Bracia Karamazow to najlepsi nauczyciele religii w ostatnich dekadach dwudziestego wieku; lepsi – jestem o tym przekonany – od współczesnych teologów. Książka Fiodora Dostojewskiego jest bowiem najwyższym przejawem sobornosti, wspólnoty poszukiwaczy. Przez ostatni rok, będąc członkiem takiej wspólnoty, miałem przywilej uczyć się od Braci Karamazow i przekonałem się, że powieść ta jest najwspanialszą drogą, na której kwestie religijne mogą docierać do umysłu i serca współczesnego człowieka. Co więcej, jestem pewien, że nie sposób prawdziwie docenić tej ksiązki, czytając ją w pojedynkę. Czytać ją trzeba wspólnie, dzieląc się wzajemnie wglądami w sens tego wielkiego przesłania.
Dostrzegam jakiś dysonans w samotnym czytaniu dzieła, którego tematem jest „odpowiedzialność wszystkich wobec wszystkich”. Powieść ta ukazywała się pierwotnie w odcinkach publikowanych w kolejnych wydaniach miesięcznika – czytano ją zatem na głos w domach prenumeratorów. Sam Dostojewski czytał swej drugiej żonie fragmenty, które ona przepisywała następnie dla wydawcy. Pisarz często także występował publicznie, odczytując kolejne rozdziały. Jak wszystko, co niepozbawione wartości, Bracia Karamazow powstali po to, by się nimi dzielono.
Dwie społeczności, z którymi w ubiegłym roku czytałem powieść Fiodora Dostojewskiego, to grupa studentów Uniwersytetu Kalifornijskiego oraz uczestnicy spotkań Penny University. Te ostatnie odbywają się w Caffe Pergolesi na końcu Pacific Avenue w Santa Cruz. Swoją nazwę zawdzięczają podobnym zebraniom w osiemnastowiecznych kafeteriach Londynu, gdzie każdy klient, płacąc pensa, mógł włączyć się do aktualnie prowadzonej dyskusji. W Santa Cruz’s Penny University sesje rozpoczynają się codziennie o piątej po południu od półgodzinnego wprowadzenia, które wygłasza zaproszony profesor. Zaraz po wprowadzeniu następuje dyskusja, a towarzyszy jej szum ekspresów do kawy i przechodzących gości.
Nie muszę dodawać, że obie te grupy miały za sobą odmienną historię i inne oczekiwania. Studenci Uniwersytetu Kalifornijskiego (wszyscy między osiemnastym a dwudziestym trzecim rokiem życia) pochodzili w większości z bardzo zamożnych rodzin i zdecydowali się na lekturę Braci Karamazow, żeby zdobyć punkty w indeksie. W Pergolesi natomiast zbierali się przedstawiciele rozmaitych pokoleń o rozmaitej proweniencji: młodzież, babcie i dziadkowie, weterani II wojny światowej i wojny w Wietnamie. Pewnego dnia wpadła tam para profesorów psychologii, stałym bywalcem był miejscowy sprzedawca kwiatów, innym razem dołączyło do nas dwóch antropozofów spod znaku Steinera. Wszystkich przyciągnęła ciekawość – kiedy tylko uznawali, że rozmowa nic im nie daje, po prostu wychodzili. Nic im za to nie groziło.
Obydwa towarzystwa łączyła problematyka studiów nad Braćmi Karamazow. Pewien sceptyk, widząc przeszło pięćdziesięciu studentów zapisanych na kurs, pytał mnie: „Jak na Boga zamierzasz prowadzić dyskusję z pięćdziesięcioma osobami?”. Zaś wobec spotkań w Pergolesi miał inną wątpliwość: „Jak możesz prowadzić zajęcia w ciągle zmieniającym się składzie i bez gwarancji, że ktokolwiek przeczyta tekst?”. Wobec obu grup zastosowałem to samo rozwiązanie – można je, jak sądzę, aplikować dość uniwersalnie: wrzucasz do kapelusza karteczki z imionami postaci z czytanej powieści. Każdy z uczestników seminarium losuje karteczkę i tym samym staje się odpowiedzialny za to, by reszta grupy dobrze zinterpretowała danego bohatera. Wskazane jest także przygotowanie kilku karteczek ze specjalnymi zadaniami na przykład dla eksperta od geografii czy chronologii itd. Efekt takiego zabiegu z karteczkami przypomina skutki, jakie wywołuje perspektywa zbliżającej się śmierci – fantastycznie wzmaga koncentrację. Osoba biorąca na siebie odpowiedzialność za konkretnego bohatera przeczyta powieść wyjątkowo intensywnie i będzie miała poczucie, że oto osobiście odpowiada za to, by jej postaci oddano całą sprawiedliwość. Dopiero kiedy grupa tak zaangażowanych czytelników zaczyna dostrzegać kolejne istotne szczegóły, uświadamiamy sobie, w jak nienaturalny sposób czytaliśmy dotąd książki.
