Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Idę korytarzem niewielkiego biurowca. Mam tu załatwić bardzo ważną sprawę, całe moje życie zależy od tego, co mi tu powiedzą. Stąpam po lśniącym parkiecie, który ktoś właśnie poleruje ciężką ręczną froterką. Moje tenisówki zostawiają zakurzone ślady.

Akurat czytamy wyciągnięte z półki Wspomnienia i zapiski profesora Hugona Steinhausa („Aneks”, Londyn 1992), wspaniałego opowiadacza – część tych notatek publikowaliśmy w „Znaku” jeszcze za jego życia i za moich czasów (nr 187–189, 1970).

Steinhaus pisze o austriackim urzędniku w Jaśle, który nie chciał towarzyszyć synowi w manifestacjach tęsknoty do wolności od austriackiego jarzma. „Polska – nie daj Boże! To dopiero byłaby tromtadracja”. Przeczucia go nie myliły.

Tromtadracja – znane mi słowo, zrozumiałe, choć niestety nie znam jego pochodzenia. Może onomatopeja? Dźwięczny odgłos trąb i werbli? Jaki by tu podać ekwiwalent? Napuszoność – no tak, ale to za słabe. Zakres chyba nie w pełni się pokrywa. Tromtadrację uprawiać to puszyć się na przykład ze swej polskości, manifestować ją z emfazą, w okolicznościach niestosownych albo i stosownych, ale przesadnie, z odcieniem szowinizmu, wynosząc swoje nad to, czego dokonali inni. Chwalić co swoje, koniecznie bardzo głośno, przyznając sobie prawo do robienia tego w porę i nie w porę.

Tromtadracja kojarzy się najpospoliciej z zarozumialstwem narodowym, pewnego rodzaju próżnością i przywiązywaniem nadmiernej wagi do publicznego okazywania uczuć patriotycznych. Jest to przeciwieństwo dyskrecji, którą zalecał Kasprowicz wyznający, iż rzadko na jego wargach jawiło się słowo ojczyzna – nie każdemu, nie zawsze wypada go używać.

Historia dostarcza amunicji dla potężnych salw tromtadracji. Biją one z różnych okopów. Obok tromtadracji ogólnopatriotycznej występują też tromtadracje partykularne, kombatanckie, partyjne o specyficznym zabarwieniu. Mam wrażenie, że właśnie te kombatanckie budzą wyjątkowo silne zażenowanie, blokują zwykłe, ludzkie wspominki i pamięć, którą chciałoby się ożywiać.

Ale tromtadracja wyraźnie wkrada się w jeszcze inne uczucia. Bo co z religią?

Istnieją tromtadrackie postacie pobożności. Zgadzam się, religijność nie powinna być tłumiona, tak by miała przechodzić w postać ukrytą, bezobjawową. Ale sam Jezus zachęca do dyskrecji, do zamknięcia drzwi na czas modlitwy, do postów i umartwień nierzucających się w oczy. To Jezus wskazuje na obłudę, nieszczerość zachowań, które można by w naszych czasach określić właśnie jako tromtadrackie (por. Mt 6).

Różne natchnienia i pobudki do uprawiania tromtadracji wzmacniają się wzajemnie, koegzystując bardzo harmonijnie. Prowadzi to do supernapuszoności, przypominającej dławiącą eksplozję poduszki powietrznej.

Okno nadziei czy rozpaczy?

Kolejne okno do deponowania dzieci – z niebiesko-różową kołyską – zainstalowano w Białymstoku. Całe szczęście, że organizatorzy sami mówią o swojej nadziei, iż pozostanie bezużyteczne.

Ale to mało!

Pomysł tych „okien” pochodzi z czasów słabej świadomości spraw uwikłanych w niechciane macierzyństwo. Idea szansy dla podrzutków wyrasta z dziejów grzechu, z epoki ostrej i niemal powszechnej dyskryminacji matek i dzieci tzw. nieślubnych bądź pozamałżeńskich. Anonimowość aktu podrzucania niemowlęcia była alternatywą dzieciobójstwa. Czy i dziś tak jest? Dlaczego nie ma projektu sprawnej organizacji pomocy, akcji ocalania biologicznego macierzyństwa lub adopcji, bez przechodzenia przez etap podrzucenia i osadzenia w domu dziecka? Osadzenia na czas, który musi zaszkodzić! Lepsze są rodziny zastępcze na okres przejściowy, ale powinien on być maksymalnie krótki. Przeciw koncepcji anonimowości podrzucenia istnieje ważny argument, że oderwanie się od dziecka może nie być decyzją racjonalną, lecz krzykiem o pomoc. Nie jest dobrze, że tego krzyku nie możemy usłyszeć, zanim nieszczęście – porzucenie – stanie się faktem.

