Subskrybuj

Allegro moderator (2)

Na przedwojennej pocztówce wydanej przez Ostrowiecki Oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego mam Kościółek sfotografowany przez samego Rekwirowicza, z pietyzmem, z jakim fotografuje się własne dziecko.

Stoi pośród drzew, okolony drewnianym płotkiem, po prostu Dolina Kościeliska widziana całkiem z bliska. Jest wczesna wiosna, bo po gałęziach sypnęły się dopiero blade pączki i kwiecie. Nie ma jeszcze Ronda ani Wiaduktu, jest za to w tle wyniesienie, które czas zniweluje oraz komin hutniczy na czwartym planie, dyskretny jak udający drzewo tajniak. I na razie jak tajniak samotny. “Jego to poczucie piękna i zamiłowanie do fotografowania sprawiło, że prawie na każdym zebraniu podziwiano i omawiano artystyczne zdjęcia zamków, pałaców, urzekających krajobrazów naszego regionu…”. Tak przedwojenną działalność Rekwirowicza komplementuje w “Zarysie historii oddziałów P.T.K. i P.T.T.K. w Ostrowcu Świętokrzyskim” Stanisław Jeżewski. Rekwirowicz, który w 1962 roku raczył na wieki spocząć na cmentarzu w mojej rodzinnej Szewnie, poczuciem piękna chyba rzeczywiście przewyższał wszystkich, którzy przyszli po nim, aby fotografować fabryczny Ostrowiec. Poznawszy z górą dwadzieścia jego zdjęć mógłbym powiedzieć o nim tak, jak mówi się o malarzach: że poznaję jego rękę. Choć wiadomo, że chodzi o staranność raczej spojrzenia… W wycinanych przezeń ze świata ramkach króluje powaga i ład, za sztafaż wystarcza mu drzewo, byle budowla pozuje mu tak, że zyskuje dostojeństwo. Inna sprawa, że fotografował w czasach, kiedy było tu jeszcze na tyle niezastawionej przestrzeni, żeby widzieć rzeczy odsłonięte, w ich pełnej krasie. Kościoły, hutę i pejzaże miał podane na patelni. Ale samo to, że wiedział, z której strony je podejść w tych bezkrwawych łowach na urodę świata, to już dużo. Z najwyższym trudem i nie za pierwszym podejściem ubiłem na Allegro pocztówkę przedstawiającą “Szewnę. Widok ogólny”. Jest to arkadyjski pejzaż zimowy z widokiem na górę kościelną i samotnym drzewem na pierwszym planie. Rekwirowicz zdjął kościół przez Drogę wrzynającą się wąwozem między cmentarz i kościół. Droga wiedzie na Dolną Szewnę a nawet, gdyby się komu chciało iść, do Gromadzic. Rzadko kto jednak docierał dalej niż do leżącego u podnóża góry baru “Szewnianka”, po którym dziś oczywiście nie pozostał nawet zeschły koreczek serowy. Niedawno przy okazji odwiedzin cmentarza zboczyłem z pocztówką w ręku ku łąkom, żeby stanąć w miejscu, w którym 80 lat temu marzł, rozstawiając swój magiczny sprzęt, mój ulubiony fotograf. Jednak okazało się, że musiałbym oddalić się od kościoła i cmentarza znacznie dalej niż początkowo sądziłem, hen, w stronę Szewnianki (rzeczki, nie baru). Najwyraźniej Rekwirowicz nie zmieniał obiektywów jak rękawiczek i należał do tego szlachetnego gatunku, o którym dzisiaj się mówi, że “zoom ma w nogach”. Że zaś większą część tak istotnej w pocztówkowym ujęciu połaci zabudowano zniechęcającymi “jednorodzinnymi” klockami a ziąb był taki, iż uczucia romantyczne szybko ze mnie wyparowały, poprzestałem na konstatacji, iż nad grób Rekwirowicza jest stąd nie dalej niż paręset kroków (na widokówce majaczy nawet w dali zarys cmentarnego muru). I wróćmy teraz na trasę naszej wycieczki, w okolice Kościółka. Jeszcze podczas wojny ktoś zaszedł go z aparatem od tyłu i zrobił ładne ujęcie “Herz Jesu