Istotnie, słuchając wystąpień specjalistów od geografii i chronologii, zaczynam się poważnie zastanawiać, ilu zawodowych znawców tej powieści zdołałoby przejść prosty test z topografii Skotoprigoniewska lub z kolejności przedstawionych w niej zdarzeń. Tymczasem nie da się tych detali zlekceważyć jako nic nieznaczącej pedanterii. Jedną z rzeczy, którą uświadomiliśmy sobie dzięki wyznaczonemu przez nas geografowi, jest – w pełnym sensie tego słowa – mediacyjna rola Aloszy, nieustannie krążącego pomiędzy monasterem a domem Karamazowów lub pomiędzy stancją Dymitra i salonem Katarzyny Iwanowny, niezmiennie godzącego jednych z drugimi. Informacja o tym, że Diabeł ukazuje się Iwanowi dokładnie w momencie śmierci Smierdiakowa, wywołała w naszej grupie nagły wybuch niepokoju co do znaczenia tego rodzaju „synchroniczności”. To zrodziło długą i ożywioną dyskusję nad związkiem pojęcia „synchroniczności” ze znaczeniem biblijnego kairos – dnia Pańskiego. Doszliśmy do wniosku, że jeśli tylko uda nam się otworzyć oczy tak, jak by tego chciał od nas Dostojewski, zaczniemy rozumieć, iż każda chwila jest dniem Pana, bo królestwo jest pośród nas.
To z kolei skłania mnie do sformułowania pewnego przekonania o Braciach Karamazow, o którym dotąd nikt nigdzie nie wspomina, a które wiąże się ze scalającą mocą tej powieści w życiu samego pisarza. To zaś samo w sobie jest dostatecznym powodem, dla którego owa książka stanowi doskonałe medium do dyskusji o religii. Przez całe swe życie Dostojewski próbował wyzwalać się z kolejnych więzień, by w ostatnich latach życia dokonać ostatniej ucieczki przy pomocy Braci Karamazow. Znał wiele więzień: w sensie dosłownym twierdzę Pietropawłowską i omską katorgę, na którą został zesłany; w sensie przenośnym był więźniem nałogowego hazardu, dziewiętnastowiecznego pozytywizmu naukowego, miłości do Susłowej (z którą w latach 60. XIX wieku miał nieudany romans), poczucia winy wobec biologicznego ojca, swojego „małego ojca” cara i wobec Ojca niebieskiego. Obrzydzenie, jakiego doświadczał na myśl o niewoli, i niezgodę na nią wyraził najpełniej w Notatkach z podziemia, gdzie pisał o pocieszycielach Hioba odwiedzających Podziemnego Człowieka.
„Ależ – zawołają – nie można oponować: dwa razy dwa – cztery! Natura cię nie pyta; jej nie obchodzą ani twoje pragnienia, ani to, czy ci się jej prawa podobają, czy nie podobają. Musisz przyjmować ją taką, jaka jest, a zatem i wszystkie jej twory. Ściana więc to ściana… itd., itd.”. Mój ty Boże! cóż mnie obchodzą prawa natury i arytmetyki, skoro mi się z jakiegoś tam powodu nie podobają ani te prawa, ani to, że dwa razy dwa – cztery? Oczywiście, takiej ściany głową nie przebiję, jeśli istotnie sił mi na to nie starczy, ale wcale się przed nią nie ukorzę tylko dlatego, że mam przed sobą ścianę i że mi nie starczyło sił[1].
