Subskrybuj

O Janie Błońskim – wspomnienie

Błoński miał styl i smak duchowego arystokraty. Dysponował też absolutnym wyczuciem stylu innych – osobowego, językowego, artystycznego – jakimś absolutnym smakiem. Nie epatował erudycją, ale odrzucał wszystko poniżej wyczuwanego przezeń poziomu.

Bohater tego wspomnienia to Jan Błoński mój – tylko mój. Nie pretenduję do uogólnień. Wspomnienie moje, to także „Dichtung und Wahrheit”…

Spotkałem go pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy po powrocie z Francji zaczął wykładać na UJ historię literatury polskiej dwudziestolecia międzywojennego. Na wykłady trafiłem przypadkiem. Po ukończeniu malarstwa na ASP głodny wiedzy zwierzyłem się mojej koleżance żony, polonistce, która wpadła na herbatkę. „Niech pan pochodzi na wykłady Błońskiego”. Wykłady – jak każe odwieczna uniwersytecka tradycja – były otwarte. Wykładał chyba w Gołębniku (siedzibie fakultetu polonistyki), czego nie jestem całkiem pewny. Nie rekonstruował „kierunków”, ale wybrał szereg pisarzy, których uznawał za ważnych, i omawiał ich twórczość. Fascynowało mnie to, że – a także to, jak potrafił wydobywać z utworów ich logikę i strukturę. Pokazywał, że, jak i dlaczego zachowanie jakiejś postaci literackiej czy tok wydarzeń przedstawionych w powieści są nieprzypadkowe, są uwarunkowane kompozycją całości, że całym utworem rządzi pewna artystyczna konieczność. Uderzyło mnie to na przykład przy omawianiu Czarnych skrzydeł Juliusza Kadena-Bandrowskiego. Poruszyło mnie zwłaszcza omówienie twórczości Witkacego. Dotychczas, ilekroć brałem do ręki jego teksty o malarstwie, nie mówiąc o dramatach wydanych przez kniazia Puzynę (o powieściach jedynie słyszałem, były w normalnym obiegu prawie niedostępne), dostawałem jakichś dziwnych duchowych drgawek, które uniemożliwiały mi lekturę. Czując wielkość autora, nie umiałem pojąć, o co Witkacemu chodzi. Błoński zabrał się do Witkacego systematycznie, zakładając logiczną budowę dramatów i powieści – bo te omawiał. Otworzył mi świat Witkacego, który mnie urzekł: świat i Witkacy. Zająłem się jego teorią harmonii barw, która jest bliska teorii Kandinskiego poczętej w Monachium około 1911. Okazało się, że czysta forma staje się zrozumiała właśnie tam, gdzie Witkacy omawia związki wartościowe (harmonie, dysharmonie i ich rozwiązywanie) w świecie barw. Wykłady odkryły przede mną także Gombrowicza i Miłosza – światowość tej trójki, co miało dla mnie ogromne znaczenie, bo byłem wtedy zafascynowany wszystkim co francuskie. Błoński „spłynął z francuskiego nieba” i stał się prorokiem i misjonarzem sztuki i kultury francuskiej; tej prawdziwej, przeciwstawnej fałszywej sztuce i kulturze PRL, do której całym sobą czułem niechęć. Wychowany w domu malarza widziałem Polskę poprzez malarstwo polskie a to – z nielicznymi wyjątkami – nie było zachwycające. Pytałem: gdzie ta sztuka polska? Sztuka w Polsce – owszem, ale Polska – gdzie? Sam się sobie dziwię: temu, że nie szukałem polskiej prawdy u dysydentów, którzy już wówczas – mniej widoczni w kraju – objawiali się na Zachodzie, zwłaszcza w paryskiej „Kulturze”; temu, że byłem ślepy na wiele spraw… W każdym razie to, co tutejsze, w chwili spotkania Błońskiego było dla mnie a priori kiepskie, niedorobione. Literaturę polską znałem słabo, a właśnie ona – obok muzyki –była naszą mocną stroną.

Byłem głupcem. Głupotę tę leczyli Roman Ingarden, Władysław Stróżewski i Józef Tischner, pokazując, że ich klasa umysłowa dorównuje klasie zachodnich myślicieli czy wręcz ją przewyższa rozległością horyzontów, powagą egzystencjalną i głębią analiz. Dla Polaków od filozoficznej opcji zależało życie, za taką czy inną teorię można było zapłacić co najmniej zwichnięciem kariery i cenę tę płacili – wspomniani filozofowie i wielu innych. Głupotę tę leczył – bezwiednie – Jan Błoński! Chociaż był dla mnie „Francuzem” w Polsce, nie kimś, kto przyswoił sobie francuską kulturę – jak Boy (który po francusku mówił źle), lecz kimś, kto nią po prostu był. Jednakże ten „Francuz” coś w tej Polsce widział! To było dla mnie zdumiewające i zastanawiające. Błoński uświadomił mi, że i w Polsce można znaleźć niejedną perłę. Rewizja mego stosunku do malarstwa polskiego, do polskiej sztuki, dokonała się później – ale to już nie wiąże się z Błońskim.

Chodziłem więc na wykłady Błońskiego, a ponieważ w tamtym okresie próbowałem też coś pisać, zaniosłem mu jakieś opowiadanie z nadzieją, że mnie całkowicie nie zmiażdży. Za tydzień powiedział mi po wykładzie: „To nawet mi się dość podoba”.

