Subskrybuj

Allegro moderator (3)

Biegnąca w stronę rynku na siagę, jakby zapomniała kupić dewocjonalia, ul. Kościelna i jej przedłużenie, Wąska Uliczka, to najdogodniejsze miejsce do handlu. Za mojej pamięci fury i auta widoczne na starych zdjęciach nie miały tu już wjazdu.

Zresztą Kościelna wznosi się na tyle stromo, że nawet położono na niej schodki, ale zarazem na tyle łagodnie, że schodki te musiały być niziutkie a wydłużone, na dodatek gęsto przetykane odcinkami całkowicie płaskimi. Niezależnie od wieku warunkującego długość odnóży, interwału kroków nigdy nie potrafiłem zgrać z interwałem schodów i zawsze szedł człowiek tędy jak nierówno potrącony, najlepiej było korzystać z zostawionej po boku ścieżki dla wózków i rowerów. Podchodząc pod górkę po prawej ręce miało się ten podjazd, marne klomby i wyniosły kościół na wzniesieniu, zaś po lewej ciąg sklepików, który kończył się kioskiem z pierwszymi w Ostrowcu włoskimi lodami z automatu. Z Kościelnej wchodziło się potem w prowadzącą już do samego rynku Wąską Uliczkę, szerokie może na trzy metry „ucho igielne” miasta w korycie tworzonym przez ściany starych kamieniczek. W każdy dzień powszedni pół miasta przelewało się tędy jak przez przewężenie klepsydry, ci z centrum mający interesy w dolnej części miasta i ci z południa, co pracowali lub uczyli się wyżej. Z wyjątkiem nielicznych zmotoryzowanych szczęśliwców, którzy, rzecz jasna, przemieszczali się Okólną.

I sklep Pod Filarami usytuowany był u naturalnego źródła tej rzeki pieniędzy, w rozwidleniu Okólnej i Kościelnej. Już we wojnę stały na tym miejscu sklepy, widać je na akwareli Jana Fazanowicza z 1942 roku i na zdjęciu „z okresu okupacji hitlerowskiej” zamieszczonym w pracy zbiorowej o niepowtarzalnym tytule „Ostrowiec Świętokrzyski wczoraj dziś i jutro”. Szkoda tylko, że szyldy nad drzwiami nie są czytelne. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby właśnie tu mieścił się sklep Adamskich z zabawkami. Na prowizorycznej postkarcie wysłanej „Firmie H. Drzonkowski W-wa Marszałkowska 102” 23 kwietnia 1942 roku Adamski Piotr w rubryce „absender” odbił pieczątkę: „KOSZYKI – ZABAWKI. ST. ADAMSKI. Ostrowiec Kiel., Okólna 2”. Adres by chyba pasował, choć nie wiadomo, czy numeracja nie zaczynała się z drugiego końca Okólnej. Wieczne pióro Piotra w miarę pisania podsychało i zostawiało coraz bledszy ślad. Za to kiedy na dłużej zatrzymywał dłoń, pierwsze litery dalszego ciągu rumieniły się granatowo i wyraziście. Dzięki temu widzę czarno na białym, że po wpisaniu zacytowanego adresu chwilę się wahał, zanim zdecydował się na początkową grzeczność: „Za przysłany towar bardzo dziękuję. Przy rozpakowaniu stwierdziłem brak 1 tramwaju za cenę 37.50. Zamiast 50 sztuk hulajnug proszę o przysłanie 20. Zpoważaniem”.

