Subskrybuj
Filozof, teolog i publicysta, radny miasta Katowic. Od marca 2010 r. do stycznia 2015 r. był szefem Instytutu Obywatelskiego i redaktorem naczelnym "Instytutu Idei". Wydał m.in. Kobiety uczą Kościół, Wariacje Tischnerowskie oraz Pobudka, Kościele!

Dyskretny powab utopii

Nowoczesność i racjonalizm miały jednak sprawić, iż świat zostanie odczarowany: „wszystko, co stałe, wyparuje, a wszystko, co święte, ulegnie profanacji”. Choć żyjemy w postchrześcijańskich społeczeństwach świeckich, to w istocie naszą zbiorową wyobraźnię kształtują przekonania, których sami się wypieramy.

1.

John Gray, pisząc swój gorący i błyskotliwy esej Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii, przywdział szaty jeźdźca, który przynosi złe wieści, odzierając nas z fałszywych, lecz powszechnych iluzji. Na szczęście w tym przypadku nie ma groźby, że zostanie mu odcięta głowa. Można nawet rzec, że brytyjskiemu filozofowi ta rola przypadła do gustu. Analogiczną strategię zastosował bowiem w książce Al-Kaida i korzenie nowoczesności (2006). Kiedy niemal wszyscy powtarzali, że Bin Laden i jego militarna korporacja, atakując Amerykę, odsłania konflikt anachronizmu, którego symbolem jest islamski fundamentalizm, z nowoczesnością, której symbolem z kolei jest Ameryka, Gray udowadniał coś przeciwnego: Al-Kaida jest doskonałym produktem nowoczesności.

Podważanie utartych opinii leży w naturze Graya. Taką strategię od pierwszej do ostatniej strony obserwujemy także w książce Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach (2003), gdzie na ławie oskarżonych posadzona zostaje idea postępu. Zresztą: ten wykładowca prestiżowej London School of Economics to rzadki w obecnych czasach przykład myśliciela, któremu obce jest poczucie konieczności obrony raz wyrażonych publicznie przekonań. Legenda głosi, że Winston Churchill rzekł kiedyś, iż „jeżeli człowiek przed trzydziestką nie jest liberałem, jest pozbawiony serca, a jeżeli po trzydziestce nie jest konserwatystą, jest pozbawiony rozumu”. Oczywiście Churchill wcale tego nie powiedział, ale jego autorytet sprawił, że ta zgrabna, acz niewiadomego pochodzenia formułka zyskała status aksjomatu wszelkiej politycznej biografii: radykalizm jest przywilejem młodości, a konserwatyzm – wieku dojrzałego, i każdy myślący człowiek w pewnym momencie odrzuca pierwszy na rzecz drugiego.

Jednak Gray wymyka się tej zasadzie. Do niedawna należał do grona konserwatywnych myślicieli ślepo popierających thatcheryzm i wypisywał poematy prozą na cześć wolnego rynku. Dziś głosi, że idea postępu i nieskrępowanego rozwoju, której bezmyślnie hołdują zachodni neoliberalni myśliciele, to jeden z najbardziej szkodliwych mitów, a globalny kapitalizm może wyrządzić ludziom tyle samo krzywdy co kiedyś Związek Sowiecki. Światowy kryzys, którego konsekwencje testują na swej skórze masy poniżonych i wykluczonych, potwierdza tylko jego słowa.

Dlaczego zatem warto czytać Graya? Po pierwsze, potrafił porzucić swoją niezłomną wiarę w dobrodziejstwa płynące z wolnego rynku jako panaceum na wszelkie ludzkie bolączki. Po drugie, w podejmowanych przez siebie zagadnieniach nie zadowala się powierzchnią opisywanego zjawiska, ale szuka drugiego, a czasami i trzeciego dna. Jego wywody, czasami kreślone w aforystycznym wręcz stylu, wytrącają z intelektualnej drzemki. Od podobnych ostrych sądów i przenikliwych analiz naszej współczesności aż skrzy się na stronach Czarnej mszy…, której główna teza brzmi: zachodnia kultura przeniknięta jest myśleniem millenarystycznym i utopijnym. Czy jednak na poparcie tej na pierwszy rzut oka kontrowersyjnej tezy brytyjski filozof ma dość mocne dowody?

2.

Dziś wiemy to lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Świat, który stworzyliśmy i w którym żyjemy, nie jest tym najlepszym z możliwych. Przeświadczenie o niedoskonałości otaczającej nas rzeczywistości sprawia, że nadal pojawiają się projekty, by ten świat przebudowywać. Czyż obowiązującym przekonaniem dzisiejszego homo sapiens nie jest to, że nowe jest lepsze od starego, a jutro będzie cudowniejsze niż dziś? Jeszcze tylko trochę wysiłku, a raj zostanie odzyskany.