Kirche” zza płotu. Potem Kościółek jakoś się nie afiszował ze swoim istnieniem i zniknął z kart pocztowych na dłużej. W latach osiemdziesiątych zdjęto z niego stare i łatwopalne gonty i zastąpiono je miedzianą blachą. Sprzed wejścia zniknęły stare drzewa, za to niedawno wylądował tam kamień upamiętniający ofiary Katynia i stanął wielki, przysłaniający świątynię pomnik, żeby każdy mógł oddać cześć ofiarom i aby nikt już nie mógł sfotografować Kościółka tak pięknie, jak Rekwirowicz. Zresztą jeszcze przed pojawieniem się katyńskiego meteorytu następcy Rekwirowicza owszem, próbowali męczyć świątynkę a to żabią perspektywą, a to rybim okiem, ale na wszystkich tych zdjęciach gubi się zupełnie jej lekkość, wdzięk pierwotnych proporcji, i wszystkie te próby, łącznie z próbą P. Krassowskiego z przełomu lat 70-tych i 80-tych, kończą się takim czy innym dramatem. “Miruniu, dziękuję za zaproszenie, przepraszam że od razu nieodpisałam ale Andrzej jest bardzo ciężko chory, zabrali go erką na sygnale i jest w szpitalu (serce), wkrótce napiszę list, całuję wszystkich, Lidka”. W 2008 roku zauważyłem na Rondzie tabliczkę informującą, że wiedzie tędy w stronę Opatowa “Świętokrzyski Szlak Literacki”. Urwie się pewnie za 5 kilometrów, w Bodzechowie, w którym wyhodował się ten potworny Gombrowicz. Szlak literacki, proszę wycieczki, na razie sobie darujemy (serce), zamiast tego ruszamy w kierunku centrum i wchodzimy na Wiadukt. Po lewej stronie wciąż mamy pod sobą tereny huty z górującym nad nimi starym grzybem wieży ciśnień. Ale zaraz utnie hutę równy nóż ulicy Kolejowej czy tam Dworcowej. W samym narożniku oświęcimskiego ogrodzenia zwieńczonego kolczastym drutem było jedno z dogodniejszych miejsc do przeskakiwania dla spóźnialskich, ale też forsując płot było się tu wystawionym na spojrzenia gapiów idących akurat Wiaduktem. Ile hutniczych portek wstydliwie się podarło na tym drucie, tego się już nie dowiemy. Ich pomnik też tu nie stanie, a szkoda – niewiele jest w świecie miejsc podobnie uświęconych rozdzierającym trzaskiem pękającej garderoby. Uczciwszy to wszystko półminutą ciszy przejdźmy ponad torami, a potem mostem na drugą stronę Kamiennej, z nabożną świadomością, iż znajdujemy się już na starym trakcie “pocztowym” z Opatowa, który dobije od południa do traktu “fabrycznego” wiodącego w siną dal, aż do Bzina (nawiasem mówiąc, Bzin było to miasteczko, którego mieszkańcy tak się wstydzili jego nazwy i tak się na nią skarżyli, że wreszcie litościwe władze nazewnicze zmieniły tę nazwę na Skarżysko). Jednocześnie jesteśmy już “na Alei”. Kiedyś była to po prostu Aleja Ostrowiecka. W 1917 roku stała się Aleją 3 Maja, a ostrowieccy harcerze obsadzili ją kasztanami, żeby podkreślić jej alejowy charakter. Za moich czasów drzewa były już dorodne, by nie rzec stare, a Aleja nosiła oczywiście nazwę Alei 1 Maja. W ostatnich latach wyłysiała jak kobieta w zimie swego żywota i znowu jest Aleją 3 Maja. I proszę teraz uważać, bo znajdujemy się już w samiuśkim sercu tego jakże obfitującego w uroki miasta, a niczego nie będę powtarzał dwa razy. Mogę za to zapewnić, że nie będzie trzeba za dużo kręcić głową: wszystkie interesujące – choć nie zawsze fotogeniczne – obiekty będziemy mieć po lewej stronie. Po prawej tylko niewart spojrzenia hotel, dawniej zniechęcający do spania nazwą “Gromada”, no i komendę MO, na którą lepiej nie patrzeć