Wojna to straszna rzecz. Nawet hulajnogi nie mają wzięcia. Zresztą hulajnoga ma w sobie coś anarchistycznego, więc osobnik hulajnożny byłby szczególnie podczas wojny podejrzany, żaden fiurer nie chwalił się nigdy jazdą na hulajnodze, a na przykład już z rowerem to niejeden się obnosił. Kupujcie hulajnogi wbrew wszystkiemu, na przekór czasom, wbrew sobie. Dla mamusi koszyk, dla synusia tramwaj. Wstecznie kibicuję rodzinie i jej biznesikowi: nabyłem cały zestaw siedmiu pocztowych kart z czasów okupacji i dość mi tego było, żeby trochę się z Adamskimi zżyć. Mieszkali przy Polnej 67, która prawdopodobnie do wojny nosiła imię Pierackiego, bo najstarsza z kart jest zaadresowana: Pierackiego 67. Piotr jeszcze się uczył, a już musiał zasuwać w sklepie. Adamscy byli nieźle sytuowani, albowiem mieli aparat fotograficzny. Pytał „Kochanych Wójostwa” o zdrowie w marcu czterdziestego pierwszego Władysław Wasilewski z Wyśmierzyc. „Bo u nas to było by dobrze wszystko tylko ludzi wysiedlają, cały Radomski powiat i Grzymiącą też, tylko Wyśmierzyce pozostają, Grzymiąca ma pozostać do sierpnia na miejscu a ciocia z Błeszna  sprowadza się do nas do Wyśmierzyc. Reginka ma curkę Basię (…). Zbyszek nam taki duży urósł  i dobrze wygląda i ta mała też zdrowo się chowa, ma 4-ry miesiące, tak że wszyscy są z dobrymi rzołądkami, tylko niema skąd dobierać bo wszystko biorą na kontygient nazi, a kto to się proszę domyśleć. Jak wójostwo przyjadą wraz z aparatem to my za wszystko zwrócimy a wójek zdejmie nam Zbyszka i Elę. Zbyszek w tej chwili nie daje mi wcale pisać, rusza za pióro i sam chce pisać i dlatego tak brzydko piszę”.

Do Piotra zaś pisał w rok później kolega z podwarszawskiego Wawra, Janek Świątecki: „Kochany Piotruś! Piszę do Ciebie, byś zgłosił się w sklepie p. Słotwińskiej, Siennieńska 4, gdyż tam przesłałem dla Ciebie album do marek. Jest on stary, lecz może Ci się przyda. Piszę w szkole, więc dla tego nic więcej Ci nie donoszę i o nic więcej nie pytam”. Zamiłowanie Piotra do marek potwierdza karta przysłana z Polskiego Domu Filatelistycznego z okazji Wielkiej Okazji Sierpniowej, tj. dwudziestoprocentowego rabatu od pakietów państw europejskich. Zaś Janek pisał znowu w czerwcu czterdziestego drugiego: „Kochany Piotruś! Zobaczymy się za kilkanaście dni, gdyż przyjeżdżam do Ostrowca na całe wakacje, aby odbyć praktykę w sklepie p. J. Słotwińskiej, u której rodziców t.j. u p. Ledóchowskich będę mieszkał. Cieszę się, że będziemy chodzili na jagody i do kąpieli, jeśli los pozwoli.

Prawda! Jak Ci idzie w szkole, czy zdasz do 2ej klasy, Ty i Julek? (…) Pisałeś, że na fotografii wyszłem dobrze, lecz ja nie wierzę, gdyż jeszcze nigdy »moja maska« nie wyszła dobrze”.

W szkole chyba nie szło Piotrowi najlepiej, i sądzę tak nie tylko na podstawie „hulajnug” i przyjacielskiej troski, czy aby przejdzie do następnej klasy. Żeby chłopaczysko mogło się przyłożyć do nauki, papa Adamski uwolnił go wreszcie zza lady i zatrudnił w sklepie przy Okólnej niejakiego K. Bąkowskiego. Na takie bowiem nazwisko zaadresował swą informację z 29 grudnia Wojciech Janicki z Gaci: „Niniejszym mam zaszczyt donieść uprzejmie, że zbliża się sezon nawyroby koszykarskie. Więc donoszę uprzejmie, że jestem w stanie dostarczyć tam każdą ilość koszyków ręczno [rzeczno?] miastowych. Więc proszę o łaskawe zamówienie a wyślę W-mu Panu towar odpowiedni, że Pan będzie zadowolony z mego towaru i mojej obsługi, przy zamówieniu proszę o mały zadatek według zamówienia”.

Handel, nauka, znaczki, zbieranie jagód z kolegami… Wszystko to tak pochłaniało Piotra, że nie miał serca do spraw sercowych. Boleśnie odczuła to Wiesia Kasprzycka, która przed Piotrem i Pawłem czterdziestego czwartego już roku składała „miłemu Koledze” życzenia, ale i nie potrafiła się powstrzymać od kąśliwego post scriptum: „Myślałam, że Kolega będzie taki domyślny i napisze list do mnie”.