Dlatego namiętność, z jaką marzymy o „nowym wspaniałym świecie”, jest wprost proporcjonalna do działań, jakie gotowi jesteśmy podejmować, by choć trochę przybliżyć się do „raju na ziemi”. Wiara w postęp sprawia, że gotowi jesteśmy zgodzić się z rewolucjonistą Michaiłem Bakuninem, który powiadał, że „pasja niszczenia jest pasją tworzenia”. Niestraszne nam więc rzezie i gilotyny, rewolucje i obozy koncentracyjne, tortury i bomby atomowe, jeśli to dzięki nim mielibyśmy zbliżyć się do świata, który byłby tym najlepszym z możliwych, jaki jesteśmy w stanie zbudować. Krótko mówiąc, jesteśmy gotowi ponieść wszelkie koszty i każdą ofiarę, by zbudować „planetę mlekiem i modem płynącą”.

Tyle że ślepa wiara w lepsze jutro – jak pokazuje brytyjski filozof John Gray – jest źródłem nie tyle raju, ile „piekła na ziemi”. Bo to jest prosta droga do myślenia utopijnego. A utopia, co wiemy od Sir Thomasa More’a, to miejsce zarówno dobre, jak i takie, którego próżno szukać. Dlaczego więc widmo utopii, czyli „zbiorowego snu o zbawieniu, który na jawie staje się koszmarem”, wciąż nawiedza świat? Cóż jest takiego pociągającego w utopiach, że nadal gotowi jesteśmy bić im pokłony – my, spadkobiercy chrześcijaństwa i Oświecenia? Czyż nie dość już świadectw, że utopie są tak samo niebezpieczne dla życia społecznego i całej ludzkości jak zapałka w ręku dziecka bawiącego się w stodole pełnej suchego siana?

3.Gdzie bije źródło myślenia utopijnego? Gray w pierwszym ruchu odnajduje je w chrześcijaństwie – tudzież w rozmaitych sektach chrześcijańskich, które spodziewały się rychłego końca świata, związanego z nadejściem Mesjasza i ustanowieniem przez niego Królestwa Sprawiedliwości. Jak wiemy, wiara w lepszy świat, w celowość historii i doskonalenie moralne człowieka stanowi jego znak firmowy. Zarazem przekonania te naznaczyły zachodni sposób myślenia i przeniosły się także na grunt świecki. „Utopijna wiara w przyszłą harmonię jest bez wątpienia dziedzictwem chrystianizmu, podobnie jak nowoczesna idea postępu” – notuje Gray. To prawda, że chrześcijaństwo karmi się wiarą w „nową ziemie i nowe niebo”. Mówi też o potrzebie narodzin „nowego człowieka”. W przeszłości przekonanie, że „koniec świata jest bliski”, popychało gorliwych wyznawców Chrystusa do tego, aby brać historię szturmem, przyśpieszając powtórne przyjście Zbawiciela. Ale, można zapytać, co w tym złego? Ano to, że – jak pokazuje Gray – religijny „mit o zbawieniu” i o celowości historii został przejęty przez politycznych i społecznych rewolucjonistów, którzy odarli go z religijnej tkanki. Nie ma więc już sensu czekać na raj, który przez zuchwałość Adama i Ewy został utracony, ale trzeba go zbudować tu, na ziemi, od nowa, na naszą, czyli ludzką modłę. „Jeśli coś w ogóle określa Zachód – pisze brytyjski filozof – to jest to pogoń za zbawieniem w historii. Cywilizację Zachodu odróżnia od innych właśnie przekonanie o celowości historii, a nie tradycja demokracji czy tolerancji”. O ile zatem religijni millenaryści wierzą, że to Bóg dokonuje transformacji świata, o tyle polityczni utopiści są przekonani, że takiej transformacji może dokonać sam człowiek. Czy widzimy już, co łączy tak różnych facetów, jak Jan z Lejdy, Lenin, Mao czy Pol Pot? Jest to „wiara”, że lepszy świat istnieje i że jest możliwy. A jeśli jest możliwy, to nic nie stoi na przeszkodzie, by albo przyśpieszyć jego nadejście, albo go zbudować. Cóż jednak złego w tym, że pragniemy lepszego świata – świata, gdzie byłoby więcej sprawiedliwości, odpowiedzialności, solidarności? Co złego w kulturze, która sama siebie stawia pod pręgierzem i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mistyka nadwiślańska