Oczywiście owa granica między boskim a cesarskim nigdy nie była trwała i historia świata zachodniego pokazuje, że oba porządki często się przenikały, co wynikało z dwóch przeciwstawnych tendencji. Pierwsza wskazywała na dążenie do wcielenia porządku boskiego w świat polityczny – a więc, w pewnym sensie, zredukowanie polityki do religii, jak sugerowały niektóre radykalne odłamy protestantyzmu – druga zaś chciała, aby religię zastąpić polityką czy też nadać jej charakter religii. Mimo odmiennych motywacji i sposobów realizacji obu projektów – pierwszy bowiem ma charakter teistyczny, drugi raczej ateistyczny – w obu wypadkach rezultat był podobny. Dochodziło do tego, co Eric Voegelin nazywał „immanentyzacją eschatonu”, a co należy rozumieć jako przekonanie, że cele ostateczne człowieka i świata można zrealizować za pomocą środków politycznych. Takie zjawisko wpisywania religijnej eschatologii w wymiar polityczny i doczesny, a zarazem traktowania polityki w kategoriach eschatologicznych, można określić – za Josephem Ratzingerem – mianem politycznej eschatologii. W tradycji Zachodu przez długi czas dominowała pierwsza ze wspomnianych wyżej tendencji, zwłaszcza w średniowieczu, gdy ideałem była christianitas, rodzaj chrześcijańskiej utopii politycznej. Jednak w miarę słabnięcia pozycji chrześcijaństwa – począwszy od jego rozbicia w dobie reformacji, poprzez Oświecenie, aż po rewolucję francuską i czasy modernizmu – coraz większe znaczenie zyskiwał drugi nurt, a więc próba deifikacji czy sakralizacji porządku politycznego. Jednym z przejawów tego procesu jest zjawisko religii obywatelskiej i to właśnie ono – zwłaszcza w swojej amerykańskiej odmianie – stanowi przedmiot analizy Stanisława Burdzieja w pracy Religia obywatelska w Stanach Zjednoczonych. Od razu należy zaznaczyć, że pojęcie religii obywatelskiej jest wieloznaczne – autor wskazuje na różne sposoby jego rozumienia, obejmujące między innymi ludową religijność, religijny nacjonalizm, wiarę w demokrację (a więc rodzaj demolatrii), obywatelską pobożność w duchu protestantyzmu czy religię narodową; możliwe są także ujęcia religii obywatelskiej z punktu widzenia politycznych ideologii – liberalizmu, konserwatyzmu czy socjalizmu (komunizmu). Religia obywatelska wydaje się przy tym czymś pośrednim między typową polityczną ideologią czy światopoglądem a teologią polityczną w rozumieniu Carla Schmitta: z jednej strony sięga po wątki czy schematy religijne (a więc transcendentne), z drugiej jednak ma charakter empiryczny czy praktyczny, urzeczywistnia się bowiem w konkretnych działaniach społecznych. Teoretycznych źródeł nowoczesnej formy tego zjawiska należałoby szukać w dziełach Jana Jakuba Rousseau, a praktycznych – w świeckich kultach rewolucji francuskiej i dziewiętnastowiecznych utopii, choć oczywiście sam pomysł wykorzystywania religii do celów politycznych jest znacznie starszy i znajdujemy go choćby w pierwotnej żydowskiej monolatrii czy Państwie Platona. Choć w swojej książce Stanisław Burdziej skupia się przede wszystkim na sposobie, w jaki religia obywatelska manifestuje się w działalności dwóch amerykańskich prezydentów, Billa Clintona oraz George’a W. Busha, warto zwrócić uwagę na pewne ogólne wnioski wyłaniające się z analiz autora, które mogą okazać się przydatne do diagnozy stanu, w jakim znalazła się obecnie zachodnia cywilizacja. Chodzi o dwa wymiary czy aspekty zjawiska religii obywatelskiej, nawiązujące do wspomnianych na początku dwóch tendencji zmierzających do zamazania podziału na to, co boskie, i to, co cesarskie. W pierwszym wypadku chodzi o wykorzystanie religii w dyskursie politycznym, zarówno czysto pragmatyczne, jak i bardziej fundamentalne, mające ugruntować ów dyskurs w czymś transcendentnym. Jak pokazuje autor, próby ukazania zjawisk zachodzących w sferze społecznej jako elementu szerszego, eschatologicznego i w gruncie rzeczy teologicznego planu są czymś nieodłącznym od amerykańskiej polityki i znajdujemy je już w pismach tzw. Ojców Założycieli (Founding Fathers). Ich retoryka jest przepełniona religijną symboliką, a zwłaszcza odniesieniami do idei ludu wybranego i starotestamentowej historii Izraela. Warto dodać, że symbolika ta ma źródła nie tylko religijne – w tym wypadku przede wszystkim protestanckie – ale również wolnomularskie (Founding Fathers w większości byli aktywnymi członkami lóż), co pozwala zrozumieć, dlaczego amerykańska religijność polityczna właściwie od początku miała deistyczny, a zarazem mesjanistyczny charakter. Historia Stanów Zjednoczonych w dużej mierze stanowi konsekwentną realizację takiego quasi-religijnego projektu i autor ukazuje, że kolejni prezydenci odgrywali albo rolę proroków, kapłanów i duszpasterzy, albo wcielali się w superbohaterów. Przy czym, co ciekawe, nie tylko prezydent korzystał z wzorców zawartych w popkulturowej ikonologii, ale sama popkultura kreowała jego obraz jako opatrznościowego…