Subskrybuj
Uczestnik Powstania Warszawskiego
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

Byłam w czasie Powstania dzieckiem pozbawionym własnego świata

Wyobrażam sobie tylko jeden rodzaj podróży w przeszłość, który byłby radosny: podróż wdzięczności tym, co pomogli przetrwać, wiedzieć, dążyć, być pewnym swojej tożsamości i wolnym od pogardy. Nie dać się dotknąć pogardzie i jej nie praktykować.

W październiku, miesiącu, w którym ten tekst znajdzie się w druku, Powstanie Warszawskie rozpoczęło swój drugi byt: stało się tematem refleksji – po dwóch klęskach: po niepowodzeniu wojskowym i niepowodzeniu zamysłów politycznych. Nie poniosło klęski socjologicznej. Jak widać choćby w filmie „Powstanie zwykłych ludzi”, nie nastąpiło oderwanie kombatantów od ludności. Żal i gniew nie skierowały się przeciw nim. I nie przeciw londyńskim władzom (to postawiła sobie za cel propaganda w rękach tych, co stali za Wisłą).

Miałam prawo znaleźć się wśród „zwykłych ludzi” we wspomnianym filmie – byłam w czasie Powstania dzieckiem pozbawionym własnego świata, żyjącym bardzo blisko dorosłych. Pytałam o to samo, co dorośli. Nie akceptowałam tych, co kwestionowali sens i prawo do Powstania. Czuję pewien fałsz w oficjalnie promowanej edukacyjnej eksploatacji Powstania. Nie sądzę, by taki fałsz był nieunikniony; nie uważam, by bliższe rzeczywistości interpretacje były niedostępne dla osób, które teraz zaczynają poznawać historię i tworzą kolejny rozdział. Kilka uwag o procesie edukacji.

Nie wydaje mi się konieczne, by dzieci dowiadywały się o Powstaniu przez gry i zabawy na jego temat.

