemy żyć poza społeczeństwem, ponieważ wtedy nie moglibyśmy myśleć – twierdzi Arendt – zaś myślenie jest najważniejszą i najwyższą z ludzkich umiejętności, związaną nieodłącznie z rozmową z „innym”[3]. To właśnie ono umożliwia świadome życie w świecie, jedyny rodzaj bycia, jaki Arendt akceptuje. To „bycie z innym” ma również oblicze najbardziej osobiste, bo najbliższym „innym”, którego każdy z nas zna, naszym najbliższym przyjacielem, jak mówi Arendt za Sokratesem, jest po prostu własne ja. To z nim rozmawiamy najczęściej.
Ponieważ nie możemy żyć poza społeczeństwem, centralnym ludzkim pragnieniem jest, by nie żyć z człowiekiem, którego obecności w żaden sposób nie moglibyśmy znieść. Dlatego gdy ktoś postępuje raczej dobrze, niż źle, nie wynika to z istnienia jakiegoś górnolotnie rozumianego sumienia, ale z tego, że nikt nie ma ochoty do końca życia przebywać z mordercą – pisze Arendt. Jej zdaniem taka była główna przyczyna, dla której część osób – w Niemczech, ale też w innych krajach Europy – zachowała w obliczu totalitarnej grozy twarz. To wynik racjonalnej i wolnej decyzji: nie żyć z kimś, kogo nie tolerujemy[4]. Oczywiście codzienne postępowanie nie może być raz na zawsze postanowione. Jest codziennie powtarzającą się pracą polegającą na podejmowaniu kolejnych decyzji i staraniach, by były one realizowane. Z pełną świadomością, że za sprawą naszej natury zawsze jesteśmy w drodze i żaden człowiek nie jest w stanie rozwinąć całego spektrum swoich możliwości.
Co jednak z tymi, którzy nie wybrali wolności, bo nie myśleli o tym, z kim przyjdzie im żyć po dokonaniu zbrodni? Bo nie umieli myśleć? Jak można znieść życie w świecie, w którym są oni obecni? To właśnie w oparciu o to pytanie Arendt buduje zapewne najbardziej przekonującą krytykę pewnego nowego zjawiska, które pojawiło się po 1945 roku w polityce europejskiej – deklaracji przebaczenia w polityce. A czyni to właśnie wtedy, gdy na przełomie lat 60. i 70. deklaracje te zdobywają coraz większą popularność na arenie wewnątrz- i międzynarodowej – by wspomnieć memorandum Kościoła ewangelickiego w Niemczech, list biskupów polskich do biskupów niemieckich czy uklęknięcie Willy’ego Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Warto odczytać tę krytykę dziś – w czasach „globalizacji przebaczenia”, zdiagnozowanej przez Jacquesa Derridę, gdy deklaracje przebaczenia stały się niebudzącym większych emocji wydarzeniem medialnym, nierzadko towarzyszącym kurtuazyjnym spotkaniom polityków.
Budująca siła niszczenia
Paradoksalnie w pierwotnej fazie swojej twórczości Hannah Arendt pracowała nad czymś, co można by nazwać filozofią przebaczenia. Choćby w Kondycji ludzkiej pisze, iż przebaczenie i działanie są ze sobą związane tak ściśle jak niszczenie i wytwarzanie. Działanie człowieka cechuje bowiem tragiczna nieodwracalność i tylko przebaczenie może być wybawieniem „z niemożności zniweczenia tego, co ktoś uczynił, mimo iż nie wiedział i nie mógł wiedzieć, co czyni”[5]. Gdybyśmy nie mieli możliwości uzyskania przebaczenia, nasza zdolność działania byłaby ograniczona do pojedynczego czynu, po którym już nigdy nie moglibyśmy dojść do siebie: „zupełnie jak uczeń czarnoksiężnika, któremu zabrakło magicznej formuły pozwalającej przerwać czar”[6]. Ludzkiemu działaniu niezbędne jest zjawisko o charakterze katartycznym, które pozwoli toczyć się kołu historii.
Przebaczyć możemy dzięki miłości – w relacjach międzyludzkich i przy całej świadomości jak wyjątkowym i rzadkim jest ona uczuciem – lub dzięki szacunkowi, ponieważ „tym, czym jest miłość w swej własnej, wąsko zakreślonej sferze, tym jest szacunek w szerszej domenie spraw ludzkich. Szacunek, inaczej niż Arystotelesowska philia politike, jest swego rodzaju >>przyjaźnią<< bez intymności i bliskości”[7]. Przebaczamy zawsze ze względu na drugą osobę. W przypadku jej braku pozostajemy zamknięci w sobie, bez możliwości unicestwienia zła, które zostało dokonane. Nikt również nie może przebaczyć samemu siebie, do tego aktu potrzebne są koniecznie co najmniej dwie osoby. Przebaczenie jest aktem przynoszącym ulgę w działaniu, podtrzymującym relacje, niszczącym to, co złe w przeszłości, innymi słowy – umożliwiającym światu ludzkiemu trwanie. Ma również moc przywracania wolności – nie tylko krzywdzicielowi, ale również ofierze, bo wyzwala ją z zamkniętego kręgu automatyzmu, jakim jest najprostsza reakcja na krzywdę czyli zemsta.