Widać wyraźnie, że w czasie, gdy Fiodor Dostojewski zbierał siły do napisania Braci Karamazow, zaabsorbowany był Księgą Hioba, opowiadającą przecież historię człowieka protestującego przeciw więziennym murom tradycyjnej religii i ostatecznie wyzwalającego się ku nowej i głębszej świadomości Boga; uwalniającego się od „Boga” ku wolności Bożej. Równie oczywiste jest zaintrygowanie, jakie Dostojewski przejawiał w tym czasie wobec matematyka Łobaczewskiego, dzięki któremu spostrzegł, że człowiek nie musi być wcale skazany na więzienie geometrii euklidesowej, że istnieją alternatywne geometrie, o ile tylko będzie się miało dość odwagi i wyobraźni, by stawić opór ciasnym murom systemu Euklidesa i wyjść poza nie.
W gruncie rzeczy całe życie Dostojewskiego to historia wypisywania się z jednego więzienia i wpisywania w kolejne, a z kolejnego w następne, przy czym każde takie wyzwolenie przypieczętowuje wielkie dzieło, takie jak Biedni ludzie, Zbrodnia i kara, Biesy, Gracz i inne. Każde zaś zbliża go nieuchronnie do ostatecznej więziennej ściany: tej wzniesionej za sprawą osobistego daru psychologicznego wglądu w duszę ludzką. Theodor Reik miał powiedzieć, że Fiodor Dostojewski „wiedział więcej o psychologii niż całe Międzynarodowe Stowarzyszenie Psychologów razem wzięte”. To prawda. Niemniej jest też prawdą – zarówno dla niego, jak i dla każdego z nas – że największy dar czy błogosławieństwo stanowi zarazem największe przekleństwo, o ile nie potrafimy sami się z niego wyzwolić. Jak na dłoni widzimy to u Dostojewskiego – w jego niewiarygodnie trafnym ukazywaniu, jak prawie każdy z nas, niemal przez całe swoje życie, uwięziony jest w okowach mechanizmów psychologicznych. Przedstawiamy sobie dla przykładu, że kochamy kogoś w sposób wolny i bezinteresowny i wówczas zdarza się coś, jakiś wypadek, w wyniku którego odkrywamy w sobie nienawiść do tej osoby, zupełnie bezzasadną – jakby ktoś przestawił nam gdzieś w środku dźwigienkę. Miłość zmienia się w nienawiść; pokora zamienia się w dumę; współczucie staje się okrucieństwem; zemsta przemienia się we współczucie. Prawa psychologiczne rządzące tą zmianą zobrazował Dostojewski z tak niedościgłą i bezbłędną precyzją, że ostatecznie okazuje się, jak gdyby jego postacie przekraczały więzienną ścianę tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z kolejną ścianą, jeszcze trudniejszą do ominięcia, i żeby wreszcie w finale zderzyć się z ostatnią – tą, dzięki której twój euklidesowy rozum uświadamia ci, iż to potężne pragnienie wyzwolenia samo w sobie jest więzieniem. Ten ostatni mur jest jeszcze trwalej poddany owym mechanicznym prawom niż wszystkie poprzednie.
Takie byłoby zapewne ostatnie słowo Fiodora Dostojewskiego, gdyby nie cud Braci Karamazow. Bo jest coś istotnie cudownego w tym, że udało mu się zintegrować i scalić wszystkie przerażające doświadczenia własnego życia: śmierć matki, śmierć ojca brutalnie zamordowanego przez własnych służących, swoje własne wyniesienie na szczyty literackiego establishmentu i okrutne przezeń odrzucenie, niedoszłą egzekucję, lata spędzone na katordze, śmierć dzieci. Jeśli dodamy do tego obłęd hazardzisty, katusze zadawane mu przez Susłową, ataki epileptyczne dotykające go raz na dwa tygodnie oraz rozedmę płuc – i będziemy pamiętać, że pośród tego wszystkiego spłacać musiał długi brata, wspierać finansowo rozrzutnego krewniaka i przypochlebiać się innym – wówczas musimy przyznać, że każdy psycholog czy socjolog, świadomy praw swojej dyscypliny, doszedłby do jasnego wniosku, iż dla jednostki żyjącej w środku całego tego bałaganu nie może być już żadnej nadziei.