W wypadku potrzeby pomocy dla matki i dziecka chyba najlepiej przyjąć zasadę hojności, którą głosił Jacek Kuroń: lepiej czasem, a nawet często, dać się oszukać, lepiej udzielać pomocy od razu, a potem sprawdzać, decydować co dalej. Powinny być okna czy lepiej izby natychmiastowej pomocy, w których dałoby się też zachować anonimowość na zewnątrz, ale zarazem kontakt i możliwość pracy nad ratowaniem macierzyństwa. Za takim oknem, w takiej izbie potrzebna jest nie „Lalka”, lecz druga kobieta, typu tych z „La Strady” czy „Itaki”. Przecież dzieci podrzucane i podrzucające matki to osoby dla siebie nawzajem najbliższe, a tragicznie zaginione. Powinna istnieć ścieżka odzyskania się – a lepiej zapobieżenia utracie.

Sen

Idę korytarzem niewielkiego biurowca. Mam tu załatwić bardzo ważną sprawę, całe moje życie zależy od tego, co mi tu powiedzą. Stąpam po lśniącym parkiecie, który ktoś właśnie poleruje ciężką ręczną froterką. Moje tenisówki zostawiają zakurzone ślady.

W pokoju wśród biurowych roślin i komputerów kilka osób, panowie w ciemnych marynarkach, panie w tweedowych kostiumach. Wszyscy stoją i ja stoję przed ich kręgiem.  Przedstawiam wniosek, którego opis niosę w zmechranej tekturowej teczce. Teczka jest cienka, liczę, że mnie wysłuchają. Skoro nikt nie siada, muszę mówić krótko, ale tłumaczę, że młodzież wciąż potrzebuje miejsca dla swojej samoorganizacji wokół zainteresowań, że chcę poprowadzić klub, w którym to będzie możliwe. Mam doświadczenie, wiele lat, chcę pracować pro bono, chodzi o lokal jak najskromniejszy…

Nikt nic nie mówi, nikt nie wyciąga ręki po różową zmechraną teczkę z tasiemką. Patrzą na mnie, na kapotę, niezgrabne spodnie, brudne tenisówki.

Znikam z tego biura, ale ktoś mi mówi, że zaprowadzi mnie na miejsce, gdzie, jeśli zechcę, mogę pracować. To jest długi drewniany barak. Taki jak te, co zostały po wojnie, gdzie mieszkali robotnicy przymusowi. Wchodzimy od tylnej ściany szczytowej. Ten barak to chyba szkoła. Stoją rzędy składanych krzeseł, jak w kinie. A za barierką szary tłum czekających na miejsce na tych krzesłach.

Uderza mnie duszne powietrze pod nagrzanym dachem baraku. I zapach, od którego dawno odwykłam, zapach nędzy, stęchlizny, potu, dawno niemytych ciał.

No to jak? – pyta przewodniczka. Szczęśliwie budzę się.

Joasia Pamiętająca

A jednak  czasem miewam sny. Tytuł niedawno wznowionej książki rozmów Joanny Wiszniewicz (Wydawnictwo Czarne, 2009). Mowa o snach jej rozmówcy. Właśnie jej można było przyznać się do snów, w których wraca przeszłość. Świat nie potrafi udźwignąć jej ciężaru… A ona ciągle trwa w niezatartym odbiciu gdzieś w ludziach, głębiej niż świadomość.

Joanna Wiszniewicz jako rozmówczyni milcząco brała ją w siebie, żeby nieść razem i udostępnić innym – jeśli okażą uwagę, przyłączą się do słuchania.

