Subskrybuj

W oparach toksycznej mentalności

Mam wrażenie, że polski Kościół poddany jest działaniu chmury toksycznej mentalności. Chmura ta uniemożliwia mu refleksję czy może raczej: istotnie ją ogranicza i zniekształca.

Nie było nigdy podobnego wzlotu w historii polskiego Kościoła: wielkość świadka, męża stanu i człowieka splotły się w jedną i przekonującą całość w osobowości polskiego biskupa, następcy świętego Piotra. Czy jednak ten moment chwały nie staje się dla nas z każdym rokiem w coraz większym stopniu wyrzutem i oskarżeniem? Czy nie jest bowiem tak, że mimo dziesiątków tysięcy akcji, T-shirtów, baloników i albumów, dziedzictwo Jana Pawła II okazuje się coraz bardziej niewchłonięte i nieprzetrawione, a szansa na ewangelizację, jaką otworzyło, coraz mniej wykorzystana? Najpierw napiszę, co każe mi skłaniać się ku pozytywnej odpowiedzi na to pytanie. Na końcu zaś – wspominam o tym na potrzeby przeciwników czarnowidztwa – postaram się zasygnalizować, co może być dla nas źródłem nadziei na inny scenariusz.

Chmura toksycznej mentalności

Stanisław Lem w Niezwyciężonym opisuje zmaganie kosmicznej ekspedycji na wyimaginowanej planecie z chmurą, która powstaje z opiłków żelaza, by zwalczać wszelkie przejawy świadomości. Wokół głów nieszczęśników poddawanych jej działaniu tworzy ona pole wysokiego napięcia, które doprowadza do „rozmagnesowania” mózgu. Ofiary tej chmury – mimo że poza mózgiem reszcie ich ciała nie przydarza się żadne nieszczęście – stają się na stałe niezdolne do refleksji, pozbawione zdolności do samodzielności.

Wiem, że to obraz dość drastyczny, ale mam wrażenie, iż polski Kościół poddany jest działaniu tego rodzaju chmury toksycznej mentalności. Nie pozbawia go ona wprawdzie fizycznej integralności, ale uniemożliwia mu refleksję czy może raczej: istotnie ją ogranicza i zniekształca. To właśnie dlatego impulsy, jakie płynęły i płyną z dziedzictwa Jana Pawła II, są za mało „wdrożone”, a szanse na „rzeczy wielkie”, jakie otworzył przed nami niezwykły pontyfikat – marnie spożytkowane.

Toksyczna mentalność, której działaniu jesteśmy poddawani, wyraża się, moim zdaniem, w trzech „zamiast”: „pobożność zamiast wiary”, „prawo zamiast sumienia” i „autorytet zamiast rozumu”. Kluczowe jest słówko „zamiast”. Katolicka duchowość winna być prowadzona przez koniunkcję: pobożność i wiara razem mają kształtować praktykę naszego życia, prawo we współdziałaniu z sumieniem może poprowadzić nas do dojrzałych moralnie rozstrzygnięć, a tylko autorytet działający wraz z rozumem, a nie przeciw niemu, może ofiarować nam satysfakcjonujący model wyjaśniania tajemnic wiary.

Niestety, spotkanie nauczania Kościoła z nowożytnością może łatwo prowadzić do wykoślawień. U jej zarania propozycje reformatorów przyniosły bowiem przeciwstawienie nadprzyrodzonej wiary naturalnej pobożności (sola fides), Oświecenie zaś artykułowało wrażliwość, którą można by było streścić jako „rozum zamiast autorytetu” i „indywidualne sumienie zamiast prawa” (wyrażającego dominację wspólnoty nad jednostką). Kościół w swoim nauczaniu nigdy nie poddał się wprawdzie presji tej kontestacji, redukując swoją koniunkcję do odwróconych, polemicznych „zamiast” (pomyślmy choćby o Fides et ratio). Praktyka kościelnego życia obsuwa się jednak łatwo poniżej ideałów wskazywanych przez oficjalne dokumenty.

Pobożność zamiast wiary

Kościół w Polsce rytem stoi. Wystarczy zajrzeć do jakiejkolwiek świątyni, by się o tym przekonać: msze święte i nabożeństwa, odprawiane wielokrotnie w ciągu dnia, sprawowane są z dyscypliną i godnością. Proboszczowie zwykle dbają o naczynia liturgiczne, biel obrusów i czystość wnętrza. Kościoły jako ośrodki kultu pracują jak dobrze naoliwione maszyny.

