Czy istnieje różnica pomiędzy czytaniem „profesjonalnym” a „amatorskim”? Po co właściwie się czyta?
Ryszard Nycz: W czytaniu profesjonalnym – oczywiście upraszczam – chodzi o poszukiwanie autonomicznego znaczenia, które jest zdeponowane a nawet zaszyfrowane w tekście, a to wszystko, co jest subiektywnym przeżyciem, jest marginalizowane i traktowane jako niewłaściwe. Po stronie amatorskiego odbioru dzieła sztuki pozostaje to, co jest wzięciem na własną odpowiedzialność bodźców płynących z tekstu. Jeśli przeprowadzimy takie przeciwstawienie, to okaże się, że zbyt wiele tracimy, uprawiając czysto profesjonalną lekturę. Istnieje spory margines rzeczy cennych i istotnych dla każdego człowieka i dla kultury w ogóle, który jest tłumiony czy marginalizowany przez intelektualistyczny model rozumienia dzieła sztuki. Trzeba pamiętać o tym, co się w ten sposób traci, i próbować szukać takich sposobów, które by pozwoliły reaktywować zmarginalizowane sposoby odbioru.
A po co ludzie czytają? Bardzo trudno odpowiedzieć na pytanie, po co sięgamy po literaturę. I w jakim sensie czytanie jest przydatne. Wspomnę skrajny przykład Józefa Czapskiego, który czytał Prousta w obozie sowieckim. To zadziwiające, czym był, czym stawał się Proust, ten „esteta”, dla ludzi, którzy niedługo potem zostali zabici. Nie wierzę, żeby pobudki, które nas popychają do książek, do tego, co inne po prostu (bo w końcu książka jest jednym z emblematów tego, co inne, co rzeczywiste, co niesie jakąś niezbędną do życia prawdziwą informację) miały kiedykolwiek zniknąć.
Marian Stala: Czytanie amatorskie jest intuicyjne i na ogół bezinteresowne; lektura profesjonalna nastawiona jest często na poszukiwanie wybranych aspektów badanego dzieła. Podejrzewam jednak, że niektórzy profesjonaliści marzą o powrocie do lektury amatorskiej, całościowej i intuicyjnej.
Rzecz jasna, profesjonaliści nie czytają wyłącznie w celach profesjonalnych. Ja sam znacznie częściej jestem czytelnikiem amatorem niż czytelnikiem profesjonalistą. Po co się czyta nie wiem; czytanie jest dla mnie czynnością fundamentalną, nie wymagającą żadnych uzasadnień.
Henryk Markiewicz: Czytelnik amator czyta dla przyjemności, profesjonalista – przede wszystkim dla celów poznawczych. Potrafi między innymi lepiej zrozumieć trudny tekst i lepiej oceni jego innowacyjność. Ale to tylko ogólna tendencja. W rzeczywistości spotykamy często wrażliwych amatorów i tępych profesjonalistów.
Nawiązując do tez stawianych przez Michała Pawła Markowskiego w tekście Inne światy, inne prawdy, chciałbym zapytać: czy literaturoznawstwo jest nauką?
R.N.: Szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie szczególnie interesujące pytanie. Domyślam się powodów, dla których Michał Markowski uznał za potrzebne zaakcentowanie takiej odrębności, ale są to raczej powody strategiczno-polityczne, dotyczące obrony dyscyplinowych odrębności. Nie jestem jednak pewien, czy to jest skuteczne. Wiadomo, że przedstawiciele nauk przyrodniczych uważają nas prawie za artystów, artyści jednak wcale nie uważają nas za swoich. Wydaje mi się, że po pierwsze przyrodoznawcom można dowieść, iż oni także nie mogą uchronić się przed wpływem kontekstu, interpretowaniem i selekcjonowaniem faktów. A po drugie, myślę, że mamy pełne prawo trzymać się naszych standardów naukowości opartych o przyjęte zasady intersubiektywnej weryfikacji.
M.S.: Może to kogoś zdziwi, ale kwestia naukowości literaturoznawstwa nie jest dla mnie istotnym problemem; nie upieram się, że uprawiam naukę, nie oczekuję, by przyrodoznawcy widzieli we mnie człowieka nauki. Znacznie istotniejsze jest dla mnie poczucie sensowności działań literaturoznawcy; czasem miewam to poczucie, czasem mnie ono opuszcza.
H.M.: To zależy od tego, jak zdefiniować naukę i o jakim literaturoznawstwie mówimy. Na pewno są takie jego dziedziny, np. wersologia, analiza struktur narracyjnych, dochodzenie autorstwa, o których można powiedzieć, że są jeśli nie naukowe, to naukawe.
Zgodnie ze stawianymi przez Johna Ellisa i Franka Kermoda diagnozami literaturoznawcy stosujący metody socjologiczne czy psychoanalityczne skazują się na gorszą pozycję niż eksperci w tych poszczególnych dziedzinach. Ale czy współcześnie można być tylko literaturoznawcą?
R.N.: Po pierwsze głosy Ellisa czy Kermode’a są ważne, ale już niezbyt reprezentatywne i miarodajne. Odnoszą się np. do Johna Hillisa Millera, Jonathana Cullera i innych dekonstrukcjonistów, a dzisiaj wiemy, że to oni właśnie wydali niedawno książki o istocie czy specyfice literatury, tymczasem ich krytycy wcale nie palą się, żeby ryzykować ogłaszanie własnych poglądów na ten temat.
