W Liście do artystów sygnowanym w Wielkanoc 1999 roku Jan Paweł II napisał rzecz niemal oczywistą, a przecież właśnie teraz – ale i wtedy gdy list ten powstawał – ta jego myśl wydaje mi się szczególnie ważna:
„Artysta bowiem, kiedy tworzy, nie tylko powołuje do życia dzieło, ale poprzez to dzieło jakoś także objawia swoją osobowość. Odnajduje w sztuce nowy wymiar i niezwykły środek wyrażania swojego rozwoju duchowego. Poprzez swoje dzieła artysta rozmawia i porozumiewa się z innymi. Tak więc historia sztuki nie jest tylko historią dzieł, ale również ludzi.”
Słowa te odnoszą się do wszystkich epok i wszystkich nurtów w sztuce. Dotyczą w równym stopniu tego, co w sztuce znakomite, i tego, co marne; są słowami pełnymi uniesienia, jak i spokojnym głosem usprawiedliwiającym, a może wskazującym na to, co w sztuce nieraz zawstydzające i brudne.
Dzieje polskiej sztuki
Kiedy wkraczamy w dzieje polskiej sztuki, odnajdujemy wiele spraw, które podobnie jak dzieła mają swoją historię, ale i wymagają wyjaśnień, zaskakują, nieraz śmieszą, a nieraz oburzają.
Oto Matejko, wychwalany za dzieła ukazujące zwycięstwa – i atakowany za obrazy, na których Polacy nie są już tak szlachetni…
Malczewski, który jako student Matejki nie chce pod kierunkiem mistrza malować dyplomowego dzieła o tematyce historycznej, a kilka lat później podejmuje w swojej twórczości motywy historyczne – to niemal paradoks. W istocie to dramatyczna próba dialogu z tą samą przeszłością, ale zobaczoną i odczuwaną przez kogoś z innej już epoki. Historia Polski Matejki i Malczewskiego, to przecież ta sama historia, ale inaczej zobaczona, zrodzona z innej wizji.
Stanisław Witkiewicz wskazujący Matejce błędy, Waliszewski kpiący z Matejki – i jeden, i drugi po latach doświadczeń uznający w starym malarzu z Floriańskiej niezastąpionego wizjonera naszych dziejów.
Ten właśnie stary malarz (który – umierając – miał 55 lat) pilnował, by w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych panowały dobre, tradycyjne zasady i programy. Studenci mieli doń wiele pretensji, uważali go za dręczącego ich konserwatystę. Ale wieczorem wyczekiwali na korytarzach szkoły, by móc zobaczyć, jak po dniu pracy wychodził do domu.
Kiedy młodzi jeszcze kapiści zobaczyli w Paryżu „malarskie malarstwo”, które zamierzali uprawiać już „po powrocie do domu” – pragnęli cieszyć się pejzażem, martwą naturą, portretem, raz na zawsze odchodząc od umartwień martyrologii. Minęło trochę lat, wybuchła wojna. Hitlerowskie obozy i sowieckie łagry, lata tragedii i nieszczęść, a wreszcie pokój. Możliwość rozpoczęcia nowego życia. Wszystkim tym dniom i miesiącom towarzyszyła kultura, sztuka, a wśród ofiar wojny było wielu pisarzy, poetów, malarzy, rzeźbiarzy.
Lata powojenne to z początku czas naiwnej nadziei, a potem kłamstwo realizmu socjalistycznego, kolejne dramaty ludzi, młodych i starszych, studentów i pedagogów, tych, którzy sądzili, że rewolucja w sztuce to rzecz warta ryzyka. Okazało się, że polska sztuka weszła w kolejny czas niewyobrażalnej próby. Próba ta dotyczyła zarówno życia ludzi, jak i ich dzieł – była historią sztuki, ale i historią człowieczeństwa twórców.
Kościół i artyści
To właśnie w tamtych czasach wśród wchodzących w dorosłe życie znalazł się młody Karol Wojtyła. Miał swoje życiowe plany, ważne miejsce zajmowały w nich poezja, literatura i nadzieje związane z teatrem.
Kiedy w roku 1995 tenże Karol Wojtyła – papież Jan Paweł II przyjmował w Watykanie przedstawicieli krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych z okazji 175-lecia tej uczelni, powiedział:
„…jubileusz waszej Akademii zachęca do ponownego przemyślenia roli kultury w życiu człowieka, a także w życiu Narodu jako całości… Naród istnieje jako podmiot prawdziwie suwerenny dzięki swej kulturze. Ona pozwala mu przetrwać nawet wówczas, gdy zabraknie struktur suwerennego państwa, czego doświadczyliśmy w naszej własnej historii.”
