Subskrybuj
Dr hab., adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ, historyk literatury, krytyk literacki i filmowy, wydał m.in. Świat poezji Stanisława Barańczaka (1995) oraz podręczniki do nauki języka polskiego w liceum Opowieść o człowieku.

Błoński gadany i napisany

Czytanie dobrej krytyki to nie tylko poszukiwanie myśli i sądów. To po prostu czytanie dobrej prozy. Tak właśnie jest z krytyką Jana Błońskiego.

Wiele napisano o osobowości i o zasługach krytycznych Jana Błońskiego. Napisano i wygłoszono wiele wspomnień. Mija rok od śmierci autora Romansu z tekstem. Kończy się okres żałoby. Może czas, by na nowo podejrzeć, na czym polegał kunszt pisarski wielkiego krytyka. Powiadam: na nowo, bo przecież metodę twórczą Błońskiego jego uczniowie (w tym ci, którzy uczyli się od niego niebezpośrednio, ale poprzez lekturę), a także jego adwersarze nieustannie podglądali, choć rzadko i zgoła nieśmiało o tym opowiadali. Wielkość krytyków najczęściej mierzy się skalą trafności ich ocen. A przecież nie tylko o to chodzi. Bo czymże jest trafność oceny lub celność interpretacji? Zazwyczaj mówi się o nich z perspektywy czasowej, gdy zostaje powszechnie (a wcale to nie znaczy, że jednomyślnie) przyjęta jakaś lektura dzieła czy ocena twórczości pisarza. Wówczas z łatwością można temu czy innemu krytykowi wytknąć sąd, który nie zyskał akceptacji; powiada się wtedy o „pomyłce krytycznej”. Tymczasem „pomyłka” nie istnieje, tak jak nie istnieje jednoznaczna ocena i ostateczna interpretacja. Co najwyżej można mówić o nieznalezieniu odpowiedniego klucza do lektury, ale to jest ryzyko każdego krytyka, również wybitnego. Wielkość zasadza się więc na czym innym. Może na sferze wpływów? Istotnie, im kto ma większą zdolność narzucania własnego zdania, tym bardziej liczy się w obiegu literackim. To też jednak nie jest wystarczająca miara wielkości, bo za tym może stać na przykład siła instytucji. Tym, co decyduje o randze krytyka, jest jego – pisarstwo. Bo dobry krytyk to dobry pisarz. Dobrego krytyka chce się czytać: choćby „się mylił”, choćbyśmy z nim wchodzili w spór. Wielka krytyka jest intensywnym współuczestnictwem w lekturze. Gdy z nią obcujemy, zwielokrotniamy własne przeżycia czytelnicze. Pcha do niej nie tylko ciekawość oceny i potrzeba podpowiedzi interpretacyjnej, ale nade wszystko chęć obcowania z ważnym tekstem. Powiedzmy zatem jasno: Jan Błoński, będąc krytykiem, pisarzem był! Żeby podpatrzyć jego warsztat pisarski, przyjrzyjmy się dokładniej jednemu tekstowi. To recenzja z powieści Jerzego Pilcha Spis cudzołożnic. Opatrzona tytułem Sztuka gadania, ukazała się w 21 numerze „Tygodnika Powszechnego” z 1993 roku. Pierwszy akapit brzmi tak: Nikogo chyba bardziej nie lubili młodzi pisarze zamierzchłych czasów Polski Ludowej niż wszelkiej maści nierobów, dziwaków, lumpów, nieudaczników, wykolejeńców… i nic łatwiejszego niż zrozumieć przyczyny tej sympatii. Umykali oni przecież normie, planom, kolektywowi! Zaczyna się od gry przeczeń. „Nikogo… bardziej nie lubili… niż”. Polszczyzna, wbrew zasadom klasycznej logiki, domaga się podwójnego przeczenia. Tutaj jednak przeczenie pełni szczególną rolę, bo w istocie – właśnie zgodnie z zasadami – przynosi afirmację. To nie jest zwykłe „nikogo nie lubili”. Tutaj pojawia się przecież odwrotne przesłanie: oni „najbardziej lubili”. Po co zatem forma przeczenia, która powoduje komplikację znaczenia? Właśnie: o komplikację chodzi. To ceniony chwyt retoryczny, jego celem jest przykucie uwagi odbiorcy. Nie od razu przechodzimy do tego, co najważniejsze. Droga do celu jest kręta. Zaczynamy od „nikogo” po to, żeby przez to wykluczenie (oznaczające wszakże nie „nikogo”, czyli zbiór „wszystkich”, ale tylko „niektórych”) uwydatnić „kogoś”, tych, o których nam tutaj chodzi. A o kogo chodzi? O „wszelkiej maści nierobów, dziwaków, lumpów, nieudaczników, wykolejeńców”. Rozbudowana enumeracja, znów mocny chwyt retoryczny. Przy czym szczególna to enumeracja, gdyż operuje ona nieomal synonimami. Nie o proste wymienienie zatem tu chodzi, nie o bogaty opis. Całe zdanie ma charakter bez mała tautologiczny. A to w retoryce służy wyraźnemu celowi – wzmocnieniu przekazu, wyjaskrawieniu ekspresji. Nie wystarczy powiedzieć o jednym nierobie czy dziwaku. Tutaj trzeba przedstawić całą listę wykolejeńców, żeby oni mocno zaistnieli. A ta moc wzrasta jeszcze bardziej przez fakt użytych słów. Przecież to są obelgi, słowa stygmatyzujące, nie określenia grzeczne i kulturalne. W dodatku opatrzone są one wyrażającym pogardę komentarzem: „wszelkiej maści”. Stygmatyzacja zaś wywodzi się tyleż z języka potocznego, co – bardziej nawet – z nowomowy. Nie zapominajmy o wyraźnym kontekście: to o Polskę Ludową chodzi! I o jej język. Dlatego po drugiej stronie ustawiona zostaje druga enumeracja: „umykali oni przecież normie, planom, kolektywowi!”