Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Priorytety... czyli to, co trzeba zrealizować najpierw, przede wszystkim to, na co musi starczyć środków i czasu, nawet wtedy gdy ich brak na rzeczy ważne.

Ktoś patrzy

Opowiada opiekun ptaków, obecnie dyrektor warszawskiego ZOO, dr Kruszewicz. Ma to być pociecha dla współczujących zwierzętom-eksponatom: jeśli goście ZOO trzymają się alejki – skąd mają dobry widok, i to całkiem z bliska – to zwierzęta wcale ich nie zauważają, po prostu nie widzą. Dostrzegają swoich pielęgniarzy już z daleka. A z reguły denerwują się, gdy ktoś pojawi się poza alejką. Jeśli maszerujemy alejką i zatrzymujemy się na niej – nie zakłócamy spokoju zwierząt.

Pierzcha naiwne, egocentryczne złudzenie, że odwiedzając zwierzęta, możemy im okazać nasze pozytywne uczucia inaczej, niż nie dając się dostrzegać. Jakie stąd wnioski? Chyba na wnioski za wcześnie! Najpierw trzeba się upewnić, że tak jest ze wszystkimi zwierzętami. I że tak będzie również w nowoczesnych ogrodach. Bo dawniej raczej nie było warunków zachowania dyskrecji, a i teraz nie wszędzie już są. Przypomina mi się spotkanie z wilkiem w białowieskim mini-ogrodzie: ten wilk wyraźnie interesował się przechodniami na ścieżce, a zwłaszcza tymi, którzy zatrzymali się koło jego ogrodzenia. Tak czy owak – gdy jeszcze wybiorę się do ZOO, będę się starać nie zawracać głowy zwierzętom, będę po cichu podziwiać, jakie są, z takiego dystansu, który sprawia, że nie dostrzega mojego spojrzenia. Pozwolić w ten sposób na siebie patrzeć, to i tak łaska, jakiej mi udziela zwierzę istniejąc w moim zasięgu. Jeśli moje odczucia zbliżają się do animistycznego kultu zwierząt, to przepraszam. Ale naprawdę jest w moim podziwie coś z dostojeństwa kultu, a nie żaden sentymentalizm.

Spokojne uszanowanie często budzą we mnie koty.

A z drugiej strony: w jakimś śnie mogłoby się ujawnić, że nad nami lub ze spokojnej alejki obok ktoś patrzy na nas, ludzi? Nie wiemy o tym, nigdy nie będziemy wiedzieć. A jednak jest możliwe, że ktoś się uśmiecha, przyglądając się, co potrafimy, jak wymieniamy pocałunki i rozwijamy prezenty.

Sen

To jest jak oglądanie książki podobnej do Czuwania, gdzie opisano, co robiliśmy, co czuliśmy, gdy umierał Jan Paweł II. Patrzę, jak w środku niewielkiego placu dogasa pożar. To, co tam stało, spaliło się do gruntu. Jednak wciąż coś się jeszcze jarzy. Prezydent Obama, wysoki, smukły, ale zupełnie siwowłosy, poprawia kijem czerwone węgle, jakby to było wieczorne ognisko. Jest zupełnie sam. Wokół placu stoją nietknięte lśniące wieżowce. Widać jak powoli, w górę i w dół przesuwają się w nich windy. Przed wejściami czekają gromady ludzi. Odjeżdżając w górę, przepełnione windy dzwonią, jak staroświeckie tramwaje.

Jedziemy na szczyt budynku do kasy. Przed okienkiem stoi długa smutna kolejka. Nikt nie wie, ile pieniędzy otrzyma, czy ich wcześniej nie zabraknie. Stara kobieta w egzotycznych szatach pokazuje na dłoni to, co dostała: dwie drobne monety. Tylko tyle! Monety są dziwne, miękkie. Widzę: to są błoniaste pęcherzyki napełnione wodą.

Zrównanie

Na oddziale była jedna naprawdę duża sala: chyba dziesięć łóżek, ciasno zestawionych. Były takie sytuacje, że właśnie na tej sali musieli przebywać bardzo ciężko chorzy, umierający – ale nie na choroby zakaźne, którymi ten oddział miał się zajmować. Tu zawsze były umiejscowione tzw. „łóżka społeczne”, dla pacjentów, którym trzeba było zapewnić dogasanie w ludzkich warunkach, czego rodziny nie chciały czy nie mogły dokonać.

Wspominam dwie starsze kobiety na tej sali – jedna leżała blisko okna, druga na przeciwległym krańcu na wprost drzwi. Koło okna zawsze mnie witał serdeczny uśmiech, jakieś „dzień-dobry”, naprawdę potwierdzające dobroć tego dnia nawet na tej ponurej sali. Spytałam tę pacjentkę, czy nie straszno jej tak tu leżeć, kiedy obok nieprzytomne osoby, śmierć ciągle blisko. „Ale mnie tu dobrze, kochana. Dobrze, bo codziennie ciepłe jedzenie mam, herbaty słodkiej dostanę ile chcę… a raz na parę dni nawet umyją, czystą pościel zakładają, kaloryfery grzeją. A że tu umierają? To się modlę za nich, nic czasu nie tracę, chyba że usnę. I za mnie się któraś sąsiadka pomodli, jak mój czas będzie”.

