Twórca polonezów, mazurków tudzież Larghetta z Koncertu fortepianowego f-moll wypełnia bowiem z nawiązką społeczne zapotrzebowanie na „muzykę wysoką”, a w panteonie narodowych wielkości tak przesłania młodszych kolegów, że nawet autorzy kolejnych filmów na temat jego romansu z George Sand nie dostrzegają (na szczęście dla autora Efebosa!), o ile bardziej ekscytująca byłaby biografia Szymanowskiego.
Szymanowski za życia inspirował literatów (Iwaszkiewicz – Sława i chwała, Witkacy – m.in. Nienasycenie, Sonata Belzebuba). Po śmierci stał się obiektem muzykologicznych studiów. Z analiz oraz interpretacji utworów, prób opisania jego miejsca w historii muzyki XX wieku, wspomnień tudzież biografii powstała całkiem pokaźna biblioteka, ale nawet na tym tle wydarzeniem jest monografia Teresy Chylińskiej opublikowana pod koniec 2008 roku przez krakowską oficynę Musica Iagellonica.
Pół wieku badań owocujących wydaniami kolejnych partytur, pism muzycznych i literackich oraz korespondencji sprawiło, że Chylińska wie o życiu Szymanowskiego bodaj czy nie więcej, niż on sam mógłby nam powiedzieć (same listy z komentarzami opublikowane latach 1982–2002 zajmują 6720 stron tekstu, a dopełnia je 1638 ilustracji). Pracę tę wieńczy trzytomowa publikacja o wartości merytorycznej nie do przecenienia, a przy tym znakomicie napisana i spełniająca obietnicę zawartą w tytule: przedstawia nie tylko samego Szymanowskiego, ale także środowisko, w którym dojrzewał, tworzył i działał.
Dotarcie do nieznanych dokumentów albo po prostu wnikliwa lektura listów, pozwoliło Chylińskiej zweryfikować wiele informacji przepisywanych latami przez kolejnych autorów. O wiele ciekawsza, niż sądzono, jest geneza III Symfonii. Poezja Rumiego, i owszem, zainspirowała Szymanowskiego, zanim jednak do tego doszło, w powieści Tadeusza Micińskiego Xiądz Faustkompozytor przeczytał o jakiejś swojej wyimaginowanej przez pisarza symfonii granej jako komentarz do słów perskiego poety. Pomysł Micińskiego, można rzec, stał się samosprawdzającą przepowiednią. Rozwiewa za to Autorka „norwidowsko-chopinowską” legendę o fortepianie Szymanowskiego wrzuconym przez bolszewików do stawu w Tymoszówce (I/456); dokumenty dowiodły, że sytuację tę wymyślił Iwaszkiewicz. Zaprzecza też relacji Aleksandra Tansmana, jakoby to on wprowadzał Szymanowskiego w paryskie środowisko muzyczne. Podkreślam tę wnikliwość Chylińskiej, bo coraz to pojawiają się u nas pisane w pośpiechu książki o muzykach. Autorzy tych książek – może z chęci dowartościowania dziedziny traktowanej jak „kopciuszek” w kulturze i humanistyce? – zamiast mierzyć się z faktami, zadowalają się archiwami samych artystów i zawierzają ich wspomnieniom (ciekawe, kto zweryfikuje mity tworzone na naszych oczach); jeden z moich znajomych mawia o takich pozycjach, że powstają „na kolanie i na kolanach”. Książka rozprawia się z legendą przedstawiającą życie Szymanowskiego jako pasmo zmagań z nędzą i brakiem uznania. Kompozytora przez większość życia utrzymywali protektorzy, a zwłaszcza protektorki, których lista może zaimponować w porównaniu z jedną mecenaską Czajkowskiego Nadieżdą von Meck. W latach dwudziestych i trzydziestych do grona dobrodziejek dołączyła Rzeczpospolita, wspierając artystę stypendiami i finansując leczenia sanatoryjne. Mieszane uczucie budzą słowa zawarte w liście Stanisławy Korwin-Szymanowskiej, iż brat „mówi, że nie potrafi pracować ani niczego zrobić, wciąż musząc myśleć o sposobach wydobycia jakichś pieniędzy”. Komponowanie nie było dla Szymanowskiego pracą, lecz powołaniem i misją społeczną, którą z najwyższą niechęcią łączył z zarobkowaniem. Miał świadomość swego talentu i wyjątkowości (acz nie mawiał o sobie „geniusz”, jak Arnold Schönberg). Coraz to przypominał o „ciążącej na nim odpowiedzialności” za kondycję polskiej muzyki i w związku z dźwiganiem tego ciężaru miał wobec społeczeństwa całkiem konkretne i niemałe oczekiwania. Relacji o lekkomyślności, lenistwie i roszczeniach artysty, który uznawał się za „dobro narodowe”, jest w tej książce niemało, chociaż Autorka i tak litościwie dokonała selekcji dokumentów. Darowała sobie też porównania, które narzucają się czytelnikowi znającemu losy innych kompozytorów z pokolenia Szymanowskiego (wyzuty z majątku Strawiński brał zamówienia, grał i dyrygował, Schönberg uczył i dyrygował, Bartók – nie chcąc uczyć, dokumentował folklor, Prokofiewa sowieckie państwo mecenas zakwaterowało w „komunałce”, żałując mu nawet przydziału węgla). Równoważą te rysy na portrecie „artysty, patrioty, światowca, estety” rozliczne świadectwa jego zalet, poczynając od nieodpartego uroku, tak przedstawionego przez Kornela Makuszyńskiego: „Ten Orfeusz nawet dzikiego ujarzmił zwierza… nie używał w mowie interpunkcji – rozdzielał zdania uśmiechami”. Rafał Malczewski dostrzegł też inne przymioty Szymanowskiego –…