. Lumpy i nieroby to negatywne postaci PRL-owskiego dyskursu, na równi z wszelkiej maści (właśnie tak!) obszarnikami, kułakami, prywaciarzami czy kawiarnianymi politykierami. Norma i plan zaś to w nowomowie pozytywne aspekty socjalistycznej rzeczywistości. Pojawiające się u Błońskiego zderzenie tych dwóch porządków służy oczywiście ironii. Może się ona wydawać oczywista (zwłaszcza że powiedziane jest jasno: „umykali”), istotne jednak, że rodzi się ona w samym języku, w grze pomiędzy znaczeniami słów, którym kontekst przydaje różnych komplikacji (nieudacznik jako przedmiot sympatii pisarzy nie jest po prostu nieudacznikiem, ale kimś nieprzystosowanym do kolektywu, który z kolei może kojarzyć się złowrogo, więc nieudacznictwo w istocie jest wyborem wolności). Bo najważniejszy jest tu polityczny i historyczny kontekst Polski Ludowej (w nowomowie „Polska Ludowa” miała brzmieć ciepło, to „PRL” była oficjalna, w dyskursie przeciwnym PRL stał się – zwróćmy uwagę na zmianę rodzaju gramatycznego – przedmiotem pogardy, a „Polska Ludowa” stała się po prostu śmieszna; Błoński opatruje tę nazwę wyraźną ironią). Zauważmy przy tym, że jest to Polska Ludowa z „zamierzchłych czasów”. Mój Boże, to połowa roku 1993, ledwie cztery lata mijają od przełomowych wyborów z czerwca 1989, wszędzie jeszcze czuć stęchliznę po komunizmie. Skąd tu zatem „zamierzchłe czasy”? Owszem, przywoływani dalej Bursa czy Brycht pisali dziesięciolecia wstecz, ale Głowacki i Anderman w bardzo bliskiej przeszłości. Jeśli wszakże pojawia się fraza o „zamierzchłych czasach”, to chyba w takim samym stopniu użyta jest ironicznie (chcielibyśmy, żeby takie „zamierzchłe” one były, ale przecież nie są, one wciąż w nas tkwią), co najzupełniej poważnie (tak, przełom 1989 roku jest tak radykalny i bezpowrotny, że wszystko, co było przed nim, pochłonęła otchłań przeszłości, przynajmniej tak wierzymy). A zatem ta zamierzchła Polska Ludowa staje się kontekstem dla recenzji z powieści Pilcha. Ona wydaje się kluczem do lektury. Jej doświadczenie, na razie tylko literackie, wyznacza horyzont interpretacji. To bezwzględna przeszłość, ale bliska, tło, punkt odniesienia. Tyle się zawiera w jednym akapicie. Od razu wieloznaczność, ironia, gra, a zarazem precyzja (każde słowo jest tu na swoim miejscu, nawet zawieszenie głosu wyrażono wielokropkiem) i skierowanie uwagi czytelnika ku temu, co będzie najistotniejsze. Kontekst Polski Ludowej będzie Błońskiemu potrzebny w dwojaki sposób. Najpierw dlatego, że powieść opowiada przecież o schyłku PRL-u i stanowi swoisty z nim rozrachunek. Ważniejsze jest jednak coś głębszego, co pojawi się w zakończeniu recenzji. Błoński powie wówczas: „Szmaciarze, nicponie, niezadowoleńcy z lat sześćdziesiątych cenili literaturę, ponieważ przynosiła im choć odrobinę wolności. Pilch zdaje się cenić wolność, ponieważ przysparza mu ona literatury”. Zwróćmy uwagę na ponowny chwyt retoryczny – znów enumeracja (ale jednak pojawiają się inne określenia, gdyż tym razem chodzi o samych pisarzy, określanych tak, a nie inaczej, z sympatią przecież, zresztą „szmaciarze” pochodzą z głośnej książki krytycznej Jacka Łukasiewicza, więc na dodatek stanowią aluzję literacką), znów przeciwstawienie. I znów gra z PRL-em, ale po to, by wyeksponować wolność. To ona okazuje się w tym momencie najważniejsza. Wolność jest po naszej stronie historii. Z niej rodzi się powieść Pilcha. Ale i ona była ważna w minionej epoce jako przedmiot tęsknoty i twórczości literackiej. Jak widać, konstrukcja retoryczna służy uwydatnieniu tego, na co krytyk chce położyć szczególny nacisk. Rama, dobór słownictwa, nawet rytm frazy. Gdzie jednak w wykładni Błońskiego tkwi istota Pilchowej wolności? Nie gdzie indziej, jak w tytułowym „gadaniu”. Zanim jednak do niego krytyk dociera, czyta powieść w wyznaczonym przez siebie PRL-owskim kontekście. Pierwsza lektura każe Spis cudzołożnic umieścić w szeregu tych nonkonformistycznych dzieł, które za swych bohaterów brały wspomnianych wcześniej nieudaczników. Tyle że Pilchowy nieudacznik jest zupełnie inny. On już nie jest ani lumpem, ani wykolejeńcem, jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeśli jednak jest outsiderem, jak jego literaccy pobratymcy, to dlatego że również nie podlega normom kolektywu, ale bierze się to stąd, że…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mity w kulturze nadmiaru