Na wprost drzwi inna starsza pani, zasłania twarz domową poduszeczką z koronkami. Płacze. Gdy próbuję pocieszać, prosi, błaga na wszystko: „Zabierz mnie stąd. Tu jest piekło!” Przyjęto ją na łóżko społeczne, bo właśnie ciężko zachorowała córka, która od lat pielęgnowała matkę w ślicznym mieszkaniu pełnym pięknych przedmiotów i pamiątek. A tu trafiła w te same warunki, co sąsiadka z drugiego końca sali, w nieznaną jej dotąd zgrzebną rzeczywistość braku intymności, uciążliwych zapachów, odgłosów, niezrozumiałej krzątaniny, szorstkich poleceń. Tym dwóm osobom w tym samym miejscu było zupełnie inaczej.

Współczucie należało się obu; pod oknem myślałam o tym, co ta osoba przeszła przedtem, jak leżała bez picia i jedzenia na wyrku w obórce; na wprost drzwi: że jest straszną krzywdą taka nagła niezrozumiała zmiana wszystkiego na gorsze, przychodząca wtedy, gdy chory człowiek nie ma w sobie siły, której wymaga przystosowanie.

To wspomnienie nasunęło mi się, gdy słuchałam audycji, w której psychiatra upominał się o prawa pacjentów, którzy przychodzą do szpitala przyzwyczajeni do życia we własnym pokoju, a poza nim wśród ludzi z tego samego biznesowego czy artystycznego środowiska: „>>Lepsi<< – bardziej zasobni, żyjący po europejsku – cierpią więcej!”. Rozumiem, o co panu doktorowi chodzi. Nie lekceważę troski o szanse terapii. Ale zgadzam się też – i o wiele bardziej – z dr Balickim, który odpowiedział, że do przyzwoitych warunków mają prawo wszyscy. Źle jest nadużywać cierpliwości tych uboższych, czasem mniej roszczeniowych, a bardzo spragnionych przede wszystkim uwagi i szacunku. Nie wolno robić z nich pasażerów niższej klasy.

*

Kryzys może zrównać w dół – nie tylko w szpitalach. Mogą się zmienić miejsca zajmowane w świecie. Te nowe będą dostarczać odmiennych doświadczeń. Dla młodych mogą to być doświadczenia dotąd nieznane. Starzy może niekiedy wrócą do ograniczeń, które znali, ale dawno od nich odwykli. Jak się przygotować do tego, by to wszystko wziąć przed się bez paniki, jako zadanie? Żeby był taki „kryzys zwykłych ludzi”, jak było kiedyś w Warszawie „Powstanie zwykłych ludzi”? Jak sprawić, by obudziła się dzielność i współdziałanie w imię tego, by mogli przetrwać także najsłabsi?

Z dawnych tekstów

Projekt życia

(z Rozmów przy ogniu)

Jest to dalszy ciąg rozważań z 1975 roku, które zgodnie z ówczesnym pomysłem nazwałam Rozmowami przy ogniu. Dotychczas przygotowałam do zamieszczeniu w „Znaku” część pierwszą – Jedność życia. To jest część druga. W tym tekście zamierzenie zaczęło się wyraźniej kształtować. Osobowość zabierających głos postaci zaczyna mieć bardziej uchwytne kontury. Interesującą sprawą jest tytuł: Projekt życia, który na pewno ma francuskie źródła. W całych rozmowach, jak i w rzeczywistym działaniu Duszpasterstw Akademickich w tamtych czasach – bardzo chodzi o to, by życie młodych miało jakiś wewnętrzny szkielet, by rozgrywało się w świecie wartości i zakładało wybór tego, co warto wybrać. Używanie określenia „projekt życia” wyprzedza przyjęcie tego hasła przez Jana Pawła II (w roku 1985) w Liście do młodych. Bardzo jestem ciekawa, czy teraz ktoś zechce się nad tą rozmową zatrzymać. Jest to wprawdzie tekst „z myszką”, z piętnem czasu powstania – a może jednak nadal aktualny? Czy mogłaby to być rozmowa przy kominku w nowo wybudowanym domku, za który coraz trudniej spłacać kredyt?

Są w moim życiu pewne posunięcia, pewne decyzje, takie czyny, które pamiętam, choć upłynęło wiele lat. Dlaczego wracam myślą właśnie do tych wydarzeń? Chyba z tej racji, że były to momenty zwrotne. Pamiętam chwile przekroczenia progów, chwile wyboru, które zaważyły – jak sądzę – na wszystkim co przyszło później.

Ale takich chwil jest mało.