Wiemy jednak wszyscy, że ostatnie słowo nie należało tu do psychologa, socjologa czy nawet teologa, ale do samego Dostojewskiego lub – precyzyjnie rzecz biorąc – do Boga, który przez niego przemawiał. Tylko w ten sposób wytłumaczyć możemy to cudowne osiągnięcie i wyjaśnić, dlaczego, kiedy tylko udało mu się ukończyć Braci Karamazow, pisarz nie miał już nic więcej do powiedzenia ani do zrobienia na tym świecie i zwyczajnie umarł. Już tylko z tego powodu nie wierzę, by mógł był powstać ciąg dalszy tej powieści. Być może Fiodor Dostojewski miał w planach dalsze przygody Aloszy, jednak po zapowiedzeniu stypy po śmierci Iliuszy uznał, że nic już dodać nie sposób. Jak pobożny uczestnik mszy prawosławnej, który przyszedł do cerkwi z postanowieniem odbycia pielgrzymki zaraz po zakończeniu nabożeństwa i w centralnym momencie liturgii dotarło do niego, że „to jest to”. Tat tvan asi. Po co teraz gdziekolwiek się wybierać? Skoro „to” jest tu i teraz, „tu jest rzeczywistość”. W tym sensie było czymś słusznym i właściwym, by Dostojewski umarł zaraz po zakończeniu dzieła. Jak zauważył jeden z krytyków, dobrze się stało, że nigdy nie zdecydował się usiąść do projektowanego drugiego tomu, „wówczas bowiem doszłoby do eksplozji i wyparowania z tego świata nie tylko literatury rosyjskiej, ale całej Rosji i rodzaju ludzkiego”. W tym wymiarze, podobnie jak w wielu innych, Braci Karamazow postawić trzeba w jednym szeregu z innym wielkim dziełem psychologicznej integracji i duchowego dopełnienia: Boską komedią Dantego. Także Dante doświadczył wszystkich najboleśniejszych momentów życia i dzięki procesowi wpisania ich w „komedię” zdołał osiągnąć wewnętrzną osobową spójność. Osiągnięcie przez artystę pełni i świętości jest niczym innym jak wewnętrznym aspektem procesu, w którym otrzymuje się wielkie dzieło sztuki, manifestujące całość i świętość rodzaju ludzkiego. Nie sposób nie pamiętać, że ostatnie pieśni Boskiej komedii powstały także w ostatnich dniach życia Dantego, a wedle relacji jego synów ich manuskrypt znaleziony został już po śmierci poety za sprawą cudownego zrządzenia losu.
Czytelnik Boskiej komedii towarzyszy Dantemu w jego długiej podróży przez piekło i czyściec, by na koniec wydostać się do sfery czystego rajskiego światła, i – oddychając głęboko – daje się wciągnąć do Empireum, doświadczając tam tego Boskiego tchnienia, które porusza słońce, gwiazdy i ludzkie serce. Także i czytelnik Braci Karamazow wiedziony jest przez piekło Dostojewskiego, przez jego czyściec, i wyprowadzany na świeże powietrze.
We wcześniejszej książce Fiodor Dostojewski wprowadza nas w świat podziemnego człowieka, niepotrafiącego wyrwać się z cuchnącego, gruźliczego, mrocznego i wilgotnego więzienia nowoczesnego przemysłowego miasta, w którym z trudem można dostrzec skrawek zielonej trawy. W Braciach Karamazow jednak wraz z Aloszą opuszczamy ten świat:
Dusza jego w swym zachwyceniu pożądała swobody, obszaru, rozległości. Jako morze wiszące, ciche, wklęsło-wgięte, nakrywała go kopuła niebios, pełna cichych, jaśniejących gwiazd. Od zenitu po horyzont dwoiła się jeszcze niewyraźnie Droga Mleczna. Rześka i niewzruszenie spokojna noc spowiła ziemię. Białe wieże i złote hełmy soboru połyskały na szafirowym niebie. Przepyszne jesienne kwiaty na klombach koło domu zasnęły aż do rana. Cisza ziemi i nieba łączyły się w jedno, ziemska tajemnica stawała się gwiezdną… Alosza stał, patrzał, aż nagle jakby podcięty runął na ziemię.
Nie wiedział, dlaczego ją obejmuje, nie zdawał sobie sprawy, dlaczego tak nieodparcie pragnie ją całować, całować całą, ale całował ją z płaczem, szlochając i oblewając ją łzami, w zapamiętaniu poprzysięgał jej swą miłość, miłość na wieki wieków. „Zwilżaj ziemię łzami radości swojej i miłuj one łzy twoje…” – odezwało się nagle echem w jego duszy. Co tak opłakiwał? O, w swym zachwyceniu opłakiwał nawet te gwiazdy, co mu świeciły z otchłani, i „nie wstydził się owego zapamiętania”. Jak gdyby nici od tych wszystkich nieprzeliczonych Bożych światów zbiegły się w jego duszy, ona zaś zadrżała, „obcując z innymi światy”[2].
