Subskrybuj
Dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Od początku europejskiego kryzysu migracyjnego w 2014 r. zajmuje się głównie tematyką związaną z uchodźcami i migrantami. W latach 2005–2010 redaktor miesięcznika „Znak”.

Ta cała rockowa historia

Z Jerzym Skarżyńskim spotkałem się w redakcji radia tuż przed emisją 862. notowania „Listy Niezapomnianych Przebojów”, jego sztandarowej audycji, w której prezentuje zarówno najsłynniejsze, jak i najbardziej warte przypomnienia utwory z całej historii muzyki rockowej. Chwilę wcześniej wrócił z kolejnej „giełdy płyt”, odbywającej się co tydzień w krakowskim klubie studenckim „Pod Przewiązką” – miejscu, z którym związał się jeszcze jako licealista przejmując prowadzenie dyskotek.

Tam właśnie przekonywał kolejne pokolenia słuchaczy, że rocka, podobnie jak muzyki klasycznej, można (a czasem nawet trzeba!) słuchać w skupieniu – i że przy jego pomocy można też odkrywać świat. To, gdzie kierować pierwsze kroki, wchodząc do pełnego klasycznych longplayów „muzycznego Luwru”, opisał w książkach z serii Niezapomniane płyty historii rocka (2004–2008).

W tamtą niedzielę, pomiędzy uzupełnianiem formularzy dla ZAIKS-u a wejściem „na żywo” na antenę, Jerzy Skarżyński opowiedział mi jak w czasach PRL sprowadzał do Polski zagraniczne płyty, dlaczego nie zdecydował się wyjechać na Zachód, a także o tym, w jakim celu komunistyczna władza „ukradła” młodym Polakom rock’n’rolla. Również i dziś radiowa rzeczywistość nie rozpieszcza prezenterów muzycznych. Muzyka, która w przeciwieństwie do transmisji sportowych nie przynosi rozgłośniom pieniędzy, występuje zwykle na antenie w roli niedbale położonej tapety, „wypełniacza” czasu antenowego. Nasz czerwcowy rozmówca dba o to, aby ją z tego tła wydobyć.

*

Zadanie jest niełatwe: na łamach nobliwego „Znaku” ma się ukazać rozmowa poświęcona w dużej części rockowi, muzyce, którą niektórzy nazywają „rozrywkową”…

…lub, co gorsza, „młodzieżową”! Oba te określenia wprowadzają w błąd. W muzyce rockowej – podobnie jak w klasycznej – znajdziemy zarówno utwory do zabawy, jak i do kontemplacji. A ta domniemana „młodzież”, która gra i słucha rocka, często „dobija” dziś sześćdziesiątki… Młodzi ludzie, wbrew pozorom, wolą inne gatunki muzyki. Zresztą, dojrzałość i skomplikowanie rocka zwykle przychodziło wraz ze… starzeniem się jego twórców. Im starsi się stawali, tym ambitniejsze płyty sygnowali swoimi nazwiskami.

Rock jest dla Pana „tworzywem” pracy, pasją czy może – całym życiem?

Przede wszystkim przyjemnością. Szczęśliwy traf sprawił, że w tym samym momencie, w którym się nim zainteresowałem, zacząłem używać go do swojej pracy. Dzięki muzyce nie czuję, że pracuję. W radiu mógłbym prowadzić audycje bez przerwy choćby i przez kilkanaście godzin – a i tak nie narzekałbym, że zostaję tam po godzinach…

Muzyka pozostaje dla mnie sztuką tworzoną w celu wywarcia na odbiorcy określonego wrażenia estetycznego. I tyle. Wszystkie te rozliczne ideologie, którymi rock obrastał od samego początku, nieodmiennie wydawały mi się śmieszne. Dlatego najbliżsi są mi artyści zupełnie niegwiazdorscy. Na przykład Paul McCartney, który, oczywiście, jest wielką gwiazdą, ale równocześnie, w każdej sytuacji, pozostaje sobą: urodzonym w Liverpoolu Paulem McCarnteyem. Natomiast „pozerzy” w rodzaju Michaela Jacksona czy Marylina Mansona zawsze mnie tylko rozśmieszali.

Ale przecież przybieranie rozmaitych póz, wchodzenie w role, udawanie kogoś innego pozostaje również domeną cenionych artystów. David Bowie w latach 70. wydawał płyty i występował na scenie jako Ziggy Stardust – przybysz z kosmosu. Dziwił i szokował. Jaka jest różnica między nim a Mansonem?

