Subskrybuj
Prof. dr hab. literaturoznawca, pracownik IFP Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Artyści i ich opiekunowie

Książka Joanny Siedleckiej może zasmucić choćby z tego względu, że uderza w  ludzi, których podziwiamy jako znakomitych artystów. Nie będę ukrywał, że zwłaszcza przypadek Włodzimierza Odojewskiego (choć od pewnego czasu znana była w ogólnych zarysach historia jego kontaktów z SB) dotknął mnie szczególnie.

To naturalne, że chcemy, aby cenieni przez nas literaci byli nieskazitelni, by nie tylko jako koryfeusze pióra, ale i jako ludzie okazali się godni szacunku. I choć stara to prawda, że wybitni twórcy często prowadzili żywot nienadający się, by stawiać go jako wzór dla młodzieży, wolimy o niej nie pamiętać. Przygnębiać musi fakt, iż to inteligencja, elity dały się złamać (ale też to właśnie one znajdowały się na celowniku władzy i Służby Bezpieczeństwa). Korci, żeby powiedzieć, że wśród delatorów przeważali autorzy drugo- i trzeciorzędni, najróżniejszej maści hochsztaplerzy, miernoty intelektualne i artystyczne. Choć do pewnego stopnia jest to konstatacja prawdziwa, nie rozwiązuje jednak problemu. Co bowiem począć z takimi przypadkami jak Andrzej Kuśniewicz? Niewątpliwie  współpraca z SB w niczym nie umniejsza rangi jego powieści, ale pamięć o niej pozostawia jakiś niesmak.

Teczki z IPN zawierające donosy oraz materiały oparte na podsłuchach są lekturą odstręczającą. To wiedza o ludzkich słabościach, wadach i przywarach, od których nikt z nas nie jest wolny. Drobne uszczypliwości, złośliwości pośród literatów nie są zjawiskiem rzadkim, często wynikają z zazdrości zawodowej. I choć nie stanowi to zapewne powodu do chwały, nie należy ich demonizować ani nimi epatować. Winniśmy się do tego przyzwyczaić, a wypowiadane niepochlebne opinie ludzi pióra o kolegach niekoniecznie muszą odpowiadać ich autentycznym przekonaniom. Przytaczanie tego typu sądów przez Siedlecką in extenso i nieopatrywanie ich choćby krótkim jednozdaniowym komentarzem jest błędem. Dla przykładu weźmy uwagi Stanisława Dygata o Jerzym Andrzejewskim wygłaszane w rozmowie telefonicznej z Tadeuszem Konwickim. Zawsze twierdziłem, iż Andrzejewski należał do prozaików przecenianych w PRL. Czym innym jednak jest wartość artystyczna jego dzieł, a czym innym postawa światopoglądowa, co do której też można mieć obiekcje, ale należy pamiętać, iż był to człowiek inwigilowany i niszczony przez władze, a dodatkowo przez chorobę alkoholową. Zresztą w tym fragmencie książki, w którym Siedlecka omawia działalność agenta „33” (Kazimierza Koźniewskiego), słyszymy nieraz o Andrzejewskim nękanym telefonami, przesyłkami pocztowymi z cegłą w środku. Równie niesprawiedliwe i stronnicze są wypowiedzi Dygata i Adama Michnika o Stefanie Kisielewskim. Czy jednak do końca odpowiadają ich rzeczywistym uczuciom, wyrażają ich stanowisko? Śmiem twierdzić, że nie. To często poryw chwili, efekt aktualnych animozji, pod którymi kryła się jednak uznanie dla publicysty „Tygodnika Powszechnego”.

Do grona tanich chwytów retorycznych zaliczyłbym wydobywaną przez Siedlecką niewspółmierność pomiędzy filosemicką tkanką prozy Kuśniewicza a jego donosami, w których wyciąga on żydowskie pochodzenie poszczególnych literatów. Pomijając zasadność tego typu paraleli, nie pojmuję, co miałoby wynikać z dostrzeżenia podobnej „niekonsekwencji”. Czy jest to afront wobec literatury czy literata? Jeśli o tym mówię, to nie ze względu na szczególne przywiązanie do dzieł Kuśniewicza. Zawsze doceniałem skalę jego talentu, ale nigdy nie byłem emocjonalnie związany ani z osobą pisarza, ani z tym, co po sobie zostawił. Chciałbym jedynie upomnieć się o inny język dyskusji, inny sposób argumentacji. Tej miary autorka co Siedlecka nie powinna stosować tak łatwych zabiegów perswazyjnych.

