W niniejszym artykule spróbuję pokazać, w jaki sposób teoria Darwina z prostej i nieszkodliwej na poziomie kosmologii i ontologii hipotezy wyjaśniającej pochodzenie gatunków przeistoczyła się pod wpływem współczesnych interpretacji darwinistycznych i materialistycznych w wojownicze „twierdzenie naukowe”, które konsekwentnie odmawia wszelkiej sensowności jakiejkolwiek teologii czy filozofii niematerialistycznej. Nietrudno wykazać, że zwolennicy owych interpretacji dążą w istocie do swoistego nihilizmu ontologicznego cechującego się przy tym atawistyczną skłonnością do zastępowania rzeczywistości empirycznej teoretycznymi utopiami i myśleniem życzeniowym.
Wprowadzenie
Postaram się najpierw przedstawić zwięzły zarys darwinowskiej teorii ewolucji, by następnie omówić dalekosiężne konsekwencje, jakie właściwa jej logika pociąga za sobą w dziedzinie nauki, filozofii i teologii. Będę się przy tym usilnie starał uwierzyć Darwinowi; uwierzyć we wszystkie jego twierdzenia na temat świata przyrody. Jak się jednak wkrótce przekonamy, nie jest to łatwe zadanie, i to bynajmniej nie dlatego, że staram się podważyć teorię ewolucji. W żadnym razie. Pod wpływem niektórych uczniów Darwina prosta i początkowo zasadniczo nieszkodliwa teoria biologiczna została przechwycona, zawłaszczona i przekształcona w „maszynę przetrwania”1, która służy obecnie zgoła odmiennym celom. Jakim? Stała się oto uzasadnieniem kolejnej wersji redukcjonistycznego materializmu, a właściwie – nihilizmu2.
W roku 1873 w ręce sir Charlesa Sherringtona trafił egzemplarz dzieła O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt (1859) autorstwa Charlesa Darwina. Książkę tę ofiarowała mu matka, przekonując, że jej lektura „na oścież otwiera drzwi wszechświata”. Cóż takiego miała na myśli pani Sherrington? Zanim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, chciałbym przynajmniej pokrótce przypomnieć, za jaką właściwie wizją świata opowiadał się Darwin. Po lekturze eseju Thomasa Malthusa Prawo ludności bez ogródek dzielił się swoimi spostrzeżeniami:
Walka o byt jest nieuniknionym następstwem faktu, że wszystkie istoty organiczne wykazują dążność do szybkiego tempa rozmnażania się. (…) Dlatego też, ponieważ rodzi się zawsze więcej osobników, niż ich może wyżyć, musi w każdym przypadku następować walka o byt albo pomiędzy osobnikami tego samego gatunku, albo między osobnikami rozmaitych gatunków czy też wreszcie z fizycznymi warunkami życia. Jest to teoria Malthusa, zastosowana w spotęgowanej sile do całego królestwa zwierzęcego i roślinnego3.
I tak, według Darwina, świat przyrody uwikłany jest w nieuchronny konflikt między wykładniczym wzrostem populacji a koniecznością rywalizacji o coraz szybciej wyczerpujące się zasoby; między gatunkami i wewnątrz nich musi więc niechybnie trwać zacięta walka o byt. Właśnie Darwinowi przypisuje się powszechnie utarte już pojęcie „przetrwania najlepiej przystosowanych”. Co jednak ciekawe, pojęcie to tak naprawdę pojawia się po raz pierwszy dopiero w piątym wydaniu dzieła O powstawaniu gatunków, swój właściwy zaś początek bierze w opracowaniu Principles of Biology (1864) Herberta Spencera4. Sam Darwin zresztą, co trzeba zaznaczyć, w rzeczywistości wcale nie mówił o przetrwaniu osobników najlepiej przystosowanych. Trafniejsze byłoby twierdzenie, że mamy u niego do czynienia z przetrwaniem osobników lepiej przystosowanych, ponieważ warunki, w jakich toczy się walka o byt, są zawsze względne, to więc, co dziś przetrwaniu sprzyja, jutro może stanowić dlań przeszkodę. Ostateczną miarą przystosowania jest z kolei sukces reprodukcyjny w relacji do rywali tego samego gatunku: osobniki, które wywalczą sobie niezbędne do rozmnażania zasoby, dowodzą tym samym, że są dobrze przystosowane, te zaś, które wywalczą ich tyle, by pozostawić liczniejsze potomstwo, dowodzą, że są przystosowane lepiej. Dochodzimy tutaj do najważniejszego spostrzeżenia Darwina:
A jeżeli występują kiedykolwiek zmiany pożyteczne dla jakiejkolwiek istoty, to z pewnością osobniki odznaczające się nimi będą miały w walce o byt najwięcej szans zachowania się, a wskutek potężnego prawa dziedziczności będą usiłowały one wydać potomstwo mające podobne cechy. Tę zasadę zachowania się, czyli przeżycia najstosowniejszego, nazwałem „doborem naturalnym”5.