Śmiertelne zagrożenie dla kultury wyrosło na podłożu ideologii totalitarnych, jakimi były: najpierw faszyzm (zwłaszcza w wydaniu nazistowskim), a następnie komunizm. W zmaganiu z totalitaryzmem środowiska twórcze płaciły szczególnie wysoką cenę, zapłaciło ją również i wasze środowisko. W tamtych czasach Kościół w Polsce stanął solidarnie u boku twórców kultury jako ich naturalny sprzymierzeniec, był postrzegany jako oaza wolności ducha… O doświadczeniach tamtych trudnych lat trzeba pamiętać i trzeba je przypominać, aby dzisiaj korzystać mądrze z wolności, z takim trudem odzyskanej.
Jan Paweł II powiedział też wtedy inną rzecz bardzo ważną:
„Nie zapominajmy (…), iż obecnie zmaganie o kulturę wcale się nie skończyło. Dzisiaj zagrażają nam jej nowe totalitaryzmy, w których człowiek ponownie przestaje być suwerennym podmiotem, stając się przedmiotem różnorodnych manipulacji.”
Papież jako inspiracja
Może warto więc dziś przypomnieć niektóre przynajmniej fakty, które wskażą wyraźnie na obecność Papieża w polskiej sztuce nie tylko jako motywu, jako postaci, ale i głębokiej inspiracji.
Przypomnijmy zatem papieskie ołtarze, które przez szereg lat, w czasie kolejnych jego pielgrzymek do Polski, były szczególnego rodzaju znakami: znakami Bożej Obecności, ale i znakami zwycięstwa, mimo że wiele z nich powstało jeszcze przed odzyskaniem niepodległości.
Taki był warszawski Krzyż z roku 1979 czy wielka gdańska łódź, a raczej okręt, z którego Papież przemawiał do tłumów. Nad nim powiewały już flagi Solidarności.
Z papieskimi pielgrzymkami wiąże się też tradycja spotkań z przedstawicielami środowisk twórczych. Wszystkie były potwierdzeniem istnienia wspomnianej już „oazy wolności ducha”. Spotkania te miały niezwykły duchowy sens i wartość. Wśród setek ludzi czuliśmy prywatność tej audiencji, a jednocześnie – mimo prywatności wzruszenia – odczuwaliśmy historyczny sens i siłę tych spotkań, niezależnie od czasu, miejsca czy politycznych nieraz kontekstów. Mieliśmy świadomość, że spotkania te podkreślają wagę kultury – niemniej są też (mają być) znakiem solidarności ze środowiskiem twórczym, które w różnych latach przeżywało czasy podziałów, ale wspólnoty, wewnętrznego połączenia mimo realnych różnic.
Sztuka stanu wojennego
Czasem o zupełnie innym klimacie, okresem wielu nieszczęść i do dzisiaj nierozwiązanych krzywd były miesiące stanu wojennego. Nie widzę możliwości, by okres ten – na kilku zaledwie stronach – poddać gruntownej analizie. Jednak, moim zdaniem, jego fenomenem była postawa środowisk twórczych, ich solidarność i zbliżenie do Kościoła.
Bojkot oficjalnego ,,życia kulturalnego” oznaczał dla środowiska aktorów, plastyków, ale i dla dziennikarzy, pisarzy, poetów, muzyków, odejście od dotychczasowych form kontaktu z odbiorcami. Wystawy w mieszkaniach, a nade wszystko spontaniczne powstanie wszelkiego rodzaju działalności twórczej w kościołach, kaplicach i muzeach diecezjalnych – to wszystko stworzyło sytuację dotąd niespotykaną. Kościół podjął wówczas ryzyko przyjęcia na siebie odpowiedzialności za tę działalność i za jej jakość.
Tamte zgromadzenia w każdej chwili mogły być uznane za nielegalne, a z drugiej strony ich pełna jawność i tłumy ludzi na wystawach, koncertach czy spektaklach, prowokowały władze stanu wojennego do reakcji. W prasie pojawiły się więc informacje o tych wystawach (określanych jako ,,wystawy w kruchtach”) jako ,,histerycznych” i ,,dewocyjnych” manifestacjach artystów, którzy muszą ,,nieźle zarabiać” na współpracy z Kościołem.
Ale jedna informacja w tych doniesieniach była prawdziwa: rzeczywiście pojawiła się nowa, współczesna i na swój sposób aktualna sztuka religijna inspirowana przez wiarę. Sztuka stanu wojennego – bo tak ją nieraz nazywano.
Nowym zjawiskiem było też spontaniczne zainteresowanie…