Paralelność tego fragmentu z ostatnimi słowami Dantego: „L’amor che move il sole e l’altre stelle” („Miłość, która porusza słońce i inne gwiazdy”), jest tak uderzająca, że nie pozostawia wątpliwości, iż włoski poeta i rosyjski powieściopisarz doświadczyli tego samego ostatecznego samoscalenia.
Rzecz jasna, w powieści Dostojewskiego uniesienia Aloszy stanowią realizację prawdy zawartej w homilii ojca Zosimy:
Wiele na ziemi jest rzeczy przed nami ukrytych, ale w zamian za to dane jest nam tajemne, skryte poczucie żywej więzi z innym światem, ze światem wyższym, wzniosłym, a i same nasze myśli i uczucia tkwią korzeniami nie tutaj, lecz w innych światach. Dlatego to, jak twierdzą filozofowie, istoty rzeczy nie można poznać na ziemi. Bóg wziął ziarno z innych światów i wsiał je na tej ziemi, i wypiastował swój ogród, a wzeszło w nim wszystko, co mogło wzejść, ale to, co wypiastowane, żyje i życie zawdzięcza jedynie poczuciu swej więzi z tajemnicą innych światów; jeśli poczucie to w nas słabnie lub gaśnie, umiera też to, co w nas wzeszło. Wtedy życie staje się nam obojętne, a nawet nienawistne”.
Najwyraźniej otwarcie się na tę duchową rzeczywistość, także w sensie przemienienia tej ziemi, dokonuje się poprzez przebaczenie – tak w Braciach Karamazow, jak i w Boskiej komedii. Jak powiada starzec Zosima tuż przed wypowiedzeniem słów przywołanych powyżej: „Mój brat młodzieniaszek ptaszki prosił o wybaczenie: niedorzeczność, zdawałoby się, a przecież racja, bo wszystko jest jak ocean, wszystko płynie i łączy się, dotknąć w jednym miejscu – a odezwie się na drugim końcu świata”. To objawienie nie jest niedostępne także Iwanowi – postaci, która zdaje się najbardziej nieodwracalnie zgubiona w mieście logiki euklidesowej pełnym nieustępliwie równoległych chodników i duszącego braku świeżego powietrza. W rozmowie z Aloszą powiada on: „Żyć się chce, toteż żyję, choćby wbrew logice. Mogę sobie nie wierzyć w porządek rzeczy, ale kocham, proszę ja ciebie, lepkie listeczki, co rozwijają się na wiosnę, kocham niebieskie niebo”. Tak jakby Iwan był ową nieszczęsną sierotą, o której pisał Dostojewski w swoim dzienniku: „Dzieci ludzkie powinny się rodzić na ziemi, a nie na bruku. Można żyć potem na bruku, ale rodzić się i wzrastać naród powinien przede wszystkim na glebie, na której rośnie zboże i drzewa. (…) Ziemia, gleba, ma w sobie coś sakramentalnego”[3]. Niebiosa otworzyły się Dostojewskiemu, kiedy ukląkł i ucałował ziemię.
Jestem przekonany, że ową pielgrzymkę, której życie Fiodora Dostojewskiego zawdzięcza pełnię i integralność, łatwiej było uchwycić tym dwóm wspólnotom, z którymi czytałem Braci Karamazow, niż zawodowym krytykom literackim. Mamy oto przed sobą problem przeistoczenia życiowych zdarzeń poprzez działanie Boga – tak w życiu Dostojewskiego, jak w naszym własnym. Krytycy – radzieccy w pierwszym szeregu, potem zachodni – zwykle skupiali się na zagadnieniach technicznych związanych z polifonicznością, sposobem obrazowania, wątkami głównymi i pobocznymi itd., specjalnie jakby pozostając przy problemach drugorzędnych, by uniknąć naprawdę ważnych kwestii, które moi niezepsuci towarzysze podnosili bez wahania, nie obawiając się stawiania pytań w rodzaju: „A o czym to wszystko jest?”. Raz postawiwszy sobie to proste, fundamentalne pytanie, zaczęliśmy domyślać się, że Bracia Karamazow są o wszystkim. Jedna z osób na przykład odpowiedziała: „To jest o poniżeniu”; ktoś inny: „O pieniądzach”; jeszcze ktoś: „To jest o jedzeniu”; ktoś wreszcie, że o „szaleńcach Chrystusowych”. Dla kogoś innego jeszcze centralnym momentem było zabójstwo ojca albo też komuś najistotniejszy wydał się refren: „Każdy z nas jest odpowiedzialny za wszystkich”, jako odpowiedź na nihilistyczne hasło Smierdiakowa: „Wszystko jest dozwolone”, kiedy pozbyliśmy się Boga. Pewna osoba utrzymywała, że powieść zbudowana jest na teologii twarzy.