Rozmawiałam z nią o bohaterze książki, Aleksie, i o sztuce tego typu rozmów. Mówiła uczestnikom warsztatów dziennikarskich, że właściwie to jest proste, że nie ma żadnych „tajników”, sposobów czy recept pozwalających nawiązać kontakt. Chodzi o to, by nie przeszkadzać, nie mącić pracy rozmówcy, który zagląda w siebie, przywołuje to, czego doznał. Pomoc Joanny w kształtowaniu tekstu była delikatna, dyskretna. Stapiała się z tym, co słyszy, redagowała tekst, wcielając się w autora wypowiedzi, znikając w jego personie. Tak na pewno było z rozmowami z Aleksem. Mogliśmy to zaobserwować, słuchając nagrań i porównując je z opracowanym tekstem. Sądzę, że tak też powstawał materiał, który stał się tomem Życie przecięte (Wydawnictwo Czarne, 2008). Ten tom to 780 stron.

Teraz,  po śmierci Joanny, nie umiem nazwać jej pracy inaczej jak uczynkiem miłosierdzia, jeszcze jednym takim do umieszczenia obok „głodnego nakarmić”. Bo trzeba wysłuchać, wpisać w pamięć. Trudno pogodzić się z faktem, że tu, gdzie pełniciele takich uczynków są nieustannie potrzebni, teraz jest o jednego mniej.

Dobrze, że Joasia Pamiętająca jest pamiętana. Żeby jej wciąż dodawać blasku, trzeba czytać Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca. Ta lektura obciąża wiedzą, że wszystko jest możliwe. Ale też podnosi. W jaki sposób? To tajemnicza sprawa. Joanna Wiszniewicz nigdzie tego nie pisze, nie mówi, zbyt zajęta słuchaniem. Dla mnie jest to jednak oczywiste, że przez swój trud ona i jej rozmówcy umożliwiają trwanie solidarności międzyludzkiej. Pamięci zawsze będą różne, ale może być między nimi zbawcza komunikacja.

Z dawnych tekstów (ciąg dalszy)

Ewangelia

Wciąż jest rok 1975. Kolejna „rozmowa przy ogniu” (poprzednia w numerach kwietniowym i majowym). Czy te rozważania zachowały aktualność? Czy mylę się, sądząc, że mogą się komuś jeszcze przydać? Kontynuacją są „samorekolekcje” w moim „Myślenniku” (http://halinabortnowska.blox.pl).

Ewangelia to nie jest książka. W tekstach zwanych „Ewangeliami” (według Mateusza, Marka, Łukasza i Jana), w Listach Apostolskich, w Dziejach, w Apokalipsie przekazana jest Ewangelia, czyli Dobra Nowina. Wokół tej Nowiny zbiera się przez wieki Kościół. Ta Nowina, ta Prawda, oznajmienie, wiadomość, przeznaczona dla nas, skupia nas razem.

Ewangelia to wiadomość, Prawda, Droga, którą jest Jezus.

Niby to oczywiste, ale bywało zapominane: Ewangelia to nie tylko słowa Jezusa i słowa o Jezusie, ale On sam, ze wszystkim, czym jest i co czynił wśród nas. On sam: Żyjący.

Uczniowie różnych innych mistrzów, poza wskazówkami jak żyć, otrzymują od nich także inny jeszcze dar – towarzystwo, szansę wędrowania razem. Projekt życia zgodny z Ewangelią musi być jakoś projektem mojego pójścia za Jezusem, „naśladowania” Go, czyli wybrania Jego Drogi, tej, którą On szedł.

Ale to jeszcze nie wszystko. Zadanie naśladowania Jezusa mógłby sobie postawić także człowiek niewierzący, na którym życie Jezusa wywarło wrażenie. Uznawać Jezusa za ideał – to nie to samo co znać Go. Próg wiary przechodzimy wtedy, gdy nasz projekt życia jest projektem towarzyszenia Jezusowi, który żyje, szukania Żyjącego i trwania przy Nim.

[ten łysy]

Nie wiem, czy ten próg potrafię przekroczyć, czy kiedyś znajdę się za nim. W czym się wyraża moje odnalezienie Żyjącego? I bycie z Nim? Na pewno nie chodzi o słowa, o deklaracje. Modlitwa – mojamodlitwa czy nawet nasza – też jest tylko środkiem, choć jest najbliżej Odnalezienia. Odnalezienie jest poza słowami. Moja decyzja pójścia za Nim to wyciąganie rąk. Ale to, że te ręce nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat w roku 2025. Prognozy, nadzieje, obawy