Teoria ewolucji Darwina to teoria ewolucji drogą doboru naturalnego, która opiera się na trzech fundamentalnych zasadach: zmienności, reprodukcji i dziedziczności, te zaś wspólnie dają początek temu, co zwiemy dziedziczeniem z modyfikacjami. Każda modyfikacja jest stopniowa, narastająca i addytywna.
No dobrze, mógłby ktoś zapytać, na czym zatem polega problem? Otóż w opisanej teorii czai się kilka implikacji, jeśli nie radykalnych, to przynajmniej sprzecznych z intuicją, choć to oczywiście zależy od tego, jaką intuicją zostaliśmy przez naturę obdarzeni. Jedną z tych implikacji jest transmutacja gatunków czy też – inaczej mówiąc – zmiana gatunkowa. Przywykliśmy sądzić, że pies to pies, a kot to kot, i basta – nasi pupile są i zawsze pozostaną bytami odrębnymi. Po zejściu ze statku Beagle (1836) na suchy ląd Darwin porzucił jednak tę opierającą się na niewzruszonym od czasów Platona filarze esencjalizmu wiarę w stałość gatunków. Esencjalizm typu platońskiego zakładał, przypomnijmy, że gatunki obdarzone są istotą, istota ta zaś jest z zasady niezmienna. Byty uporządkowane są z kolei w ramach naturalnej hierarchii, wyobrażonej jako scala naturae czy też wielki łańcuch bytu, który ciągnie się od stanowiącej jego pierwsze ogniwo przyrody nieożywionej, kolejno poprzez byty wegetatywne i zwierzęce, aż po byt ludzki, następnie zaś sięga aniołów, by wreszcie spocząć w Bogu. Ruchowi wzwyż towarzyszy w tej hierarchii oczywiście wzrost ważności i znaczenia. W pewnym sensie wszyscy na co dzień w taki właśnie sposób kategoryzujemy napotkane byty. Bez wahania na przykład przystępujemy do koszenia trawy, niechętnie jednak skosimy psa; z apetytem jadamy na obiad potrawkę z kurczaka, od spożycia córki sąsiada zazwyczaj się powstrzymujemy. Teoria Darwina tymczasem zakłada, że świat przyrody nie ma charakteru trwałego, lecz płynny. Wszelkie punkty odniesienia odpływają zatem z jego rwącym nurtem w siną dal.
Do koncepcji płynności jeszcze powrócimy, tymczasem wypada ponownie oddać głos samemu Darwinowi, tym razem przytaczając słowa z innej ważnej pracy pod prowokującym tytułem O pochodzeniu człowieka (1891):
Przy całym szlachectwie swej natury (…), choć intelektem równy jest niemal bogom, przeniknął ruchy i strukturę układu słonecznego, człowiek, ta obdarzona wspaniałymi zdolnościami istota, wciąż w swej cielesnej powłoce nosi ślad swego pospolitego pochodzenia6.
Człowiek, według Darwina, dzieli rodowód nie tylko z małpami człekokształtnymi, ale – co szczególnie ważne – również z całym światem ożywionym. Wszystkie istoty bowiem, jak się zdaje, wypełzły na ląd z tego samego pierwotnego bagniska. Darwin wspomina o „jednej pierwotnej formie” zrodzonej w „małej ciepłej sadzawce”, w której swój początek miało znaleźć życie. Życie ma więc charakter monofiletyczny – wszystkie jego przejawy dają się sprowadzić do jednego wspólnego rdzenia. Galileusz ściągnął zatem niebiosa na ziemię, przez co we współczesnej nauce zanikła hierarchiczna różnica między górą a dołem, Darwinowi udało się natomiast, jak widzimy, zatrzeć również nieredukowalną dotąd różnicę oddzielającą człowieka od zwierzęcia. Z tego posunięcia wyciągnąć można konsekwencje jeszcze bardziej radykalne i zauważyć, że w takim razie również materia i umysł (zakładając, iż umysł w ogóle istnieje) stanowią zaledwie punkty pewnego kontinuum. Odkrywamy zatem najpierw, że gatunki – w tym i homo sapiens – to konstrukty arbitralne. Następnie dowiadujemy się, że człowiek posiada wspólnych przodków z małpami człekokształtnymi. W końcu zaś okazuje się, że zarówno człowiek, jak i spokrewnione z nim małpy dzielą rodowód nie tylko ze sobą nawzajem, ale i ze wszystkimi istotami żywymi, stanowią przeto wycinek jednego kontinuum, na którego przeciwległym krańcu leży świat materii nieożywionej. Przekładając tę biologiczną obserwację na język ontologii, skazujemy się, jak się zdaje, na wieczną pogoń za nieuchwytną poznawczą chimerą. Darwinowski paradygmat transmutacji, w połączeniu z teorią wspólnego rodowodu, czyni bowiem zmianę – stawanie się – kategorią podstawową, podobną do siły inercji Newtona. W myśl tej koncepcji stabilność stanowi niejako odstępstwo od normy, jest złudzeniem wynikającym z naszego zaściankowego umiejscowienia w czasie. Jak to ujmuje Olivier Rieppel:
Z punktu widzenia kontinuum gatunków nie można ustanowić inaczej niż przez arbitralne odgraniczenie określonych wycinków genealogicznego drzewa (…) Ciągłość nakazuje nam w sporze o ich naturę zająć stanowisko nominalistyczne, kładzie bowiem nacisk na proces, przez co prawidłowości stają się zaledwie kwestią wytyczenia arbitralnych linii demarkacyjnych7.