Odkrycie istotności przebaczenia w dziedzinie spraw ludzkich przypisuje Arendt Jezusowi z Nazaretu, który twierdził, że przebaczanie nie jest jedynie władzą Boga. Jezus nalegał na to, by najpierw ludzie przebaczali sobie nawzajem, wtedy dopiero Bóg im przebaczy – „Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych” (Mt 6, 14-15)[8]. Jednak zaraz potem Arendt zauważa, że w Ewangelii istnieje również fragment, w którym Jezus mówi o wielkich zgorszeniach: „biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze” (Łk 17, 1-2). Spostrzeżenia te, czynione w Kondycji ludzkiej, znajdowały się jednak niejako na marginesie i nie doczekały się szerszego komentarza. Późniejsze doświadczenia autorki, przede wszystkim udział w procesie Eichmanna i badania, które prowadziła w związku pracą nad książką o procesie jerozolimskim, przynoszą spektakularną przebudowę jej poglądów. Fragment o kamieniu młyńskim nie jest już marginalnym spostrzeżeniem, ale staje w samym centrum jej myślenia, a zamiast filozofii przebaczenia Arendt buduje filozofię nieprzebaczalnego. Istnieją zbrodnie, których przebaczyć nie sposób i nie można liczyć na jakiekolwiek katharsis. Uczynki te powodują, że kamień młyński mają u szyi nie tylko krzywdziciele – jak się okaże dalej, oni odczuwają jego ciężar najmniej – ale że jego ciężar odczuwają wszyscy, także (lub raczej przede wszystkim) sprawiedliwi.
Filozofia nieprzebaczalnego
Według Arendt istnieją co najmniej trzy powody, dla których przebaczenie w polityce jest niemożliwe, a zatem żadne deklaracje przebaczenia, nawet rozumiane w czysto politycznym i dyplomatycznym, a nie moralnym, sensie, nie mają racji bytu.
Powód pierwszy związany jest z naturą zła. Arendt pod wpływem procesu jerozolimskiego dokonała gwałtownego zwrotu w rozumieniu tego zjawiska. W opublikowanej w 1958 roku Kondycji ludzkiej pisała, że zwykle nie umiemy wybaczyć tego, czego nie możemy ukarać, a nie umiemy ukarać tego, co okazało się niewybaczalne. Domeną tych postępków, których nie można ani ukarać, ani przebaczyć, jest zło radykalne – pojęcie to przejmuje Arendt od Kanta – i wiemy tylko, że postępki te „przekraczają dziedzinę spraw ludzkich i możliwości ludzkiej władzy, niszcząc je radykalnie zawsze, kiedy się pojawiają”[9]. W Eichmannie w Jerozolimie to już nie wzorowane na Kancie pojęcie zła radykalnego, ale banalność zła jest kluczem do zrozumienia jej myślenia. W liście do Gerschoma Scholema dotyczącym tej książki pisze, iż „zło nigdy nie jest >>radykalne<<, a tylko skrajne”[10]. „Nie posiada ono żadnej głębi ani jakiegokolwiek demonicznego wymiaru. (…) Jedynie dobro posiada głębię i może być radykalne” – podkreśla[11].
Eichmann – pełniący w książce Arendt rolę modelu SS-manna, ale także i przede wszystkim modelu pewnego rodzaju człowieka – jest tym uosobieniem banalności zła, które pozwala zrozumieć, dlaczego nie można w przypadku zbrodni nazistowskich mówić o przebaczeniu. Co prawda, „on po prostu nie wiedział, co robi”[12] – pisze Arendt, nawiązując zaskakująco do wypowiedzi Jezusa na krzyżu. Eichmann nie był potworem i nawet proces jerozolimski (mimo usilnych starań jego reżyserów) nie zdołał tego udowodnić. Był błaznem – nie tyle głupim, co bezmyślnym (sic!). I podczas gdy filozofia zna złoczyńców wyłącznie jako ludzi pogrążonych w rozpaczy, która nadaje im pewną wzniosłość, model Eichmanna sprowadza nas na ziemię. Więcej: złoczyńca jego pokroju nie jest w ogóle osobą. Wzorując się na Sokratesie, Arendt stwierdza, że jako osoba człowiek konstytuuje się w procesie myślenia i pozostaje nią w tym stopniu, w jakim zachowa zdolność do takiego właśnie ciągłego konstytuowania się na nowo. Nie ma to nic wspólnego z talentami i inteligencją, jest to po prostu rezultat myślenia. Teraz jest już jasne, że Eichmannowi nie możemy przebaczyć, ponieważ nie jest on osobą w sensie moralnym. „To nie czyn jest przedmiotem wybaczenia, lecz osoba – konkluduje Arendt. – W przypadku pozbawionego korzeni zła nie ma nikogo, komu można by kiedykolwiek wybaczyć”[13]. A skoro tak, to zasada owa stosuje się również do wszystkich jemu podobnych. A co ze zwykłymi ludźmi? W latach 60., kiedy odbywa się proces Eichmanna, głośno mówiono już o winie niemieckiej. Nie można wybaczyć człowiekowi, u…