Być może nie ma lepszych okoliczności do lektury książki Tomáša Halíka Dotknij ran.
Wkładanie palca w rany
Co mogę odpowiedzieć obrazom dokumentującym tragedię? Nagłówki gazet krzyczą, tabloidy coraz agresywniej zadają pytania. Swoje trzy grosze dorzuca także sumienie, nieraz bardziej skutecznie. Zdaj sprawę z własnej wiary, chrześcijaninie – zdaje się wołać wszystko wokół mnie. Tylko ślepy i głuchy nie zauważyłby tego wzbierającego krzyku: gdzie jest twój Bóg? Wolny rynek, demokratyzacja życia społecznego, konsumpcyjny styl życia – osiągnęliśmy nasycenie, a wszechświat relacji międzyludzkich zaczyna stygnąć. W obliczu takich pytań z nasycenia zaczyna wyzierać pustka. No, przestań się migać, chrześcijaninie, i zdaj sprawę z własnej wiary.
Nie mam innej odpowiedzi niż ta, którą niemal rozpoczyna swoją książkę Halík. Przed świętym Marcinem zjawił się Szatan pod postacią Chrystusa. Biskup z Tours odrzucił fałszywą wizję, mówiąc: „Gdzie są twoje rany?”. Powtarzam więc za Autorem: „Co zatem mogę robić? Poddawać swoją wiarę i to, co mi się do wierzenia przedkłada, >>testowi świętego Marcina<<. Nie wierzę bogom i nie wierzę wiarom, które potrafią przetańczyć świat, nie zaznawszy jego bólów – bez szram, bez blizn, bez oparzeń – oferując natrętnie na współczesnym rynku religijnym jedynie swoje lśniące powaby”. Nie znajduję innej odpowiedzi na dramaty życia niż ta, którą podaje biskup z Tours, a którą twórczo rozwija Halík. Jako swoją odpowiedź mogę pokazać jedynie Ukrzyżowanego, nic innego nie posiadam przecież. Nie wiem tylko, czy rozkrzyczane tabloidy przyjęłyby taką odpowiedź.
Mój Bóg, jak pisze Halík, jest Bogiem zranionym. W swojej najnowszej książce Dotknij ran koncentruje się wokół słów Tomasza Apostoła, który powiedział, iż dopóki nie zobaczy ran po gwoździach na ciele Zmartwychwstałego – nie uwierzy. Można powiedzieć, że książka Halíka to nowoczesny, ponaddwustustronicowy komentarz do słów ucznia Jezusa. Ucznia, dodajmy, którego raczej nie stawia się nam za wzór, a który jest wszak jednym z najbliższych każdemu chrześcijaninowi. Ciekaw byłem niezmiernie nowej książki czeskiego księdza. Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe zachwyciło mnie apetytem na świat oraz ciągłym głodem Boga odkrywanym zarówno w Indiach, Rosji, jak i na Antarktydzie. Wzywany czy niewzywany, Bóg się tutaj zjawi oraz zapisy kolejnych uniwersyteckich wykładów czy głosów w publicznych debatach zaczęły mnie nużyć. Miałem wrażenie, że Halík bardziej stał się publicystą i filozofem niż księdzem. Jeśli w jego pismach nieustannie natrafiałem na takie słowa (które sam bardzo lubię), jak „dialog”, „tolerancja”, „prawda”, a znacznie rzadziej na inne słowa (które lubię jeszcze bardziej), takie jak „Chrystus”, „zbawienie” czy „msza święta”, to budziły się we mnie wątpliwości. Nader łatwo jest być filozofującym publicystą czy wykładowcą w koloratce, ale jeśli idzie za tym zniknięcie tożsamości kapłana jako głosiciela Jezusa, świadczenia o Nim we współczesnym świecie, to chyba cena jest niewspółmierna. Oddalałem się od Halíka, czekając na jego przebudzenie, na jego książkę, która wreszcie bardziej ceniła będzie Chrystusa niż spory o rozumienie słowa „prawda”. Czekałem na książkę, która – jak uważałem – jest potrzebna zarówno Halíkowi, jak i mnie: na książkę, która będzie radykalnym wyznaniem wiary. Nie widziałem, że właśnie ją czytam.
Na pozór nic się nie zmienia. Czech nie stroni od uwag socjologicznych, jak zawsze osobiste i intrygujące odczytanie ulubionych filozofów, garść spostrzeżeń politologicznych z dodatkiem teologii. Wydawać by się mogło, że tej ostatniej będzie znacznie więcej – nic z tego. Jeśli jest tu coś więcej, jest to wkładanie palca w rany Zmartwychwstałego.
Jedyna znana odpowiedź KościołaPrzed oczami stają raz jeszcze twarze Buddy i Jezusa. Trudno się oderwać od tego zestawienia. Czy to jest odpowiedź, jaką daje światu i życiu chrześcijaństwo – cierpiący Chrystus? Jak jednak naprawdę brzmi ta odpowiedź? Jak ją wy-powiedzieć? Próbuję znaleźć jakieś słowa, których tak bardzo potrzebuję wobec dwóch innych nieopuszczających mnie obrazów – tragedii Haiti, tragedii Auchwitz. Słowa wobec stosu ciał. Cokolwiek bym powiedział, będzie brzmiało pustym frazesem przypominającym kłamstwo. Halík nie wdaje się w kuszącą perspektywę balansowania pomiędzy stanowiskiem, że Bóg jest współcierpiący, a poglądem, że jest zbyt oddalony, aby doświadczać ludzkiego cierpienia. Niemal rozdzierająco woła: „Moja wiara stanowi jedno z moją miłością i nikt nie może mnie pozbawić miłości do Ukrzyżowanego”. Nie głosi niczego innego, jak tylko głupstwo krzyża – jedyną odpowiedź, jaką posiada Kościół. A jednak chciałoby się mieć takie słowa, taki hokus-pokus wobec zła, żeby wypowiedzenie ich dało siły potrzebne do stawienia czoła trudnościom. Takie myślenie jest bardzo bliskie każdemu człowiekowi, co więcej, jest to pragnienie obecne w każdym wieku. U schyłku średniowiecza i na progu nowych czasów Jan od Krzyża w odpowiedzi na pragnienia dodatkowych objawień, dodatkowych słów, pisze: Mógłby wtedy Bóg powiedzieć: Wszystko już powiedziałem przez Słowo będące moim Synem i nie mam już innego słowa. Czyż mogę ci więcej odpowiedzieć albo objawić coś więcej ponad to? Na Niego więc zwróć swoje oczy, gdyż w Nim złożyłem wszystkie słowa objawienia. Odnajdziesz w Nim o wiele więcej niż to, czego pragniesz i o co prosisz. Prosisz bowiem o słowo czy objawienie częściowe, jeśli zaś na Niego spojrzysz, znajdziesz wszystko w pełni. On jest całą moją mową, odpowiedzią, całym widzeniem i objawieniem. Głupstwo krzyża – nieustannie wypowiadane Słowo. Kto wie, być może właśnie uporczywe głoszenie krzyża, stawianie go w centrum świątyń, zamiast cukierkowatych wizji zmartwychwstania, nie ośmieszyło nigdy chrześcijaństwa? Możemy wszak powiedzieć: tak, widzieliśmy Ukrzyżowanego w innych ludziach, w ich życiorysach i każdy z nas może to poświadczyć. Możemy wszak powiedzieć: tak, widzieliśmy Zmartwychwstałego – niejako po omacku, niewyraźnie, niby zapowiedź. Znacznie bardziej znamy, niektóre bardziej…