Po drugie, cały ten spór przypomina bijatykę na statku, który idzie na dno, a załoga jakby nigdy nic kłóci o rozumienie heksametru, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że tzw. kryzys humanistyki spowodowany jest przede wszystkim brakiem aktywnej odpowiedzi na zmiany modelu uniwersytetu, stylu życia i generalne przemiany cywilizacyjne.
Po trzecie, nie jest prawdą, że jeśli socjolog zabierze się do czytania literatury, to stworzy lepszą interpretację. On się potknie na bardziej złożonym tekście. Moim zdaniem, najważniejsze dla humanistyki jest zachowanie czegoś, co mozna by nazwać otwartą stanowczością: a więc nieprzerwane zgłębianie natury tej osobliwej sieci znaczeń, którą człowiek sam utkał i w której jest zanurzony (w czym zgadzają się z sobą uczeni i poeci – np. Geertz i Miłosz) przy równoczesnym otwarciu na wyniki poszukiwań nauk ścisłych – takich choćby, jak neuroscience i cognitive science. Stykają się one z tym, czym i my się zajmujemy, dotyczą na przykład pytań: czym jest język i w jaki sposób dokonuje się rozumienie. To się przydaje także w rozumieniu tekstu literackiego.
M.S.: Nie mam wrażenia nieaktualności głosów Kermode’a i Ellisa. Rozumiem żal, z jakim mówią o zbyt pospiesznym porzucaniu znacznej części XX-wiecznej myśli literaturoznawczej. Podobnie jak Ellis i Kermode uważam, że interpretację literatury warto zaczynać od tego, co dla niej specyficzne. Nie znaczy to jednak, iż literackość literatury jest dla mnie rzeczą najważniejszą (a tym bardziej, iż tylko ona zasługuje na uwagę czytelnika). Czyste literaturoznawstwo, mocno akcentujące autonomię dzieła literackiego, nie może dzisiaj liczyć na zbyt szerokie oddziaływanie… Ale Ellisowi i Kermode’owi nie chodzi, jak sądzę, o zamknięcie literatury w wieży z kości słoniowej, lecz o zachowanie (czy przywrócenie) właściwych proporcji. Warto patrzeć na literaturę z wielu perspektyw, warto ją opisywać w różnych językach. Ale też ci, którzy wykorzystują instrumentarium socjologii czy psychoanalizy, powinni pamiętać, że dzieło literackie nie jest po prostu manifestem politycznym, dokumentem społecznym, zapisem stanów psychicznych konkretnej osoby. Właśnie dlatego tylko w niewielkim interesuje mnie krytyka spod znaku gender; czytając teksty pisane w tym języku niemal od początku wiem, jakie będą wnioski. Inaczej mówiąc: absolutyzacja jakiejkolwiek metody jest niebezpieczna: czy to będzie literaturoznawstwo formalistyczne czy triada rasa-gender-klasa.
H.M.: Literaturoznawca, używając aparatury pojęciowej innych nauk, jest na ogół biorąc mniej w tym zakresie kompetentny niż odpowiedni specjalista. Jednak w podobnej sytuacji znajduje się np. teoretyk prawa w stosunku do filozofii czy socjolog w stosunku do psychologii. Można powiedzieć, że literaturoznawcy jest jednak trudniej – bo literatura zajmuje się człowiekiem we wszystkich jego aspektach, więc każda z nauk humanistycznych może być mu przydatna. Czy są dyscypliny humanistyczne, które dla wszystkich literaturoznawców powinny by obowiązkowe? Myślę, że jest to filozofia (z logiką, ale taką, jaką np. wykładał Kotarbiński dla prawników) i językoznawstwo ogólne. Resztę należy pozostawić wyborowi kierunków samokształcenia studenta.
Czy zagrożenia dotyczące tak zwanego „upolitycznienia” literaturoznawstwa, wskazywane przez Ellisa i Kermoda są – i czy kiedykolwiek były – zasadne? Czy rzeczywiście teorie typu rasa-gender-klasa upraszczają naszą wizję literatury i człowieka?
H.M.: Upolitycznienie literaturoznawstwa na niektórych jego obszarach i z różną intensywnością jest zjawiskiem powszechnym. W skrajnej postaci wystąpiło ono w III Rzeszy i w Związku Radzieckim, a po wojnie – także w innych krajach bloku sowieckiego. Ale znaleźć je można także gdzie indziej, m.in. w polskim literaturoznawstwie okresu międzywojennego, zwłaszcza w pracach popularyzatorskich. Pytanie, czy rzeczywiście teorie typu rasa-gender-klasa upraszczają naszą wizję literatury i człowieka – uważam za pytanie retoryczne. Oczywiście upraszczają.
M.S.: Upolitycznienie (i związane z nim zideologizowanie) literaturoznawstwa dla jednych jest zagrożeniem, innym wciąż wydaje się atrakcyjne. Drastyczne przykłady tego zjawiska, wspomniane przez Henryka Markiewicza, powinny być traktowane jako memento. To po pierwsze. Po drugie: teorie typu rasa-gender-klasa upraszczają wizję literatury i człowieka ex definitione i wcale tego nie kryją. Skądinąd: groźne jest nie tyle samo uproszczenie (które może mieć pozytywne konsekwencje poznawcze) – ile zastąpienie pełnego obrazu świata i człowieka przez obraz jednowymiarowy. Jeszcze inaczej: teorie typu rasa-gender-klasa mogą wzbogacać czytanie literatury tylko wtedy, jeśli są traktowane jako jeden z możliwych, wzajemnie się dopełniających punktów widzenia.
R.N.:To pytanie dotyka nazbyt wielu spraw, by dało się na nie krótko odpowiedzieć. Najpierw: żadna dziedzina (nauki czy ludzkiej aktywności w ogóle)…