Wśród pomników aż po wielokropek
Nim zapadną się w ziemię – pomniki zawsze stoją na wietrze. Muszą opierać się wiatrom, aby ich nie wyrzeźbiły inaczej, niż zostały ukształtowane przez artystów.
Między pomnikiem a tym, co on upamiętnia – jak między znakiem a znaczeniem – trwa cichy pojedynek. Rzecz w tym, że nieraz zapamiętujemy pomnik sam w sobie, odmawiając drogi ku temu, co upamiętnia (oznacza). Anektuję pomnik jako wiążący się dla mnie z pewną chwilą mojego życia. Na przykład mały posąg przedstawiający Marię Curie-Skłodowską na skwerze przed Instytutem zwanym kiedyś „radowym”, przy Wawelskiej. Tu, w latach wojny, ostrożnie składałyśmy swoje patriotyczne kwiatki. Umówiłyśmy się, że ta postać – choć wiedziałyśmy, kogo przedstawia – dla nas będzie Polską. Właściwie dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że właśnie tak czując, kładłyśmy na stopniach pomnika pierwszy wiosenny wianek z mleczów.
Na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Berlinie Wschodnim odwiedziłam stojącą na wzgórku u szczytu ogromnych schodów małą rotundę. Wewnątrz była prawosławna w stylu jakby kapliczka „Matki-Rusi” w otoczeniu żołnierskich postaci tworzących krąg apostołów. Zastanawiałam się, kto i czy szczerze coś tu wyraził dla swoich, może i dla siebie. Dla mnie był to pomnik prawosławnej duszy, nieśmiertelnej w pożarach komuny i wojny.
*
Nie wypada składać tu hołdu ofiarom, póki na tym głazie brak wyrazistego cienia prawdy.
Pomnik zakneblowany. Taki jest status pomnika w Jedwabnem, z wyrytym fałszywym napisem. Bryła, jak kamienny model Arki Przymierza, jak jej żałobne odwzorowanie. Byłoby to w moim odczuciu upamiętnienie należyte – gdyby wyraźnie i dobitnie wskazywano drogę do niego i gdyby nie usiłowano zatrzeć pamięci o tym, co w tym miejscu koncentruje się w twardy głaz, wykrystalizowany z drgającego powietrza (gdy znów jest lipiec).
*
Most między jedną częścią getta a drugą: górą, tym mostem, oni przechodzili, szli z jednej strony na drugą, grupkami, tłumem. Pewnie niektórzy samotni, ale z dołu, podchodząc z daleka, musiało się widzieć ścisk.
Czy ja tam przechodziłam dołem, ulicą? Gdyby nie ten most, taką jak inne, wszędzie też niebezpieczną? Czasem wydaje mi się, że takie przejście pod mostem pamiętam, ale może to ktoś mi tylko opowiadał albo kiedyś widziałam taki film? Mogłam jednak widzieć rzeczywistość, bo mieszkałam w Warszawie. Ale przecież mieszkałam w innej dzielnicy, daleko, koło placu Narutowicza. Gdy później palono getto, do nas dolatywały płatki sadzy i dziwny zapach, który rzeczywiście, zupełnie wyraźnie pamiętam. Drugi raz poczułam ten zapach nieco później, w czasie Powstania, gdy już paliły się nasze domy, a my szliśmy Grójecką na Zieleniak.
*
Teraz, w styczniu 2010, w sali nad kawiarnią „Nowy (wspaniały) świat” rozmawiamy o upamiętnianiu mostu łączącego getto z gettem.
Upamiętnienie – może napowietrzny most z laserowych świateł? – ma niedługo powstać.
A właściwie już powstało, w pierwszej pamiętnej, intrygującej wersji. Dokładnie w miejscu drewnianego mostu – nie dość pamiętanego? nie dość przypominanego? – horroru, w powietrzu, na przeciągu został napisany wielokropek w nawiasach.
Został napisany, jak się „pisze” ikony, napisany srebrzyście, plastikowo, straszliwie wyraźnie, sposobem obecnego wieku.
Same kropki to jeszcze nic. Kropki coś kończą; są pojemne, za nimi, za okrągłością kropek stoją zdania opuszczonej relacji, wygłuszonego komentarza, krzyku, który został pohamowany.
Kropki mogą nakazywać milczenie. Dość! Dość i kropka. Nie mów o tym. Ale mama opowiada i opowiada, opowiada. Opowieść wciska się w zatkane uszy.
Więc mocne srebrzyste nawiasy przed kropkami i po kropkach są potrzebne, niezbędne z całą swoją twardością. Nie są wyraźnie kwadratowe, ale są inne od łagodnych półksiężyców, oddzielających zdanie wtrącone, dygresję, postronną uwagę.
