Sporo cienia leżało nawet przy wyrwanych z kontekstu, dwumetrowej długości krawężnikach wyznaczających miejsca, do których dobijały niebieskie autobusy karnie odjeżdżające każdy z własnego stanowiska. Pan Janusz miał prawie pół godziny do odjazdu do Opatowa. Ustawił się w słonecznej plamie, nerkami do nieba, żeby podgrzać akumulatory, zapalił i po raz piętnasty ziewnął. Odprowadzał wzrokiem samicze sany i samcze jelcze krążące po placu manewrowym i miał nadzieję, że trafi mu się jelcz. O tej porze na pewno uda mu się zabrać, tym bardziej że zjawił się z dużym wyprzedzeniem, ale jelcz to zawsze jelcz. I więcej ludzi pomieści, i na masce silnika koło kierowcy można przysiąść w razie czego, i sam silnik więcej może. Silnik sana bzyczy, silnik jelcza ryczy. Myśl pana Janusza wróciła jeszcze do znajomego, którego spotkał przed chwilą. W tym samym czasie Elke i Michael, dwoje enerdowskich turystów w polskich Tatrach pakowało sobie jajka na twardo na całodzienną wycieczkę na Rysy, za chwilę, ubrani nieodpowiednio i nieodpowiedzialnie, mieli się pocałować i wyruszyć na szlak. Wakacje, powiedział Michael w radosnym zamyśleniu, i dodał coś dalej, ale nie wiadomo co, bo mówił po niemiecku. Pan Janusz podszedł do kiosku “Ruchu” z zamiarem kupienia gazety. Jego przekrwione oko padło na wystawione za szybą widokówki i poczuł się na tyle uroczyście, że postanowił wysłać kartkę przyjacielowi. Prawie nigdy tego nie robił, pisanie nie było jego mocną stroną, ale z zadowoleniem pomyślał, że zabije przy okazji dobre dziesięć minut zbędnego czasu. Nie przyszło mu do głowy wysłać pocztówki żonie, gdyż pan Janusz żony nie miał. A jeśli nawet miał, to ich pożycie układało się w sposób, który Amundsenowi kazał szukać szczęścia w arktycznych lodach.
– To ja poproszę sporty…
– Trzy pięćdziesiąt.
– I “Słowo Ludu”… I daj mi pani tą pocztówkę, o… O, tak, tą. Znaczek do niej ile będzie kosztował?
– Czterdzieści groszy. Na list by kosztował pięćdziesiąt, ale na pocztówkę to czterdzieści. Coś jeszcze?
– Nie, wystarczy.
W tym samym czasie w Izabelinie ksiądz Aleksander Fedorowicz, dobry proboszcz Ali, witał się już ze śmiercią. Cierpiał, ale starał się z tym cierpieniem pogodzić. O wiele gorszy od cierpienia był strach. Rak. Tyle razy słyszał to słowo, tyle razy sam je sobie powtarzał przez ostatnie lata, a ani trochę się z nim nie oswoił. “Chory jest jak miasto otwarte po kapitulacji” – przypomniał sobie własne słowa, które skreślił w jakimś liście z odrobiną dumy, świadomy, że wyraża właśnie złotą myśl.
M u s i a ł o być ciepło, skoro w wysokich Tatrach szwargoczący miłosne szlagworty turyści ruszyli w góry w samych koszulkach, tak lekkich, że pod wieczór od zamarznięcia będzie ich ratował oddział goprowców. Zapowiedziano niewyraźnym głosem odjazd autobusu i znaczek pan Janusz naklejał już w pośpiechu. Liznął drugą stronę statku skandynawskiego z IX wieku i przycisnął go w wyznaczonym miejscu tak niedbale, że prawy dolny rożek znaczka wystawał nieco poza pocztówkę. Spraw, dobry Boże, żeby pan Janusz przejechał szczęśliwie tych trzydzieści kilometrów do Opatowa, i niech los nie przeciąga struny, która porządnego chłopa może zmienić w złoczyńcę albo wariata, niech spotka tam kobietę, która go pokocha i obdarzy potomstwem, choćby nielicznym, aby jego córka mogła kiedyś, kiedy w młodzieżową modę wejdzie korzystanie z “mowy znaczków”, nakleić na kopercie znaczek mocno przekrzywiony w lewo, z wystającym rożkiem, dając adresatowi słodką prawie pewność, nawet jeżeli w środku będzie napisane “Piszę tylko dlatego, że nudzę się na lekcji, no i zostawiłeś to lusterko z Braderhud of Men i nie wiemy, co mamy z nim zrobić?!”