Takie przedsięwzięcia nie mogą zastąpić przekazu rodzinnego, który nazbyt często bywał przerywany przez milczenie, podobne do innych, wcześniejszych wielkich milczeń o sprawach niebezpiecznych. Takie milczenie po roku 1863 pokazał Żeromski w „Syzyfowych pracach”. Zrozumienia na przykład tej książki – we właściwym, dość późnym czasie – nie zastąpią żadne gry, zabawy i wizualizacje. W przekazie rzeczywiście rodzinnym działa szczególna hermeneutyka; opowieść o przeszłości jest oprawiona w realne doświadczenie tego, kim jest teraz ów opowiadający, widziany bezpośrednio. To nadaje bliskość, ale i dystans. Rzeczywiste opowieści własnego rodzonego dziadka inaczej są słuchane niż to, co płynie z ekranu lub z ust specjalnie zaproszonego świadka historii. Opowieści rodzinne mają swoją wiarygodność, ale pozwalają też wątpić, każą szukać wiedzy szerszej. Istotny dla przyszłości podkład, podglebie postaw powstaje w samorzutnym powolnym i ambiwalentnym procesie tradycji. Udział w nim nie wszystkim jest dany. Trudno. Nie da się tego zastąpić nawet najlepiej zorganizowaną dydaktyką. Ludzie mają różne rodziny i wynoszą z nich różne doświadczenia. Ta różnorodność jest bogactwem populacji. Później, już u progu dorosłości, ludzie potrafią udostępniać sobie nawzajem różne doświadczenia, najskuteczniej przez sztukę i w kontakcie z nią. Unikałabym natomiast wciągania w to dzieci. Zbyt wiele można im narzucić z wielką siłą niemal na zawsze, bo są dość bezbronne. W obcowaniu z dziećmi pokusa uproszczeń, także tych groźnych, jest ogromna. A czy dorastając potrafią one pozbyć się tego, co im wbito lub wsączono do głowy? Przykładem mylącego uproszczenia jest akcent na decyzji „pójść – czy nie pójść do Powstania”. Na pewno były także osoby podejmujące tego rodzaju decyzję 1 sierpnia, ale nie mogli to być żołnierze Armii Krajowej. Ich decyzja zapadła o wiele wcześniej, w innym kontekście: być żołnierzem podziemnej armii polskiej – czy przeżywać okupację jako osoba cywilna, nieraz włączona w konspirację w innym charakterze, lub unikająca styku z walką przeciw niemieckiemu okupantowi. Dla żołnierza AK w Warszawie pójść czy nie pójść to była kwestia wierności czy dezercji, zdrady. Właściwie mówienie o „zrywie powstańczym” też jest nieścisłe. W swym zasadniczym zrębie Powstanie było realizacją planu, podjęciem akcji, do której zmierzała konspiracja wojskowa. Czy to nie dziwne, że trzeba podkreślać i przypominać okoliczność doskonale znaną? To poza AK były dylematy; osobiście jestem świadkiem, jak przeciw swemu udziałowi decydował sąsiad, młody zwolennik orientacji endeckiej. Jeszcze czuję smak swojej dziecinnej pogardy dla jego argumentów i przewidywań. Mentalność prawicowa nie kojarzy się z insurekcyjnością. * Szansa ciągłości kultury i pamięci leży w krytycznym uprawianiu nauk historycznych, wszechstronnie źródłowych. W ogóle dobrze byłoby, gdyby szersze społeczeństwo, złożone z ludzi w różnym wieku, lepiej zdawało sobie sprawę, jak rozwija się poznanie naukowe, a zwłaszcza z faktu, że osiągnięcia poznawcze zawsze są otwarte, bywają potwierdzane, lecz nigdy nie definitywnie. Dorastając do poznania naukowego, w tym przypadku z zakresu historii prawie-najnowszej, nie dowiadujemy się „Prawdy” o Powstaniu, choć możemy rozpoznać niektóre kłamstwa. Osiągniemy postęp w zadawaniu pytań, lepsze przybliżenie, które pozwoli pytać dalej. Poznając wyniki badań historyków dowiemy się też więcej niż mógł wiedzieć dziadek uwikłany w wir wydarzeń i własne emocje. Wreszcie – ważne jest, by jak najwięcej osób, także młodych, wiedziało z własnego doświadczenia, że świadectwo „własnych oczu i uszu” może być mylne. Widząc i słysząc interpretujemy, nazywamy, określamy to, co widzimy i słyszymy. Już tak wcześnie w samo doświadczenie może wciskać się błąd poznawczy, który się dalej rozrasta. Interpretacja zeznań, zwłaszcza odległych wspomnień, musi być bardzo ostrożna. A dokumenty? Tak samo. Dokumenty też powstawały kiedyś na ogół w oparciu o wybiórczą pamięć i jako funkcja celu ich tworzenia. Człowiek poznający i dokumentujący nie jest panem rzeczywistości, nie jest demiurgiem, lecz ledwie się wyodrębniającą cząstką rzeczywistości. Czy było jedno Powstanie, którego jesteśmy ciekawi? Czy było ich naprawdę wiele, może aż tyle, co odbić wydarzeń w lustrach świadomości? Jeśli tak, to ja mam też swoje Powstanie, jeszcze nie do końca opowiedziane, choć próbowałam. * Tak naprawdę to myślę, że Powstanie było rzeczą żołnierską i rzeczą miasta, mieszkańców, którzy uczestniczyli w nim przez solidarność z kombatantami, zwyciężającą w tak wielu sytuacjach konfliktowych. Jej objawem było radzenie sobie, podczas gdy oni walczą, a zwłaszcza osiągana nieraz wysoka miara pomocy wzajemnej – na przykład ratowaniu życia osieroconych niemowląt, w ogóle małych dzieci, które nie przeżyłyby bez tego. W warunkach, gdy nie powiedzenie NIE wymaga bohaterskiej decyzji, do Powstania szli – czy z Powstaniem szli – niezliczeni zwykli mieszkańcy Warszawy –…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jan Paweł II. Żywa pamięć czy makatka