Na ogół życie płynie dość równo, z dnia na dzień, od załatwienia jednej sprawy do załatwienia drugiej. Nie ma w tym wiele sensu, ale nie ma też dramatu. Nie ma właściwie czego pamiętać, bo czy można, czy warto wspominać drobne osiągnięcia, doraźne niepowodzenia, codzienną szarpaninę, niespecjalnie udane rozrywki, banalne spotkania?

Czy realizuję swoje plany? Chyba tak, ale są to na ogół plany dotyczące spraw dość zewnętrznych. Dotyczą tego, co chcę mieć (ma się przecież nie tylko rzeczy, ale i kwalifikacje, i wrażenia, i nawet poglądy…) Nie planuję tego, czym się staję… To stawanie się jest jakby niezależne ode mnie, wydarza się mnie. W rzeczach najważniejszych coś się ze mną dzieje, nad czym nie mam kontroli.

Mam tzw. „projekty życiowe” – projekty zawodowe, osobiste (z kim się bawić, co robić w święta, nawet projekt w kwestii małżeństwa). Ale nie mam projektu siebie, swego życia jako całości. Nie potrafię ocenić, czy posuwam się naprzód, czy kręcę się w kółko, bo nie widzę kierunku. Nie bardzo też potrafię oceniać swoje postępowanie. Moje oceny są powierzchowne, bo przecież poszczególne czyny mają sens i wartość właśnie w relacji do projektu życia: to, co w jednym projekcie dobrze się mieści, w obrębie innego jest zbędne, jest niekonsekwencją, nawet zdradą.

Ale czy jest sens myśleć o projekcie życia, kiedy go już – bez takiego projektu – minęła może połowa? Czy to nie problem tylko dla bardzo młodych, dla tych, co zaczynają?

[dziewczyna w okularach]

 Mam wrażenie, że w moim życiu zawsze była jakaś orientacja – i że z biegiem lat tylko coraz wyraźniej ją odkrywam (choć są okresy, gdy za mało myślę i za mało przeżywam, popadam w bierność, wydarzenia mnie unoszą). Ta orientacja – którą przecież także można nazwać „projektem” – jest moja, ale nie całkiem, nie wyłącznie moja. Jest dla mnie przygotowana przez okoliczności, zadana mi – w wielkiej mierze poprzez dary od ludzi i poprzez dary losu, przypadku, który może nie jest tylko przypadkiem? Może projektu życia się nie tworzy – lecz raczej odczytuje się go w rzeczywistości? Ludzie wierzący widzą w okolicznościach znaki pozwalające odcyfrować zamierzenia Boże wobec nich…

[pani w wiatrówce]

Czy projektowanie życia nie jest trochę podobne do projektowania w technice?

W tworzeniu projektu jest coś z odkrycia i coś z wynalazku. Trzeba odkryć możliwości, odkryć wewnętrzny i społeczny sens przedsięwzięcia; sens, który z początku ledwie widzimy. A potem trzeba wynaleźć sposoby wykorzystania tych możliwości, dokonać wśród nich wyboru – wynaleźć, stworzyć drogę do celu.

A ponadto: jeśli uznaję, że moje życie nie jest życiem-dla-mnie, a przynajmniej nie jest wyłącznie, czy głównie życiem moim-dla-mnie, to wiem, że też nie jestem ani jedynym, ani głównym inwestorem własnego życia. Inni też mają prawo stawiać wymagania co do jego jakości i kształtu, mają prawo wyrażać swoje życzenia… Muszę się liczyć z bliźnimi, o ile projektuję życie co najmniej wspólnie z nimi, a tym bardziej jeżeli myślę o oddaniu im swego życia.

Wiara ukazuje mi Boga jako źródło życia i kierunku życia. Mogę powiedzieć, po ludzku, bardzo dziecinnie, że On zainwestował we mnie najwięcej, a więc ma prawo decydować o tym, co zrobię ze swoim życiem. Ale Bóg nie skorzystał z tego swego prawa w sposób, do którego przyzwyczaili nas ludzcy inwestorzy. Bóg nic mi nie podyktował. W Jego Objawieniu nie znajduję gotowego projektu mego życia, nie znajduję nawet jednoznacznych wytycznych, które wystarczyłoby odczytać.

COŚ jest jednak dane – chyba to, co najważniejsze… Bóg powiedział nam – więcej: pokazał – o co Mu chodzi. To jest jeszcze zbyt ludzki sposób mówienia. Raczej tak to widzę: Objawienie odsłania mi tyle prawdy o Bogu, że mogę jednak w jakiś niedoskonały sposób rozpoznawać to co Boże, to co do Boga prowadzi, co jest z Nim zgodne…

[chłopak, który rąbał drzewo]Czemu nie użyć tu słowa „wartości”? Objawienie ukazuje wartości, ukazuje co jest godne ostatecznej miłości, odsłania to, co jest wieczne, co leży u dna, u podstawy bytu, porządku…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o Jezusa. Tajemnica ukryta w historii