Oczywiście, rację mieli wszyscy. W Braciach Karamazow odkrywamy skończoną teologię twarzy. Wystarczy wspomnieć słowa starca Zosimy o przerażającym losie, jaki wyczytał z twarzy Dymitra, i to, jak posłał Aloszę do Dymitra w nadziei, że jego „bratnia twarz” pomoże uchronić go przed przeznaczeniem. A zrobił to w pewnej mierze dlatego, że twarz Aloszy zawsze przypominała mu twarz własnego brata, która w jego pamięci służyła jako przewodnik po szlachetnej ścieżce jego mniszego powołania.
Być może jednak ze wszystkich obrazów teologii twarzy najbardziej tkwi w naszej pamięci ten przedstawiony w napomnieniu, jakiego Zosima udziela mnichom:
O każdej dobie, każdej godziny, każdej chwili bacz, byś dawał zacny przykład. Przeszedłeś obok małego dziecka, przeszedłeś w złości, z zelżywym słowem, z gniewliwą duszą; może nawet go nie spostrzegłeś, a dziecko ciebie widziało i twój przykład odrażający i nikczemny pozostał być może w jego bezbronnym sercu. Może nawet o tym nie wiedziałeś, a już w jego sercu zasiałeś ziarno złego, i zło bodaj wyrośnie.
Wzmianka o ziarnie każe nam w tym miejscu sięgnąć do fragmentu Ewangelii św. Jana, który jest mottem całej powieści: „Zaprawdę, zaprawdę mówię wam: Jeśli ziarno pszeniczne, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, samo zostawa; lecz jeśli obumrze, wielki owoc przynosi”. Ten sam fragment Ewangelii przywoła Zosima nieco wcześniej, i choć jest to jedyny moment w całej powieści, w którym powtórzone zostaną dokładnie słowa Pisma, ich sens nieustannie powraca, jakby ów wers sam w sobie był ziarnem, które upadło na ziemię i było ciągle obecne pod jej warstwą, wydając w odpowiednich chwilach owoc pełni prawdy. Jedną z takich chwil jest przedstawiony na ostatnich stronach książki pogrzeb Iliuszy, podczas którego autor daje nam do zrozumienia, że wcześniejszym ziarnem był Alosza i że ziarno to zaczęło już przynosić obfity plon w postaci przeobrażonego dziecka. Używam słowa „przeobrażony” rozmyślnie, ponieważ sam Dostojewski, mówiąc o twarzy, czasem używa słowa „obraz” będącego także rosyjskim określeniem ikony i podstawowym elementem preobrażenija.
Można by wskazać w tej powieści wiele jeszcze innych momentów, w których twarz staje się narzędziem zbawienia, choćby wówczas, gdy Gruszeńka mówi do Aloszy: „Ja ze sto razy aż do dzisiaj ci się przyglądnęłam, wszystkich rozpytywać zaczęłam o ciebie. Nie mogę zapomnieć twojej twarzy. Tak sobie wzięłam ją do serca”[4]. Podobnie w dalszej części książki pojawienie się Aloszy wypłoszy Diabła przychodzącego do Iwana. „Właśnie go przepędziłeś – mówi Iwan do młodszego brata – zniknął, kiedy się zjawiłeś. Lubię twoją twarz, Alosza. Wiedziałeś, że lubię twoją twarz?”. Jak istotne jest dla zbawienia to, by pamiętać twarz, dowiadujemy się z fragmentu, w którym Alosza ma z tym pewien kłopot. Dzieje się tak wówczas, gdy Rakitin próbuje ściągnąć go na drogę zatracenia, najwyraźniej z powodzeniem: (…) i nagle przemknął mu przez myśl obraz Dymitra, ale tylko przemknął, o czymś wprawdzie przypomniał, o jakiejś tam pilnej…