Należy się z tego cieszyć, możliwość przystępowania do sakramentów jest z pewnością wielką wartością polskiej sytuacji. Nie zapominajmy wszakże, iż jest to jedynie „zewnętrzna strona misy”. Ze srtoną wewnętrzną zaś jest już znacznie gorzej. Sam kult i troska o niego bywają bowiem murem, przy pomocy którego można bezpiecznie odgrodzić się od wiernych. Posługa wielu pasterzy degraduje się więc często do troski o rytualną poprawność i strzyżenia owieczek posłusznych wezwaniom kościelnych dzwonów. Rzadko prowadzone są interesujące katechezy dla dorosłych, czasem nawet duże zakonne parafie nie są w stanie się na nie zdobyć. Pomysły duszpasterskiego wychodzenia poza kościelne mury w poszukiwaniu ludzi niewierzących – o ile nie chodzi o papieską pielgrzymkę, święcenie kolejnych sal ratusza czy małe grupki zapaleńców jeżdżących do Jarocina lub Kostrzynia – należy w Polsce kojarzyć wyłącznie z sektami.

Warto przy tym zaznaczyć, że rytualizm w podejściu do misji Kościoła odegrał w Polsce powojennej bardzo pozytywną rolę. To przecież właśnie związek z kultem jest podstawą ludowej pobożności, dzięki której udało się Kościołowi przetrwać starcie z komunizmem i ocalić katolicyzm w postaci masowej. Z pewnością zresztą pamięć tamtej doniosłej wygranej jest dla współczesnych duszpasterzy ważną zachętą do podtrzymywania nastrojonego na ryt modelu funkcjonowania kościelnych wspólnot.

Prawo zamiast sumienia

Predylekcja do masowego katolicyzmu każe pasterzom koncentrować się na wielkich strukturach życia społecznego. Wydaje im się bowiem, że to wpływ na aparat państwa może zagwarantować działalności duszpasterskiej najwięcej trwałych owoców. Można nierzadko odnieść wrażenie, że zwycięstwo w legislacyjnych sporach o aborcję, małżeństwa homoseksualne i in vitro są najważniejszymi celami stawianymi sobie przez polską hierarchię w zmaganiach o duszę narodu.

Naturalnie nie należy lekceważyć roli, którą w społeczeństwie może odegrać dobre prawo. Absurdalne jest zresztą – proponowane czasem przez skądinąd inteligentnych publicystów – przeciwstawianie sobie sumienia i prawa, tak jakby sumienie mogło działać dopiero wtedy, gdy jakaś norma nie została promulgowana lub jest niepewna. Sumienie nie jest konkurencyjnym prawodawcą, który arbitralnie zapełnia luki prawne. Jego rola ogranicza się do aplikowania norm do konkretnego „tu i teraz”, w którym przychodzi prawo zrealizować. Jeśli nie ma norm szczegółowych, dobrze uformowane sumienie pozwala ocenić sytuację w świetle ogólniejszej normy i właściwie wybrać rozwiązanie.

Należy więc pamiętać, że dobre prawo jest sprzymierzeńcem sumienia, ale nie można przeceniać roli prawa. Prawo nigdy nie uwzględni wszystkich możliwych sytuacji, jakie mogą zdarzyć się w drodze człowieka do Boga. Nauczenie wiernych posługiwania się sumieniem jest więc równie ważnym zadaniem duszpasterza jak troska o dostarczenie ludziom wyrazistych norm postępowania. Właściwe używanie sumienia jest zaś niemałą sztuką. Domaga się zarówno intelektualnej przenikliwości, jak i emocjonalnej integralności. Wiąże się z ryzykiem popełnienia błędu. Trzeba przecież ominąć Scyllę laksyzmu, który rodzi się z lekceważenia dla istniejącego prawa, jak i Charybdę legalizmu, który każe interpretować je literalnie i bezdusznie.

Praca polskich pasterzy wciąż skoncentrowana jest przede wszystkim na wskazywaniu norm i na bardziej lub mniej formalnych próbach ich „wdrażania”. Odłogiem natomiast leży formowanie do posługiwania się sumieniem. Nie jest to bynajmniej mało istotne zaniedbanie. Utrwala ono bowiem model, w którym wierny traktowany jest mało partnersko: nie uczestniczy we wspólnym poszukiwaniu prawdy, jest obsadzany wyłącznie w roli pouczanego. Musi prowadzić to do bierności w podejmowaniu zaangażowań w Kościele i nieść poważne niebezpieczeństwo na przyszłość: niećwiczone w samodzielności sumienie nie widzi hierarchii praw(d) głoszonych przez Kościół; kiedy przychodzi czas próby, bardzo łatwo odrzuca je en bloc, wszystkie.

Autorytet zamiast rozumu

Bez wątpienia najniebezpieczniejszą komponentą toksycznej mentalności, która dławi działania polskiego Kościoła, jest przeciwstawienie autorytetu (wiary) rozumowi. Może wydawać się ono skuteczną odpowiedzią na nowożytny kult racjonalizmu, wprowadza jednak styl refleksji, który kompromituje propozycje Kościoła i ma niewiele wspólnego z horyzontami myślenia ukazywanymi od wieków przez katolicyzm. Niestety, tak zredukowana odpowiedź na meandry nowożytnych poszukiwań ma swoją atrakcyjność – na krótką metę ułatwia sprawowanie władzy[1].