Są to jakby nawiasy cenzorskie, którymi oznacza się nie skrót autorski, skierowany przeciw gadulstwu, lecz wykluczenie z tekstu tego, co zakazane – takie wykluczenia od momentu liberalizacji wolno już było upamiętniać specjalnymi nawiasami i kropkami. Mnie te kropki pulsowały w oczach. Nie uśmierzało tego powołanie się władzy na jej własny dekret o stanie wojennym.
Inny dekret każe mi milczeć z szacunkiem, gdy patrzę w prześwit tej ulicy. Jest to prywatny dekret o żałobie.
Klamrowe nawiasy oddzielają szereg kropek od domów po obu stronach ulicy. Kropki już tak tu zostaną: ani po tej, ani po tamtej stronie, bez pomiędzy. W zawieszeniu.
*
Przepraszam, że próbuję słowami przełamać nawiasy i coś rozwijać, coś, co raczej ma trwać zamknięte w kropkach i być do nich dopowiadane tylko na prywatny użytek.
Wielokropek zniknie z tego miejsca. Już znikł. Zawsze będę go tu widzieć. Najpierw most, a potem nawiasy i kropki.
*
Autorki, po jednej na srebrny nawias. Mówią, mówią i mówią, ezoterycznym językiem swego fachu. Efektem może jest ich porozumienie wzajemne. Ja się jednak czuję w kropce i poza nawiasem.
Sen
Redakcja „Znaku” na Siennej 5. Stoję przy biurku pani Hani. Nie ma nikogo. Przez okno mocno świeci słońce. Wysprzątane, zapastowana podłoga, szumi ogień w piecu.
Wiem, że wróciłam w to, co było. Tylko na krótko.
Trzeba stąd zabrać to, co nie ma zginąć. Prędko. Na podłodze kartony pełne oprawnych tomów miesięcznika. Wprost od introligatora, poprzekładane arkuszami papieru, ale spomiędzy kartek – nieźle pożółkłych – wystają zasuszone kwiaty i liście. Jeszcze z czeluści biurka trzeba wydobyć papiery, stare arkusze bristolu z planami numerów, pudełka od mentolaków, na których notatki hm, zwoje niedoczytanych rękopisów naszych autorów, tych inaczej sprawnych myślowo. Pakowanie – prosta rzecz. To umiem. Ale co dalej? Dokąd? Gdzie to wszystko będzie bezpieczne?
Nagle w tym wszystkim obecny mój Ojciec. W przedwojennym oficerskim mundurze, młody, wyprostowany. Obiecuje: zaraz przypłynie prom. Do mnie, na południowoangielską wyspę Wight. Tam się wszystko pomieści, a w razie potrzeby wyspa oddali się od kontynentu.
Razem umieszczamy kartony w czarnych kontenerach z falistej blachy.
Z dawnych tekstów
Zaliczyłam w życiu kilka publikacji angielskich, głównie na tematy ekumeniczne – i jednocześnie o Polsce. Myślę, że przydatny będzie chociaż ślad ich obecności w moim dorobku. Przeglądając je teraz, uznałam, że zachowały aktualność. Może nawet jest ona większa, niż była. Wrastamy w świat, w którym i dla którego kiedyś jako gość pisałam te teksty. Łukasz Krzyżanowski sporządził i przetłumaczył krótki wybór z trzech pozycji:
1. The Church – Sign of the Kingdom,
2. From Judging to Understanding: The Devils of Transition in the Polish Context and a View on Latin American Liberation Theology,
3. The Church in Transition in Poland.
Kościół jako znakW moim kraju konsekwentny ateizm jest zjawiskiem rzadkim, ale również ludzie wierzący – ci, którzy „w zasadzie wierzą” – często zachowują się tak, jakby nie wierzyli. My również tak się zachowujemy, gdy zamykamy oczy, bo nie chcemy widzieć faktów, które rzucają nam wyzwanie. Nie chcemy widzieć cierpienia, samotności, wyobcowania. Kształt na rysunku (jakby ciemny płomień) jest symbolem zła w różnych odsłonach. Może być nim brzemię, kamień, który przygniata i rani człowieka pracującego w kamieniołomie. To również może być zło wykluczenia, odosobnienia w bezosobowej instytucji, uwięzienia, fizycznego lub psychicznego upośledzenia, skrajnej biedy, odrzucenia, wygnania… Wszyscy doświadczamy cierpienia. Wierzę, że nasza tożsamość zyskuje ostateczny kształt dopiero wtedy, kiedy odważamy się uznać cierpienie za nieodłączną część naszej egzystencji, basso continuo każdej życiowej melodii. Na świecie wiele jest cierpienia, za które nikt nie jest odpowiedzialny. Ono tam po prostu jest. Tylko w niektórych przypadkach wina za cierpienie spoczywa na nas. W oczywisty sposób…