Czy to, że jakieś rzeczy dzieją się w tym samym czasie, wiąże je ze sobą mocniej, niż gdyby działy się w odległych od siebie epokach? Jakoś je spaja ta jednoczesność? Żyje się ze straszną świadomością, że w tej właśnie chwili, kiedy karmisz rybki akwariowe lub dopuszczasz się miłej małżeńskiej zdrady z sąsiadką, tylu i tylu rozstaje się z tym światem pośród takich tortur, że nie są nawet w stanie pożegnać się z własnym życiem. A o udręczeniach minionych myśli się już nieco inaczej, jakby były mniejsze lub przynajmniej miały mniejszy związek z nami. Sumienie nie powie ci w takim przypadku: “Tam konają dzieci oblane napalmem, a ty karmisz z sąsiadką rybki”. Te dzieci już skonały. Ale czy mają koniec ich męczarnie? Dreszcz przeszedł mnie kiedyś, kiedy uświadomiłem sobie, że jadąc z Przemyśla do Warszawy Ryszard Siwiec musiał przecież przejeżdżać kilometr czy dwa od domu, w którym spałem, niebieskooki czteroroczniak pod niezliczonymi i nieskończenie odległymi gwiazdami, nie wiedzący, że są na wyciągnięcie ręki i że jest na nich życie.
Michael człapał za Elke w sandałach i co jakiś czas wieszał swe spojrzenia na jej biodrach. Ksiądz Ali wydał ostatnie tchnienie. Z internetu nie wynika, aby coś jeszcze wydarzyło się w kraju tego dnia, poza tym, że wydano kilka ustaw czy innych nieważnych aktów prawnych. Pocztówka z “widokiem ogólnym” Ostrowca Świętokrzyskiego wpadła do skrzynki dając dźwięczny, ogólnikowy odgłos, bo skrzynka była pusta. Ojciec dziarsko przemaszerował obok ulicą Hanki Sawickiej; tak się maszeruje do roboty, którą się ceni; był już trochę spóźniony, ale szanowano go w bazie PKS-u i nikt mu złego słowa nie powie. Czepiam się nadziei, że niósł w aktówce jakieś drugie śniadanie, bo akt na pewno nie. Jako dyspozytor miał na głowie tysiąc spraw i raczej miał przed oczami mapę wszystkich dróg województwa, jednak nie można tak całkiem wykluczyć, że rozmarzał się na temat swojego synka, który, jasnowłosy i pulchny, ziewając albo z głodu rozdziawiał dziób w wózku o kształtach młockarni na małych kółeczkach, półtora kilometra bliżej i ledwie dwadzieścia minut wcześniej, bo Ojciec szybko chodził. Człowiek jest sentymentalną świnią.
“Nowe życie wejdzie w niego różnymi drogami”.