Konfrontacja autorytetu wiary z rozumem znajduje zresztą w Kościele polskim dobrze znany każdemu katolikowi wyraz. Jest nim wszechobecne moralizowanie. Uważam zresztą, że powtarzające się pod adresem polskiego duchowieństwa krytyki moralizowania nie są sprzeciwem wobec tematu „jak żyć?”, który przechodzi raczej swój renesans, sądząc po organizowanych także poza Kościołem wykładach i spotkaniach. Chodzi raczej o sposób podejmowania tej tematyki – często mentorski, arogancki i antyintelektualny.

Porażki ostatnich lat

Rytualizm, niedowartościowanie sumienia w duchowym rozwoju, antyintelektualne moralizowanie… Wydaje się, że wspomniane zjawiska nie mają w sobie nic na tyle spektakularnego, by bić w dzwony na alarm. Kościół w swojej historii przecież nie takie rzeczy już widział, a katoliccy publicyści wraz z duszpasterzami nie jeden raz przedstawione problemy opisali.

Nie o same te zjawiska wszakże tym razem mi chodzi. Mają one jedynie pomóc odsłonić istotne składowe mentalności, która „zabija” siłę papieskiego przesłania i nie pozwoliła się po 1989 roku zmierzyć z kilkoma niezwykle ważnymi wyzwaniami przyniesionymi przez nową sytuację społeczną.

Moim zdaniem, Kościół poniósł trzy ważne porażki w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Pierwsza dotyczy stosunku do polityki. Mimo wypracowanego w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych rozróżnienia na zaangażowanie polityczne ludzi świeckich i metapolityczne nauczanie duchownych nie udało się go dotąd konsekwentnie wprowadzić w życie. Poszczególni biskupi – na szczęście są tu wyjątki –  kojarzeni są wciąż często z określonymi partiami politycznymi.

Druga porażka dotyczy odpowiedzi na bezrobocie i biedę. Wprawdzie rozwija się nieźle prosperująca Caritas, ale biorąc pod uwagę skalę zjawiska i możliwości, jakie daje kościelna infrastruktura, nie udało się Kościołowi odegrać na skalę masową roli katalizatora społecznej solidarności. Zabrakło – z jednym, o ile mnie pamięć nie myli, wyjątkiem – ofensywnych listów pasterskich wzywających do pomocy ludziom dotkniętym ubóstwem. Poza pochwałą uczciwego bogacenia się kościelna refleksja społeczna okazała się niezdolna do ofiarowania społeczeństwu programów chroniących nieuniknione (?) ofiary przemian. A przecież rozbudowana struktura parafialna i dobra wola wielu kapłanów dałyby się znakomicie wyzyskać dla ożywienia społecznej wrażliwości. Naturalnie pod warunkiem, że księża dostaliby w seminariach czy dzięki kurialnym inicjatywom niezbędne know how.

Bez wątpienia najbardziej bolesna i upokarzająca jest jednak trzecia przegrana. Dlatego chciałbym ją omówić nieco bardziej szczegółowo.

Lustracyjna katastrofa

Jak wiadomo, problem zdrady ludzi uwikłanych w działania operacyjne służb specjalnych był i wciąż jest jednym z najważniejszych wyzwań moralnych, które stanęły przed polskim społeczeństwem w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Gołym okiem widać, że sobie z nim nie radzimy: miotamy się między bagatelizowaniem sprawy a podejmowanymi w poczuciu jawnej niesprawiedliwości samosądami. Stosunek do lustracji wyznacza zresztą dziś w debacie publicznej jedną z najbardziej obciążonych emocjonalnie linii podziału.

Kościół zaś – przypomnijmy – od początku buduje swoją tożsamość dzięki opowieściom o zdradzie i przebaczeniu, o grzechu i pojednaniu. Pierwszą głosicielką dobrej nowiny o zmartwychwstaniu była Maria Magdalena, z której Chrystus wyrzucił „siedem złych duchów”, a pierwszym przywódcą został apostoł, o którego zdradzie Ewangelie informują nas nieprzyzwoicie szczegółowo. Powtarzamy – i słusznie! – jak mantrę, że Kościół jest wspólnotą nawracających się grzeszników. Jakaż instytucja lepiej nadaje się, by w sytuacji lustracyjnego pogubienia zabrać głos i pomóc zdezorientowanemu społeczeństwu?

Wydarzenia ostatnich kilku lat pokazały, że ta centralna dla misji Kościoła nauka jest dla nas pustym frazesem. Chociaż można wskazać kilka faktów, które ratują honor katolików w Polsce – dobry dokument komisji powołanej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jan Paweł II. Żywa pamięć czy makatka