Subskrybuj

Warszawska Masada

Wszystkim urodzonym grubo po wojnie, którzy z najróżniejszych i wartych osobnej analizy powodów zajmują się historią Zagłady, grożą dziś trzy niebezpieczeństwa: sentymentalizm (a więc i banalizacja), abstrakcja i – co być może najbardziej niebezpieczne – rutyna.

Przekonałam się o tym przed kilku laty na własnej skórze, oglądając w krakowskiej Galerii Starmach wideoinstalację Mirosława Bałki. Ten wielki klasyk polskiej „sztuki pamięci” podczas zimowej wizyty w Auschwitz-Birkenau sfotografował sarny szukające w śniegu czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Estetyczna, statyczna metafora tego, co w żadnym wypadku estetyczne być nie mogło, czy też coś więcej: swoiste memento? Chyba to drugie, Mam to memento w głowie, ilekroć przyjeżdżam do Oświęcimia, Majdanka czy Bełżca z kolejną grupą Niemców, Francuzów, a nawet Izraelczyków. Zdarzyło mi się bowiem, i to nie raz, spacerować wśród rozkwitających zielenią i słońcem brzóz Birkenau, mijając rowerzystów skracających sobie tamtędy drogę do sklepu lub pracy. Pełna radości i zadowolenia, niemal nie pamiętałam, co przed kilkudziesięciu laty wydarzyło się w tym miejscu. Ważniejsze były spokój, wiosna, a zarazem wypracowany dystans moich – bądź co bądź profesjonalnych – wizyt w miejscach pamięci. Niemal „kurort-Auschwitz” (to cytat z pilota, który do obozu przyjeżdża z turystami kilka razy w tygodniu). „Kurort” dość popularny, sądząc po reklamach w folderach agencji turystycznych, liczbie autokarów na placyku przed wieżyczkami strażniczymi Birkenau, a także po frekwencji w (niezbędnej) restauracji przylegającej do parkingu przy Stammlager I. To samo dotyczy lektury. Nie wiem, ile setek świadectw holokaustowych przeczytałam w ostatnich dwudziestu latach. Co gorsza, nie pamiętam, w którym momencie uznałam je za naturalną psychoterapię autorów i kiedy zaczęłam czytać je „zawodowo” – trochę jak rebus lub krzyżówkę – beznamiętnie skupiając się na nowych, intrygujących, godnych zapamiętania szczegółach. Tak, zajmowanie się Zagładą, z gruntu szlachetne, może mieć dziś formę zepsutą, zdeprawowaną – bo wyabstrahowaną i przemysłową, co w kontekście Zagłady ma szczególnie paradoksalne znaczenie. To moje własne, wstydliwe doświadczenie. Lecz nagle pojawiła się książka, po którą początkowo sięgnęłam przede wszystkim z zawodowego obowiązku – jako po kolejne (które to już?) świadectwo z getta. Nieoczekiwanie niewielki, kratkowany zeszyt, znaleziony przed laty na Majdanku i w całości opublikowany dopiero niedawno przez wydawnictwo „Homini”, okazał się dla mnie powrotem do początku: przerażającym zdumieniem a zarazem rzeczowym zapisem grozy, krzykiem pytania o sens istnienia, a zarazem matematycznym katalogiem konieczności. I oto zdałam sobie sprawę z wagi faktu, że czytam – ze strony na stronę coraz bardziej bezwzględny i świadomy Końca Świata – pamiętnik umierania autorki. Nie znamy jej nazwiska. Musi nam wystarczyć imię, mickiewiczowskie: Maryla. Nie wiemy, ile miała lat (można jednak przypuszczać, że była młodą, najpewniej bezdzietną mężatką). Nie wiemy, czy przed wojną bliższe jej były idee syjonistyczne, czy asymilacyjne (z socjalistycznym, jidyszowym Bundem raczej nie miała wiele wspólnego). Wiemy, że w warszawskim getcie udało jej się przetrwać kolejne wywózki i że pracowała w szopach Többensa. Prawdopodobnie należała do polsko-żydowskiej inteligencji. Świadczy o tym choćby tylko jej wyrafinowana polszczyzna, równe kaligraficzne pismo relacji pisanej w kwietniu 1943 roku, staranne przekreślenia i dopiski, które nie muszą poprawiać ani ortografii, ani stylu, lecz podkreślają jedynie literackość rzeczowego, szczerego do krwi i kości opisu. Wydawcom należy podziękować za to, że zdecydowali się na „podwójność” tej książki: tekstowi drukowanemu równolegle towarzyszą faksymile kartek zeszytu – w pewnym momencie czytelnik rezygnuje z wygody, starając się odcyfrować kolejne zdania w ich oryginalnej formie graficznej. W tej lekturze ma to znaczenie. Pamiętnikarski zapis determinuje ważna granica, którą wyznacza wybuch powstania w getcie, doświadczanego w sposób niebojowy: jako lęk i domysł, budowany niemal wyłącznie głuchymi dźwiękami dochodzącymi do piwnicznego bunkra wypełnionego ciżbą ludzką, w którym autorka ukrywa się wraz z innymi, ściśniętymi, coraz bardziej wrogimi sobie nawzajem cywilami: Nie mając żadnego łącznika ze światem zewnętrznym, bo nikt nie ośmieliłby się przecież wyjrzeć, musieliśmy odtwarzać sobie rozgrywający się obłęd na podstawie docierającej do nas symfonii dźwięków. (…) I już słyszymy raz po raz strzały artyleryjskie, odgłosy rzucanych granatów, terkot karabinu maszynowego i ciągle jakieś dziwne odgłosy przypominające grzmoty podczas burzy letniej, to oddalające się od nas, to znów zbliżające się z zadziwiającą szybkością. Już nie ulega żadnej kwestji, że akcja toczy się na naszym terenie i że Niemcy chcą nas tym razem dosłownie zmieść z powierzchni ziemi W pewnym momencie któryś z mieszkańców próbuje nawet wyjść na górę, ale wycofuje się, zobaczywszy wszechobecne trupy dzieci. Zresztą, na samym początku powstania, nie wiadomo było jeszcze, czy można zaufać bojowcom, nie wiadomo było, które wiadomości pochodzą od „partii”, które od prowokatorów współpracujących z nazistami, a które od zwykłych, gettowych rabusiów. Dopiero później stało się jasne, że „getto powstało, kilkuset zaledwie uzbrojonych w rewolwery mężczyzn stanęło do walki z oprawcą, stanęło w obronie resztek honoru człowieka”. Drugą część zapisków Maryli charakteryzuje uniesienie – w odróżnieniu od części wcześniejszej, w której wyczuwa się apatię, bierność, ciężar matowych dni wydłużających się w nieskończoność: Adaś dotychczas szalał, denerwował się (…), samo słowo »akcja« (…) zmieniało mu twarz w maskę przerażenia, obecnie dobija mnie swym spokojem. Słuchaj, pytam, cóż ci się nagle stało, że reagujesz tak inaczej? Czemu się dziwisz. Odpowiada. To rezygnacja – czytamy fragment poświecony najprawdopodobniej mężowi autorki. O gwałtownej zmianie tonu w większym chyba stopniu niż fakt, że warszawscy Żydzi chwycili za broń zadecydowało proste, osobiste odkrycie, że oto „dokonało się”: wszelkie nadzieje, takie jak nazistowski obóz we francuskim Vittel, w którym podobno miało być nie najgorzej, okazały się mrzonkami; pozostała tylko śmierć – świadomość, że miejsce ukrycia, ucieczki stanie się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jan Paweł II. Żywa pamięć czy makatka