Mam jeszcze jedną wątpliwość. Zapewniam, że nie jest ona rezultatem li tylko puryzmu językowego. Idzie mi o pewną manierę stylistyczną dającą o sobie znać co jakiś czas w wywodzie Siedleckiej. Rozumiem, że Kryptonim „Liryka” nie aspiruje do miana rozprawy naukowej, że przynależy do publicystyki, która rządzi się odmienną poetyką. Zastanawiam się tylko, czy to, co stanowi niewątpliwą zaletę świetnej publicystyki (ironia, drwina, sarkazm, subiektywizm i ekspresywność przekazu), jest czymś pożądanym w wypadku tekstów o tak drażliwej tematyce. Czy słowa „spluwa”, „koleś”, „mafia”, najróżniejsze zdrobnienia imion (Zbyszek Safjan, Jurek Łukaszewicz, Staś Kociołek) muszą się pojawić w tym kontekście. A oto inny przykład. Siedlecka przywołuje błagalne prośby Alicji Lisieckiej do władz polskich o możliwość powrotu do chorej matki. Pojawia się osoba generała Czesława Kiszczaka. Siedlecka przypomina wtedy, że Michnik nazwał swego czasu Kiszczaka „człowiekiem honoru”. Nie rozumiem, czemu ma służyć przytaczanie przy tej okazji stwierdzenia Michnika (z którego zresztą później się wycofał). Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa, to załatwianie jakiś indywidualnych porachunków przez naszą autorkę. Choć trzeba oddać Siedleckiej sprawiedliwość i powiedzieć, że potrafi ona powstrzymać swą pasję, wykazać się wyczuciem, pamiętając, by nieumyślnie nie zaszkodzić ofiarom delatorów. Gdy powołuje się na treść donosu Koźniewskiego informującego bezpiekę o pisarzu „interesującym się pornografią, kolekcjonującym tego rodzaju pisma, fotografującym się w najróżniejszych pozach”, nie mówi, o kogo chodzi.

Niewątpliwą zaletą publikacji Siedleckiej jest udostępnienie materiałów zamkniętych w archiwach IPN, do których przeciętny człowiek nie ma dostępu. Dziennikarka bez wątpienia wykonała żmudną i czasochłonną robotę. Kryptonim „Liryka” pod względem zgromadzonych informacji jest z pewnością pozycją znaczącą. Mnóstwo tu faktów nieznanych szerszemu gronu czytelników, a pewnie i osobom zajmującym się zawodowo literaturą. Nie wolno jednakże traktować książki pt. Kryptonim „Liryka” jako wyroczni czy podstawowego kompendium wiedzy o biografiach twórców. Problem bowiem w tym, że Siedlecka zatrzymuje się najczęściej na warstwie faktograficznej, szczegółowo przytaczając za kolejnymi teczkami zawartą tam wiedzę o ludziach i zdarzeniach. W swoim postępowaniu skupia się na wiernym oddaniu treści donosów (co dokumentuje dodatkowo, zamieszczając część z nich w postaci fotokopii). Rzadko natomiast zadaje sobie trud, aby spróbować odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ktoś donosił. Formułując rzecz bardziej precyzyjnie, gdy Siedlecka rozważa racje, jakie kierowały donosicielami, zwykle bezkrytycznie zawierza temu, co znajdzie w teczce. I nawet nie chodzi mi o to, że czym innym (Siedlecka wie o tym doskonale) jest odręczna notatka czy maszynopis z własnoręcznym podpisem, a czym innym zachowany w teczce tekst pochodzący od oficera SB relacjonującego przebieg rozmowy z TW czy KO. Irytuje brak odwołań do innych źródeł wiedzy o pisarzach niż te zgromadzone w IPN. Nie da się przecież wykluczyć, że pośród nich dałoby się znaleźć także dodatkowe względy tłumaczące ludzkie wybory; powody, które może jeszcze od innej strony ukazałyby delatorów, a w każdym razie uzupełniły to, co już wiemy z teczek IPN.

Po lekturze Kryptonimu „Liryka”nic się nie zmieniło w moich przekonaniach na temat lustracji. Jest dla mnie oczywiste, że nie da się każdego przypadku zmierzyć jedną i tą samą miarą. Wiem też, że dla radykałów różnej proweniencji stwierdzenie takie będzie w najlepszym razie rozmywaniem spraw ewidentnych, relatywizowaniem itd. Otóż tak nie jest. Nie tylko moralność chrześcijańska poucza nas, że należy zachować w sobie potrzebę indywidualnego podejścia do czynów i sprawców. Ocenianie z jednego tylko punktu widzenia – choćby w najlepszych intencjach – okazuje się błędne i fałszywe. Niepokoi mnie też umieszczenie w tej samej trzeciej części książki Kazimierza Koźniewskiego, Wacława Sadkowskiego, Aleksandra Minkowskiego razem z przypadkiem Włodzimierza Odojewskiego. Oprócz długości i intensywności słanych donosów dzieli ich wiele innych kwestii. Nade wszystko zaś charakter dostarczanych SB informacji. „WO” (pod takim pseudonimem zarejestrowała Odojewskiego bezpieka) nie należał – co przyznaje sama Siedlecka – do grona stachanowców ani nadgorliwców. W przeciwieństwie do Sadkowskiego nie sugerował wprost, jak należy szkodzić, aby skutecznie zaszkodzić. Do złożenia deklaracji o współpracy zmuszono go szantażem. Notabene wydaje mi się, że również przyczyny, dla których donosił Kuśniewicz, mogą być nieco bardziej skomplikowane niż…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świat w roku 2025. Prognozy, nadzieje, obawy