Taka, że Bowie wykreował postać Stardusta wyłącznie na użytek artystyczny. Nie sądzę, aby w swoim domu był również kosmitą. Podobnie jak muzycy z heavymetalowego zespołu Black Sabbath, na scenie niemal odprawiający rytuały czarnej magii: kiedy po koncercie wracają do swoich rodzin, wydają się całkiem normalnymi ludźmi. Sztuką jest być świadomym, gdzie kończy się scena, a zaczyna zwykłe życie.

Wydaje mi się, że przybieranie póz jest obce również mnie, jako odbiorcy muzyki. Nigdy nie byłem członkiem żadnej subkultury. Nie spróbowałem żadnego narkotyku, nie paliłem papierosów. Muzyka na zawsze pozostała dla mnie tylko i wyłącznie sztuką, nie czułem potrzeby przeistaczania się z jej powodu w kogoś innego, w nie-mnie – choć trzeba przyznać, że związki rocka z antropologią i socjologią są bardzo ciekawe.

Ukradziony rock’n’roll

Od czego zaczęła się u Pana cała ta rockowa historia?

Był rok 1970. W ósmej klasie szkoły podstawowej, na jedną z lekcji ZPT, czyli zajęć praktyczno-technicznych, nauczyciel przyniósł rosyjski gramofon stereofoniczny. Miała to być lekcja inna niż dotąd; dotychczas uczyliśmy się głównie zbijania karmników. Tym razem mieliśmy zobaczyć, jak działa urządzenie do odtwarzania płyt. Puściliśmy wtedy Abbey Road Beatlesów – a ja w ciągu czterdziestu paru minut zakochałem się w ich muzyce. Nie mogło już być mowy o rozmontowywaniu gramofonu i analizowaniu jego budowy, przesłuchaliśmy tę płytę od początku do końca.

Wkrótce, w nagrodę za zdany egzamin wstępny do liceum, ojciec zabrał mnie na wycieczkę do Włoch. Tam zaopatrzyłem się w pierwsze zachodnie płyty. Kiedy wróciłem do Krakowa, dowiedział się o moim zakupie jeden z moich kolegów – i zaproponował następujący układ: ja mu te płyty pożyczę, a on w zamian pozwoli mi wejść do klubu studenckiego „Pod Przewiązką”, w którym prowadził dyskotekę. Zacząłem tam przychodzić regularnie, przynosząc ze sobą coraz więcej muzyki, od czasu do czasu puszczając nawet coś do tańca. Przy czym to „do tańca” znaczyło coś innego niż dziś: wtedy bawiono się przy Franku Zappie czy Money Pink Floydów. Aż w końcu mojego kolegę wzięli do woja – i tak zostałem sam z klubem „Pod Przewiązką”. Wkrótce zorganizowałem tam Klub Muzyki Progresywnej – ponieważ okazało się, że są też ludzie, którzy chcieliby słuchać muzyki nie za bardzo nadającej się do tańca. Odtąd, przez trzydzieści trzy lata, spotykaliśmy się co tydzień i puszczaliśmy sobie całe longplaye – w latach 80. doszły jeszcze do tego prezentacje koncertów wydawanych na kasetach wideo, a potem pokazy DVD.

Przewagą prezentera dyskotekowego nad radiowym jest to, że może bezpośrednio obserwować reakcje słuchaczy na graną im muzykę. Jak wtedy, prawie cztery dekady temu, słuchano i przeżywano rocka?

W ostatnich latach walkmany, discmany i iPody zredukowały muzykę do czegoś, co nam tylko towarzyszy w codzienności życia, nie jest zaś celem samym w sobie. A wtedy, w pierwszych latach funkcjonowania polskich dyskotek, rocka słuchało się bardziej dla niego samego. Nie istniało u nas pojęcie didżeja, nikomu nie przychodziło do głowy, że płyty można skreczować, czyli przesuwać je w czasie odtwarzania po talerzu gramofonu, wywołując tym charakterystyczny dźwięk. Liczyło się, jak dany longplay był nagrany, a nie w jaki sposób można go było zmiksować. Dążenie do zwracania uwagi na formę, nie zaś na treść utworów prezentowanych na imprezach osiągnęło poziom absurdu wiele lat później, już w latach 90., za sprawą techno, którego fani liczyli w utworach bity! Ja tymczasem nigdy w życiu nie wpadłbym na to, aby liczyć bity w, dajmy na to, Epitaph King Crimson…