z powodów oczywistych. Rzeka, którą tak bezmyślnie przekroczyliśmy, nie od razu da nam o sobie zapomnieć. Po jakichś, myślę, dwustu metrach oddali się od Alei, ale przedtem jeszcze nas na odchodne zaprosi na drugi brzeg. Bowiem przed “Kryształową” zawsze było można skręcić na Huśtaną Ławę, próchniejący most wiszący na zardzewiałych linach. Już w czasach mego dziecięctwa deski i liny skrzypiały niemiłosiernie i należało uważać, żeby nie iść w rytm własnych kroków, bo Ława mogła się tak rozbujać, że groziło to rzeczną odmianą choroby morskiej. Najgorzej miały dziewczyny, kiedy dwóch czy trzech śródlądowych podrywaczy celowo rozkołysało tę zabytkową konstrukcję do tego stopnia, że ofiara ich końskich zalotów mogła tylko ucapić się nieporęcznych poręczy i sterczeć w połowie mostu czekając zmiłowania (serce). Kto wie, czy to nie tu właśnie urodziło się niegdysiejsze młodzieżowe określenie stanu zakochania jako “zabujania się”. Gdybyśmy teraz przeszli po sztywnym jak trup polarnika betonowym mostku, który nieudolnie udaje Huśtaną Ławę, od razu znaleźlibyśmy się na Szlaku Wagarowicza, w najbardziej dzikich strefach śródmieścia. Kiedyś nie były aż tak dzikie, bo na przedwojennych pocztówkach wał przeciwpowodziowy mieni się “bulwarem”, a np. z tyłu Poczty widać zbiegające wprost ku wodzie schodki, potem jednak miasto odgrodziło się od rzeki i raczej nie tędy chadzali fotografowie wysyłani do Ostrowca, aby utrwalać jego niewybredną urodę. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, że trudno było uznać rzekę za zdobycz socjalizmu. Za to na początku lat 70-tych na pocztówce uwieczniona została wspomniana “Kryształowa”, reprezentacyjna kawiarnia z płatów rzadko mytego szkła, z wiodącymi na górę zewnętrznymi schodkami i nieśmiertelnym parkanikiem z blaszanych kółek. Ten wykwit nowoczesności i szyku wieńczył w początkowym okresie istnienia dumny neon KAWIARNIA KRYSZTAŁOWA, który jednak szybko zniknął z dachu w nieznanych mi bliżej okolicznościach. Jako przedstawiciel ubogiej rodziny robotniczo-chłopskiej gościłem w środku może ze trzy razy, nie dla psa kiełbasa, nie dla dziecka lody, zwłaszcza że te z blaszanej bańki na mleko albo z automatu są tańsze. Na poczcie byłem za to dziesiątki, a może i setkę razy. To przytłaczające, słoniowate gmaszysko z czterema potężnymi kulasami kolumn u wejścia, zostało chyba pomyślane jako dowód, że jesteśmy właśnie w Grecji, a przynajmniej w jakiejś mniejszej kolebce jakiejś równie potężnej kultury. Na zdjęciu Rekwirowicza z lat trzydziestych budynek trzyma jeszcze fason, ma w sobie przynajmniej ten ponury czar charakteryzujący koszary i szpitale. Natomiast za mojej pamięci wyglądał już na koszary służące za punkt pasmanterii i repasacji pończoch, rozrośnięty do monstrualnych rozmiarów podczas jakiejś światowej wojny na guziki i oczka w pończochach. Z internetu wiem, że znajduje się na nim poświęcona pocztowcom poległym w czasie wojny, takiej prawdziwej wojny, tablica pamiątkowa, której nigdy nie zauważyłem. Gdyby gmach był mniejszy, to i tablicę łatwiej by człowiek wypatrzył. Ale naprawdę mocne wrażenia estetyczne są dopiero przed nami. Mijamy pocztę i dzielnie trzymamy się Alei, choć z lewej strony przystawia się do niej park miejski i znowu kusi nas Szlak Wagarowicza. Tu jednak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Niepełnosprawni umysłowo uczą mądrości