Subskrybuj

Sam wśród ludzi. Wokół Eseju o duszy polskiej Ryszarda Legutki

Tezie tej przeczą nie tylko słowa autora, lecz także sam fakt jego istnienia. W jego argumenty wpisana jest bowiem sprzeczność pragmatyczna. Sformułować sąd o nieciągłości można jedynie z perspektywy ciągłości. „Esej…” pokazuje, że istnieje przynajmniej jeden człowiek w Polsce, który nie uległ peerelowskiemu zgruzowaniu i ma poczucie związku z tym, co było przed PRL-em.

Bezreligijność myśli polskiej jest zdolna doprowadzić do rozpaczy.

Stanisław Brzozowski

 Charakterystyczną cechą polskiego inteligenta jest to, że nie bierze serio myśli innych. Standardowo wychwala prace swoich znajomych, przeczytawszy co najwyżej kilka stron i blurb na okładce, i atakuje dzieła przeciwników, nie czekając nawet na ich publikację. Bez tego przecież wie, komu ma klaskać i na kogo tupać. W rezultacie zachowuje się tak, jakby jego powołaniem było opowiadanie się po którejś ze stron – albo my, albo oni – a nie poszukiwanie, przepraszam za wyrażenie, prawdy.

Świadom tego jest Ryszard Legutko, pisząc, że mimo naszego powszechnego uwielbienia dla autorytetów, „nikt się nie interesuje treściami, jakie mają do przekazania, nie toczy wokół tych treści sporów, nie kłóci się, nie interpretuje, nie weryfikuje, nie próbuje obalić” (s.120). Błędem byłoby jednak sądzić, że ta diagnoza odnosi się tylko do jednej ze stron politycznych sporów. W przypadku „Eseju” równie dobrym wskaźnikiem jej trafności są tyleż pomruki salonów („chce mi się wyć”), co ekstatyczne zachwyty antysalonów („najważniejsza praca po 1989 roku”). Nie zasługuje on bowiem ani na jedno, ani na drugie.

Gruba kreska czy buldożer?

Legutko chce wyjaśnić, dlaczego po 1989 roku Polska wciąż kibicuje dziejom, zamiast je tworzyć; pyta, skąd wziął się trapiący nas brak pamięci historycznej, mikromania, skłonność do imitacji, skrócona perspektywa czasowa, inwazja prostactwa i przeciętności (s.135-136). I oferuje jedną odpowiedź: Komunizm. Komunizm, który po kataklizmie II wojny przemielił i wżarł się w nasze dusze tak, że nawet po jego upadku wciąż nie możemy się z niego uwolnić. Tak brutalnie zerwanej ciągłości historii nikt nie potrafi – i nawet nie próbuje – przywrócić.

Aby tego dowieść, autor rekonstruuje polskie dzieje od roku 1945 do dziś, pokazując, że polskie elity stopniowo wyzbywały się wyobraźni politycznej, zrzekały myślenia w kategoriach narodu i państwa, masy zaś zamieniały się w pozbawiony tożsamości naród peerelowski. Skutkiem tego najpierw nie potrafiliśmy wynaleźć alternatywy dla komunizmu, a po roku 1989 znów musieliśmy szukać odpowiedzi z importu, za dewizy. Choć książka nie przynosi nam żadnych nowych tez, których byśmy wcześniej nie znali, to po raz pierwszy gromadzi je w jednym spójnym historycznym wywodzie, kładąc tak mocny nacisk na przecięcie nici polskich tradycji. 

Konsekwencje i przyczynyPodstawowy problem z tezą Legutki jest jednak taki, że jest ona nieprawdziwa. Jest nieprawdziwa, bo sam autor na różne sposoby z niej się wycofuje. Pisze na przykład, że jest to przekonanie, które wyrobili w nas komuniści, sugerując, jakoby nie było to zerwanie rzeczywiste (s.13). Istotnie, czytamy bowiem dalej, że obok narodu peerelowskiego istniał także naród przykościelny, który łączył stare i nowe czasy, a nawet sam naród peerelowski „zachował jeszcze pewne związki z tym, kim był wcześniej” (s.59). Tezie tej przeczą nie tylko słowa autora, lecz także sam fakt jego istnienia. W jego argumenty wpisana jest bowiem sprzeczność pragmatyczna. Sformułować sąd o nieciągłości można jedynie z perspektywy ciągłości. „Esej…” pokazuje, że istnieje przynajmniej jeden człowiek w Polsce, który nie uległ peerelowskiemu zgruzowaniu i ma poczucie związku z tym, co było przed PRL-em. Co więcej, przekonanie o nieciągłości polskich dziejów prowadzi do fałszywych wniosków. Wbrew oczywistości, po pewnych koncesjach Legutko musi w końcu kwestionować powiązania narodu peerelowskiego i przykościelnego z przeszłością. Twierdzi nawet, że w czasach PRL-u „pojęcie narodu rzadko pojawiało się w przestrzeni publicznej” (s.48). Tymczasem nic bardziej mylnego. Komuniści o narodzie mówili zawsze i wszędzie (zob. Zaremba 2001), a opozycja wcale nie pozostawała im dłużna, próbując przebić ich w narodowej retoryce (zob. Verdery 1995 [1991]). Choć autor to dostrzega, to z wynikłej sprzeczności wychodzi, twierdząc, że „Solidarność” była ruchem tylko z pozoru narodowym, gdyż w istocie łączyła niezgodne ze sobą ideały (obok nacjonalizmu konserwatyzm, socjalizm, liberalizm, demokratyzm etc.); na podobnej zasadzie zaś, naród przykościelny „stanowi dziwną mieszaninę” różnych elementów: duchowych, ekonomicznych, społecznych etc. (s.85). No dobrze, ale cóż z tego. To, że naród łączy się z heterogenicznymi elementami sprawia jedynie, że dotyczy on większej ilości ważnych dla jednostki spraw, że, innymi słowy, staje się dla niej bardziej rzeczywisty. Inaczej niż Legutko, nie widzę tu żadnych „dziwnych mieszanin” czy „konfuzji”, lecz, przeciwnie, nabywanie przez naród wagi społecznej; a zatem nie jego upadek, lecz odrodzenie. Zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli „Solidarność” i Kościół w czasie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?