Był też socjologiczny wyróżnik tamtych czasów: PRL to była jednak epoka o wiele bardziej pruderyjna niż czasy nam współczesne. Teraz młodzież chodzi na imprezy, zakładając bransoletki w określonym kolorze, co jest sygnałem dla płci przeciwnej, że ma się ochotę na seks. Wtedy byłoby to nie do pomyślenia. Kiedy podczas tańca chłopak mógł się przytulić do dziewczyny, to już było coś! Dyskoteki kończyły się wcześnie, o jedenastej wieczór całe miasto zamierało. To wszystko z dzisiejszej perspektywy wydaje się równie śmieszne co nierealne.

W socjalistycznych krajach naszego regionu Europy rock, jako wyraz oporu młodzieży wobec władzy komunistycznej, w warstwie politycznej wyraźnie zyskał zabarwienie prawicowe. To paradoks: muzyka buntu, na Zachodzie od zawsze przywiązana do idei liberalizmu, często lewicująca, u nas swoją tożsamość definiowała, często odwołując się do ideologii konserwatywnej.

Z wykształcenia jestem historykiem, ze studiów wyniosłem więc nawyk patrzenia na zjawiska z pewnego dystansu. Myślę, że dotyczy to również mojej oceny muzyki i jej relacji z polityką – relacji dość złożonej.

W tamtych czasach do szkoły chodziliśmy w chałatach, z tarczą na ramieniu, włosy trzeba było mieć przycięte na dwa palce nad kołnierz… Kiedy zauważaliśmy okładkę płyty, na której jakiś facet był w skórzanej kurtce, z włosami do pasa, to z czym innym mogło nam się to kojarzyć, jeżeli nie z prawdziwą wolnością? To prawda jednak: do lewicy w zachodnim tego słowa znaczeniu było mojemu pokoleniu dość daleko: nie bardzo nawet „łapaliśmy” protest-songi Boba Dylana, które śpiewał przeciwko wojnie w Wietnamie…

Prawicowa optyka muzyki rockowej wzięła się u nas właśnie z tego, była dla wielu młodych właściwie jedynym sposobem pokazania, że jest się „anty” i że chciałoby się być bliżej Zachodu. To z rockowych tekstów dowiadywaliśmy się, czym żyją nasi rówieśnicy w prawdziwie demokratycznych krajach, albo, na przykład, kim są hippisi. Płyty trafiały do nas stosunkowo szybko, a teksty, jako że śpiewano po angielsku, nie były cenzurowane. A młodszym czytelnikom „Znaku” warto przypomnieć, że to wcale nie było takie oczywiste: amerykańskie filmy nieraz docierały do Polski z kilkuletnim opóźnieniem, starannie wyselekcjonowane pod kątem obecności treści antykomunistycznych… A w tym samym czasie John Lennon śpiewał Power to the People albo Imagine, a my sobie jego teksty, jeden po drugim, tłumaczyliśmy…

Mariaż rocka z prawicą, czy szerzej: z antyreżimową opozycją, dał się najlepiej zauważyć w ostatnim okresie peerelu. Kilka miesięcy temu trafił zresztą do polskich kin dwujęzyczny film dokumentalny Beats of Freedom/Zew wolności w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty, poświęcony związkom rocka i polityki w latach 80. Ówczesne władze wymyśliły sobie, że młodzież można spacyfikować, „zwracając” jej rock’n’roll. Efekt był jednak odwrotny: śpiewano piosenki, które prowokowały do opozycji. Kiedy Perfect grał utwór Chcemy być sobą, publiczność skandowała podczas refrenu: „chcemy bić ZOMO”!

Dlaczego mówi Pan o „zwracaniu” przez władzę rock’n’rolla? Został kiedyś „zabrany”?