Na odwrocie pocztówki widnieją następujące informacje: “OSTROWIEC ŚWIĘTOKRZYSKI. Widok ogólny. Fot. K. Jabłoński. Wykonano: PTTK – Zagład Wytwórczy Foto Pam Jasło”. Ciekawe, że informacje umieszczane na pocztówkach nigdy nie są wystarczające; owszem, dużo miejsca na te informacje nie ma, ale i tak wydaje mi się, że ktoś ma w tym jakiś ukryty cel. Widok ogólny jest nieszczególny. Na czarno-białym zdjęciu zrobionym z wysokości, być może z wieży kościoła, widać domy ustawione wokół placu Wolności bezładnie, jakby je budowano z klocków pochodzących z co najmniej kilku kompletów. Dachy kryte są częściej papą niźli dachówką, na niektórych widać łaty, dramatyzm budowlanego patchworku podkreśla zbyt kontrastowe zdjęcie. Przez ten przesadny kontrast ciemna postać na cokole bezsensownie górująca nad placem jest prawie niewidoczna na tle ciemnej plamy drzewa. Akurat to drzewo jest dość wyrośnięte, jak dużo starszy brat pozostałych drzewek, którymi obsadzono trzy boki rynku, bo plac Wolności jest właśnie rynkiem. Niewiele z nich tak potem wyrosło, może parę sztuk się ostało z pomysłu planisty, który plac Wolności widział najwyraźniej jako oazę zieleni. Kamienice w rynku mają najwyżej cztery piętra razem z parterem, za nimi jest płasko jak na morzu, nie piętrzą się na razie kanciaste bałwany bloków. Cisza przed urbanistyczną burzą, przed wielkopłytowym tsunami, które zmiecie z rozległych podmiejskich prerii chłopców strzelających z łuków, dziewczęta grające w gumę i dzikie gąszcze, gdzie chętnie kładły się, aby zdechnąć, stare bezdomne psy. Po przeciwnej stronie niż pomnik jest jeszcze mała scena z betonu do występów pod gołym niebem. Powstała dzięki wkuciu się w nasyp, bo przed wypoziomowaniem, wyłożeniem brukiem i ochrzczeniem najbardziej tandetną nazwą, plac lekko się wznosił w kierunku, który zapamiętałem jako północny, choć może to być optyczne złudzenie pamięci. Z tej nierówności zachowała się nazwa Górna Połać na określenie rejonu slumsów ukrytych za tą właśnie pierzeją, od zawsze zamieszkiwanych przez Cyganów. “Od zawsze” oznacza zapewne w tym przypadku od powojnia, wcześniej musieli tam mieszkać Żydzi. Zadziwiająca stałość jak na nomadów. Konsekwencją dużego kontrastu jest podział fotografii na oślepiająco jasny, jak w meksykańskich miasteczkach w samo południe, romb placu, i mroczne strefy okolicznego cienia, z których wycinają się tylko jaskrawą bielą te ściany budynków, na które pada blask słońca. Dopiero po dłuższym wpatrywaniu się w obrazek zauważyłem furmankę, która oddala się od rynku Okólną i za chwilę zniknie za budynkiem w prawym dolnym rogu. Furmanka jest załadowana jakimiś gratami, zaprzężona w dwa konie. Koła jeszcze nie ogumione, okute blachą i z drewnianymi szprychami, jak takie koła potrafiły się tłuc na kocich łbach, i jak trzęsło! Gapiąc się na furmankę wypatrzyłem też napisik “Obuwie” nad drzwiami, które minęła, i skrytą w cieniu obok postać z rowerem pod słupem elektrycznym. Choć to samo centrum miasta, słup jest jeszcze z tych drewnianych, czarnych od pokostu czy innego środka konserwującego, z białymi fajkami izolatorów u szczytu. Izolatory były białe i bywały niebieskawe lub zielonkawe, z wczesnego dzieciństwa pamiętam ich obły kształt w dłoni, pewnie w okresie wymiany drewnianych słupów na betonowe walały się wszędzie… Ale nie nadawały się do żadnej zabawy poza rzucaniem o ścianę. Widokówka jest adresowana do Józefa, który mieszka w Gdyni. “Ostrowiec, godz. 6 rano, 15.7. O godz. 16.20 ruszyłem na Łódź sprzesiadką w Kutnie noi Łodzi. Tłoku niebyło, pogoda ładna, w Brodnicy było 35 stopni. Spotkałem tu przed P.K.S. Tadka, szedł do pracy. Trochę pogadaliśmy i czekam na P.K.S. do Opatowa, a jest co pół godziny. Z Pozdrowieniami, Janusz”. Oczywiście pan Janusz mógł być homoseksualistą i jego zażyłość z panem Józefem z Gdyni mogło cementować uczucie inne od surowej jak świeży beton męskiej przyjaźni. W końcu rzadko wysyła się o szóstej rano pocztówki do byle kumpla, w takich