Sklep Pod Filarami zmieniał się stosownie do czasów, a bywało, że i wyprzedzał swój czas. Na widokówce z 1959 w wiraż pokrytej kostką Okólnej jeszcze wchodzi wóz konny z kołami na szprychach, a na dachu sklepu już się pojawia coś, co jest chyba neonem. Wydaje mi się, że rozpoznaję logo „PSS Społem”, nie mogę natomiast rozszyfrować następującego dalej napisu. Drewniane szprychy w kołach podkreślam dlatego, że są dla mnie symbolem dawności i zacofania. W okresie mojego dzieciństwa już prawie wszystkie furmanki miały koła ogumione i boki zabudowane lotrami, zaś wozy drabiniaste i na kołach z drewna znamionowały nędzę bądź cywilizacyjne zapóźnienie. Konsekwentnie wozem na okutych blachą drewnianych kołach woził swą beczkę pan Tarnowski, mruk i czerwononos, który pełnił w mej okolicy funkcję współcześnie przejętą przez popularne szamboloty. O poważaniu, jakim się cieszył w okolicy, świadczy rymowanka, jaką wykrzykiwały dzieci pozostające w zasięgu jego fetoru, a poza zasięgiem bata: „Słońce świeci, droga równa, pan Tarnowski wozi gówna!” Zanim furmanki znikły z miejskiego krajobrazu, sklep Pod Filarami pozbył się markiz, a w lata siedemdziesiąte wszedł odmalowany na żółto-niebiesko. Tę nieczytelną dla mnie część neonu na dachu zastąpiono czytelnym „MODA”, zaś napis SPÓŁDZIELNIA SPOŻYWCÓW na ścianie poszerzono o wyjaśnienie: W OSTROWCU. To mądre posunięcie. Akurat ja potrafię to docenić, gdyż to ja byłem tym archetypicznym przypadkowym przechodniem, na którego w osiemdziesiątych latach trafił rannym świtem wczorajszy pasażer na dworcu Szczecin Niebuszewo. Pasażer ów wytoczył się z wagonu, łypnął na mnie przekrwionymi oczy i bez owijania w bawełnę spytał:

– Panie, gdzie ja jestem?!

Otrzymawszy życzliwą odpowiedź, zapytał jeszcze głosem, w którym słychać było żal do Boga, iż go stworzył, i do Matki, że go urodziła:

– Czyli to nie jest Wrocław, tak?

Jeżeli zatem jakiś uwalony obywatel zasnął pod litościwym włosem płaczącej opodal sklepu wierzby, od razu po przebudzeniu otrzymywał konkretną i wyczerpującą informację na temat swego aktualnego położenia. Niestety, nic co pożyteczne, nie mogło się długo ostać w tej epoce nieludzkich poniżeń i nadludzkich prześladowań, toteż cieniem owej wierzby mógłby się na Bóg miły zająć Bronisław Wildstein w cyklu „Cienie PRL-u”. Jako dokumentację mogę udostępnić pocztówkę, z której z całą bezwzględnością wynika, że w siedemdziesiątym drugim sklep znowu przemalowano, tym razem cały na żółto, ostatecznie zamalowując SPÓŁDZIELNIĘ SPOŻYWCÓW wraz z miłym oku wyjaśnieniem. Pocztówki okazały się trwalsze niźli mury. „Miłe pozdrowienia z Ostrowca przesyła »Apanaczy«”. Jakie rzeczy pospolite, takie młodzieży chowanej w ich otoczeniu pseudonimy. Apanaczi była to, niech wiedzą dzisiejsze wyzute z pamięci pokolenia, siostra Winnetou. I znów należy tu smutną myślą pobiec do jednostki wojskowej JW 2346T w Choczewie, gdzie szeregowy Heniek P. śnił w duszne lipcowe noce sny pełne tomahawków, wigwamów i przede wszystkim squaw. O twarzy, załóżmy, Chris Doerk.