Tak – i można nawet wyznaczyć dość konkretną datę: zdarzyło się to około roku 1973, już w czasach Gierka. Rock, do niedawna nazywany wtedy jeszcze big bitem, poszedł w odstawkę. Po słynnej płycie zespołu Test, z wyjątkiem Breakoutu i SBB, nie wydawano już w Polsce tej muzyki! Partia doszła bowiem do wniosku, że Polakom należy odtąd serwować muzykę dla ludu: dla chłopów i robotników. Rozpoczęła się era muzyki festiwalowej oraz tych okropnych programów telewizyjnych z cyklu Z wizytą u was, do udziału w których zapraszano przedstawicieli klas pracujących oraz największe gwiazdy Opola i innych podobnych festiwali w bratnich krajach – od Ałły Pugaczowej poczynając, na Franku Schoebelu kończąc. Zaczął się okres, w którym prawdziwie utalentowane artystki w rodzaju Maryli Rodowicz czy Haliny Frąckowiak były zmuszone funkcjonować obok Edwarda Hulewicza czy Wiktora Zatwarskiego, który śpiewał Srebrne wesele…

Pewnie któryś z partyjnych kacyków stwierdził też, że gitary nie licują z obrazem władzy ludowej. Tym bardziej, że pierwsi polscy rockmani śpiewali też o sprawach pesymistycznych. Rock jest muzyką buntu, pozostaje rockiem tylko wtedy, kiedy jest choć trochę „obrazoburczy”… Nie chodziło nawet o poważny opór: wystarczy, że śpiewano o ścisku w tramwajach albo o tym, że na mieszkanie czeka się przez kilkanaście lat… Nawet to dla władzy było niebezpieczne.

Rozumiem, że ta przerwa w rozwoju rocka skończyła się w latach 80.?

Dopiero za czasów Kani doszło w Polsce do eksplozji popularności rocka. Zaczęło się od Maanamu i słynnego występu Kory na festiwalu w Opolu w 1980 roku, kiedy zaśpiewała Boskie Buenos w aranżacji, która, delikatnie rzecz ujmując, znacznie odbiegała od ustalonego, estradowego szlifu. Podobno niektórzy z organizatorów uprzedzali nawet zespół, żeby tego utworu nie wykonywał. Ale ktoś pokazał im drogę na scenę… i od tego wszystko się w Polsce zaczęło na nowo. Podejrzewam, że w tym samym momencie ktoś w Komitecie Centralnym uznał, że rock jest dobry, bo gdy młodzi wyszaleją się na koncertach, to nie będą już mieć siły uczestniczyć w demonstracjach przeciw władzy.

Żelazna kurtyna oddzielała również polskich wykonawców od głównego nurtu rocka na Zachodzie, sprawiła, że szereg znakomitych polskich zespołów rockowych nie mogło rozpocząć tam kariery, grać koncertów, tworzyć w dobrych studiach nagraniowych. Wielka szkoda, bo kiedy słucha się na przykład nagrań Breakoutu z Mirą Kubasińską i Tadeuszem Nalepą z początku lat 70., nabiera się przekonania, że gdyby tylko śpiewali oni po angielsku, byłaby to absolutnie pierwsza liga światowego rocka…

To prawda, w tamtym czasie mieliśmy więcej takich zespołów: płyta Krywań Skaldów to muzyczne mistrzostwo świata. Podobnie jak Mrowisko grupy Klan. Niestety, większość z tych nagrań brzmi dziś bardzo siermiężnie, ponieważ tworzone były po amatorsku. W Polsce nie było wtedy producentów płyt, ludzi, którzy nadawaliby im ostateczny szlif i nowoczesne brzmienie. Tymczasem na Zachodzie najsłynniejsi producenci zyskiwali status gwiazd niemal równych zespołom, których płyty nagrywali – wystarczy wspomnieć Alana Parsonsa, współautora sukcesu Abbey Road The Beatles i Dark Side of the Moon Pink Floyd. Tymczasem w Polsce jeszcze w 1970 roku perkusję nagrywano na jednej ścieżce, a gitarę na drugiej…

Jak Pan sądzi, w którym kierunku mógłby się rozwinąć polski rock, gdyby mu to umożliwiono?

Z jednej strony, byłoby podobnie jak na świecie. Do końca lat 70. dominowałyby pewnie dwa nurty rocka: klasyczny, rockowo-bluesowy – czyli to, co w Polsce reprezentował Breakout – oraz progresywny. Być może doczekalibyśmy się krajowych kopii Pink Floydów.

Z drugiej strony, pewne charakterystyczne elementy zachodniej kultury rockowej u nas w ogóle „nie załapały”. Na przykład muzyka punk – jej ideologicznym korzeniem był w Anglii bunt przeciwko zjawisku u nas zupełnie niewystępującemu: klasie średniej. Punkowe zespoły pojawiły się u nas dopiero w latach 80., w czasie, kiedy na świecie punku już właściwie nie było.

W 99 procentach rock jest muzyką anglosaską. Choć gra się go i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mistyka nadwiślańska