W tamtym czasie przeczytałem jego Widzieć jasno w zachwyceniu. Książka dała mi klucz do W poszukiwaniu straconego czasu, które wówczas usiłowałem przeczytać. Po skończeniu lektury w języku polskim zdobyłem wydanie Plejady i zabrałem się do lektury oryginału. Rok akademicki dobiegł końca… Znajomość z Janem Błońskim trwała jednak nadal, w gronie kilku osób spotykaliśmy się u mnie na prywatnym seminarium z literatury. Zaproponowałem interpretację W poszukiwaniu…, która odbiegała od standardowej. Błoński powiedział cicho, lecz autorytatywnie: „Niech pan to napisze”. Gotowy tekst poprawił i przesłał do „Twórczości” razem ze wspomnianym opowiadaniem. Andrzej Kijowski odpisał: „proza mi się nie podoba, esej tak” i go wydrukował (miał tytuł: Proust i Cézanne). Chodziło o krążenie powieści wokół centrów, podobne skupianiu się obrazów Cézanne’a wokół ośrodków akcji malarskiej. Kiedyś Błoński postanowił zorganizować zespół, który tłumaczyłby wybrane przezeń teksty, także o Prouście. Oprócz mnie w tym zespole był jeszcze między innymi Karol Tarnowski. Na pytanie, czy znam francuski, odpowiedziałem: „znam”, choć znałem słabo. Ale wyszukiwałem w słowniku jedno słówko po drugim i przetłumaczyłem teksty, które mi dał, doczekując się komplementu: „Gdyby pan tłumaczył, tłumaczyłby pan dobrze”. Na polecenie Błońskiego przełożyłem teksty Jeana Rousset i Georges’a Pouleta. Oba tłumaczenia ukazały się w PIW-ie. Od tego czasu krążyłem wokół Błońskiego, co przerodziło się powoli w znajomość, potem przyjaźń – zacząłem u niego bywać i on także przychodził do nas. Pewną wizytę u nas, z jakiejś ważnej okazji, której nie pomnę, zdecydowaliśmy uczcić szampanem przechowywanym od lat przez mą teściową na wesele jedynej córki. Było dawno po weselu, szampan stał niewypity. Błońskiemu jako „Francuzowi” powierzono otwarcie butelki. Odkręcił drut i począł ostrożnie wypychać korek, który jednak nie wystrzelił, a wypadł sromotnie na podłogę; z butelki wypłynął kwaśny zapach. Nikt w moim domu nie pomyślał, że nie można szampana przechowywać w cieple latami! Drugą inicjatywą – tym razem moją – było seminarium husserlowskie, które zorganizowaliśmy u nas w domu. Schodzili się nań Błoński, Karol Tarnowski, ks. Tischner, ja i może ktoś jeszcze. Po pewnym czasie seminarium się rozpadło, ale kilka paragrafów części drugiej pierwszego tomu Idei Husserla zdążyliśmy przeczytać i Błoński, który Husserla wcześniej nie znał, bardzo był zadowolony. W tamtych latach miałem ambicję zostania pisarzem, malarz – myślałem – to mało. Chciałem być kimś, przede wszystkim jednak próbowałem naśladować Prousta. Napisałem więc powieść i pokazałem ją Błońskiemu. Podszedł do tej mojej „powieści” ze wzruszającą atencją – przeczytał i zaproponował poprawki. Wreszcie napisał krótką recenzję i pozwolił wysłać do PIW-u. PIW „powieść” odrzucił. Jan Błoński zawsze interesował się malarstwem, muzyka pociągnęła go chyba we Francji, gdy wykładał w Clermont-Ferrant. Jego pasje muzyczne wiążą się z „proustowskim” koncertem, który dała moja teściowa, Eugenia Umińska razem z Janem Hoffmanem, przed występem wawelskim, który miał nastąpić niebawem. Myśl moją, żeby zrobić generalną próbę w domu, uznała teściowa za słuszną. Pootwieraliśmy drzwi, połączyliśmy pokoje; fortepian stanął przy ścianie na końcu amfilady, przygotowane zostało skromne przyjęcie. Dnia dziewiątego listopada, roku 1969, pod wieczór, zaproszeni goście – w tym państwo Błońscy – zjawili się tłumnie w wytwornych strojach – panie w wieczorowych toaletach, panowie w miarę możności także, jednak frak miał tylko Jan Hoffman, który akompaniował teściowej. Ona miała na sobie piękną seledynową suknię przetykaną złotą nicią o prostym fasonie typu „princesse”, bez trenu, którą dla niej zaprojektowałem. Artystka wyglądała olśniewająco. Wnętrze ze starymi meblami, fortepian, artyści, goście – wszystko przypominało koncert Chopina w jakimś paryskim salonie. Eugenia Umińska i Jan Hoffman wykonali sonatę A-dur op. 47 „Kreutzerowską” na skrzypce i fortepian Ludwika van Beethovena, część wawelskiego programu. Koncert, niestety, nie został zarejestrowany ani uwieczniony na zdjęciach (takie były czasy…). Zachowały się jedynie nuty kilku…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mity w kulturze nadmiaru