Na dwu kartach, z osiemdziesiątego piątego i chyba osiemdziesiątego trzeciego roku, sklep Pod Filarami wreszcie jest tym, który pamiętam. Drzewa za nim spuchły zielenią i przysłoniły dół kościoła, wierzba rozrosła się i rozczochrała jak trwała ondulacja damy ze spalonego teatru po nocy pod gołym niebem. Kostkę brukową przykrył naleśnik z asfaltu. Białe litery w niebieskich kwadratach ogłaszają z dachu, że teraz to sklep SPORTOWY. Czegóż tam nie kupowałem, a przynajmniej nie pragnąłem kupić?! Na pewno nie kupowałem tam żyłek, kołowrotków, spławików ani innego drobiazgu umieszczonego tuż przy wejściu z myślą o lebiegach uprawiających najstarszy sport świata. Wchodziłem głębiej, gdzie szaro złociły się trampki, ochraniacze na łokcie i kolana, piłki nożne, ręczne i siatkowe, maski i akwalungi, siatki i rakietki do tenisa stołowego, kije hokejowe i krążki, narty, dresy, a także sprzęt turystyczny, którego nie potrzebowałem, ale który pobudzał wyobraźnię. Chyba że „Paliwo turystyczne”, ale to kupowało się raczej w składnicy harcerskiej na Polnej. Najczęściej gościłem Pod Filarami, kupując chińskie ping-pongi pięknie, po sześć pakowane do kartonowych tubek i dostępne jedynie tutaj, podczas gdy w innych sklepach czy kioskach można było kupić wyłącznie polskie: ciężkie, twarde, niepodatne na rotację i pękające przy pierwszej mocniejszej „ścinie”. Polskie ping-pongi kupowało się więc tylko w najcięższych czasach, bo nawet na „świece dymne” lepiej nadawały się piłeczki z Chin: egzemplarze pęknięte lub wgniecione rozkruszało się, pakowało do pudełka po zapałkach po czym podpalało, i te chińskie zarówno kopciły, jak i śmierdziały lepiej niż polskie. Z obowiązku historyka pragnę też odnotować trwającą chyba ze trzy lata obecność Pod Filarami czeskich ping-pongów „Ideal”. Były równie ciężkie jak polskie i jeszcze twardsze, ale niezniszczalne, grało się nimi jak kamieniem, za to wytrzymywały nawet przypadkowe nadepnięcie. Zasadniczo grało się więc chińskimi, ale warto było mieć w rezerwie jednego „Ideala” na czarną godzinę. Szacunkiem graczy cieszyły się też pingle angielskie, bardzo rzadko się pojawiające w sprzedaży; osobiście wolałem je nawet od chińskich, były jeszcze lżejsze i jak żadne inne sprzyjały grze defensywnej i długim wymianom. Były to po prostu ping-pongi do gry finezyjnej, a taką zawsze lubiłem.

Nad sprzętem do innych dyscyplin nie będę się może pochylał, bo widzę, że jak trzydzieści lat temu, tak i teraz ciężko mnie będzie wyciągnąć z tego sklepu. I może nieprzypadkowo pocztówkę z tym właśnie sklepem wybrała Kaśka pisząca do Aśki, do Warszawy: „Właśnie jestem na obozie sportowym. Nie wiem, czy wrócę stąd żywa, ale jeszcze mam nadzieję. Z amerykanami i anglikami było super! Szkoda, że musieli wyjechać. Wszystko ci opowiem jak się zobaczymy. Ja wracam z obozu 31 po południu. Na razie”.

Wąską Uliczką, która jest tak wąska, że nie nosi żadnej oficjalnej nazwy, tylko tę zwyczajową, docieramy zatem do Rynku. Jest to bez wątpienia chwila odpowiednia na odrobinę poetyckiej zadumy, a i miejsce do tego dogodne. Proszę zatem wyjąć kanapki i przysiąść na ławeczkach, które kiedyś bez wątpienia tu były. Proszę nie siadać na wielkim jak struś gołębiu pokoju pokrytym napisami MIR, PAX, POKÓJ, który pojawił się tu na krótko w siedemdziesiątym piątym. Oto fragment wiersza Marii Grabowskiej „Na pożegnanie Ostrowca”:

Widzę stary Ostrowiec:

mały kościół na wzgórzu

i akacjowe drzewa kwitnące

i pachnące –

„kocie łby” na ulicach,

studnię-pompę przy Straży,

drugą większą na Rynku

pełnym życia i gwaru…

Teraz to Plac Wolności.

 O studnię-pompę na Rynku to znów szwagra będę musiał zapytać. Z moich pocztówek wynika, że u stóp pomnika lubiano coś postawić, żeby nie biło pustką po oczach, na przykład rok przed gołębiem mniej więcej na jego miejscu sterczał kanciasty słup ogłoszeniowy Państwowej Spółdzielni Spożywców. Mam też widokówkę z Rynkiem wysłaną w siedemdziesiątym drugim, na której emkaes posuwa się wzdłuż wschodniej pierzei („Moc pozdrowień z Ostrowca zasyła kochająca Paniom i myśląca o Paniom ja – Marysia B. Przyjdę do Pani w środę godz. 19.30 lub napewno…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o Jezusa. Tajemnica ukryta w historii