razach myśl od razu podsuwa nam najbliższych, najważniejszych. Gdyby tak miało być rzeczywiście, to tą kobietę od pokochania i potomstwa możemy sobie darować i nie mam innego pomysłu, co dalej z tym fantem. Jeśli możemy być czegoś pewni, to tego, że pan Janusz pochodził z tych stron, a w Gdyni był tylko w odwiedzinach. W końcu spotkał koło dworca Tadka. No i napisał łącznie “noi”. Ten ulubiony przez kielecki lud początek zdania wymawiało się wręcz jako “noj”, co było skutkiem najpierw prejotacji, a potem skrócenia, bo jeśli ktoś mówił wyjątkowo starannie, to mówił “noji”. “Noj wtedy łuna mu przyniesła pinć kilo zimioków, ale łun chcioł wiency” – tak się mówiło. A pisało się tak: “Serdeczne pozdrowienia śle Gienek z Sołtykowa dla Ciebie Urszulo. P.S. Czekam na list”. Słowa biegną po skosie kartki, a kanciaste spłaszczenia liter u dołu zdradzają, że Gienek pisał od linijki, przykładał się. Pocztówkę zaadresował tak dokładnie, że wiadomo, że ona pracowała w PeeSeSie, w księgowości. Rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty. On z Sołtykowa, ona ze Żnina. Historia się kończy tu, gdzie się zaczyna. Ja bym nie odpisał na jej miejscu. Owszem, był staranny z tą linijką, ale to jeszcze nie wszystko. Domaga się listu, a sam wysyła byle jakie pozdrowienia. Na pocztówce cztery małe zdjęcia: “Dom Sportowy K.S.Z.O.”, dwa razy “Wnętrze pływalni krytej” i “Pływalnia letnia”. “Pływalnię krytą” nazywaliśmy po prostu basenem, mówiło się “Idę na basen” i wszystko było jasne, nie było innego basenu. “Pływalnia letnia” za mojej pamięci już nie istniała, potem pojawiła się za to nowa, na “Rawszczyźnie”, i wtedy już mówiło się albo “Idę na basen”, albo “Idę na Rawszczyznę”. Gienka z Sołtykowa należy uniewinnić. To nieunikniona konsekwencja zażartej walki z analfabetyzmem, że do pisania brać się będą gęsto ludzie bez powołania. Bo kiedyś, ach, panie, panowie, pisało się inaczej. W 1913 roku, kiedy ogólny widok Ostrowca, Gub. Radomska, stanowiło pastwisko poplamione białymi owcami i skromnie zabudowane, drewniano-kamienne tło (kościół niedzisiejszy, jeszcze przed przebudową, przysadzisty, bliższy mu poziom niż pion), zakochany pan przekazywał pocztówę zapisaną maczkiem art deco, nie bez kłopotów z dużym rosyjskim F, wysokobłagorodnemu panu Fiszeru “dla łaskawego doręczenia p. A. Wrońskiej” aż w Mińskiej Guberni. Liczne stemple ze śmiesznie wyglądającą w cyrylicy nazwą OSTROWIEC miejscami nakładają się na siebie i jeszcze utrudniają odcyfrowanie tekstu. “Kochana panno Oleńko! A więc już tylko parę dni się zostało do końca wakacji, sądzę że przecież (…) chociaż mnie tam nie ma (…) będzie bardzo przyjemnie, że Pani (…). No, zgoda? Ja prawdopodobnie będę w Ł. na te dwa dni świąt, 7 i 8 września, no i naturalnie nie zapomnę o kochanej Oleńce. Żałuję bardzo, że trzeba odłożyć wycieczkę po Wiśle, i na jak długo? Miałem zwiedzić góry Świętokrzyskie, tymczasem w każdą niedzielę lub święto – niepogoda i nie mogę się doczekać już ostatniej niedzieli, wyczekuję pogody, może jeszcze co z tego będzie. No, dowidzenia! Całuję Cię serdecznie, moja kochana P. Oleńko i proszę nie zapominać z powrotem o…”. Tu nadawca zjechał na sam brzeżek kartki i jego robaczki stały się całkiem już nieczytelne, tylko “kochający” w podpisie daje się odczytać. Żadnej wulgarności i samokontrola, jedynie dokładność literek upchniętych na skrawku papieru, elegancja zawijasów; tylko to obiecuje pannie Oleńce, że jak dojdzie co do czego, nie będzie partaniny, stosunek będzie długi i bardzo udany, pełen finezyjnych ozdobników i starannie wykończony. No, zgoda? Już pod koniec lat sześćdziesiątych życie w Ostrowcu nabiera barw. Z początku są to barwy jakby ochronne, niewyraziste, jak gdyby miasto chciało się zamaskować na wypadek nowej wojny, ale to wina kiepskich odczynników. Na kartce wysłanej z Sienna 14 marca 1967 roku niebo od biedy jest sine, ale trawa na trawniku zieleni się tak blado, że robi się szara z wysiłku, zaś koloru ubrań ludzi w…