Wyobraźmy sobie zielone jabłko. Postrzegamy je jako byt rzeczywisty i stały, jako coś, co można uznać za „prawdziwe”. Prawdą jabłka, ukrytą za zasłoną wrażeń zmysłowych, jest jednak w istocie garść prochu: „z prochu powstałeś, prochem pozostajesz”. Z punktu widzenia ontologii wciąż jeszcze brodzimy w pierwotnym bagnisku. Byty, a zatem i biologiczne gatunki, to zaledwie unieruchomione wycinki czasu, nietrwałe i pozbawione niezależnej tożsamości migawki historii. Darwinizm, jak twierdzi John Dewey, stanowi „podniesienie ręki na arkę absolutnej trwałości”8. Kiedy zatem postrzegamy jabłko, nasze postrzeżenie opiera się na fundamencie nieusuwalnego braku. Jesteśmy bowiem zdolni nadać odniesienie pojęciom jedynie poprzez akt zdecydowanego i – jak już zauważyliśmy – arbitralnego wzięcia w nawias pewnego wycinka kontinuum czasu. Jawienie się rzeczy czy też akt ich poznania, podobnie zresztą jak i samo myślenie (do czego jeszcze powrócę), nieubłagalnie – na wzór Derridiańskiego „znaczącego” – wciąż odsyła nas w nieskończoność, odprowadza w mroki prehistorii. Skazani jesteśmy na nieustanną gonitwę za jednością sensu i odniesienia, to zaś z kolei oznacza, że wszelkie zjawiska, o czym również będzie wkrótce mowa, mają charakter zaledwie epifenomenów.
Podbijmy nieco stawkę. Daniel Dennett nazywa teorię Darwina „niebezpieczną ideą”, ponieważ
koncepcja Darwina do złudzenia przypomina kwas uniwersalny: przeżera się przez niemal każde tradycyjne pojęcie i zostawia za sobą całkowicie przeobrażony krajobraz. Teoria ta zrodziła się w odpowiedzi na specyficzne pytania biologii, niczym kwas wyciekła jednak poza jej teren i choć nie zawsze ją o to proszono, zalała swoimi odpowiedziami inne dziedziny: z jednej strony kosmologię, z drugiej zaś psychologię (…) Istniała wręcz groźba, że rozprzestrzeniając się we wszystkich kierunkach, rozpuści także iluzję naszej własnej sprawczości, sen o ożywiającej nas Bożej iskrze kreatywności i intelektu9.
Na tym właśnie etapie coraz trudniej uwierzyć Darwinowi, a trzeba przecież przyznać, że on sam zdaje się niekiedy zachęcać do przeszczepienia swojej teorii poza granice ściśle pojętej biologii. Oto co pisze w swoich dziennikach: „Teraz, gdy dowiedliśmy już pochodzenia człowieka, musi rozkwitnąć metafizyka – kto zrozumie pawiana, więcej uczyni dla metafizyki niż sam Locke”10.
Błąd supranaturalistyczny
Do zagadnienia kariery teorii Darwina poza granicami biologii jeszcze powrócę. Tymczasem chciałbym wyjaśnić, co rozumiem przez określenie błędu supranaturalistycznego. Oto Richard Lewontin głosi w duchu popularnej już koncepcji Wilfrida Sellarsa, że „jedynym źródłem prawdy jest nauka”11. Abstrahując nawet od faktu, że nie jest to twierdzenie naukowe, a raczej teza filozoficzna, musimy sobie jednak zadać pytanie, dlaczego autor gotów jest ulec podobnemu petitio principii. Lewontin uchyla rąbka tajemnicy:
Opowiadamy się wciąż po stronie nauki, mimo że niektóre jej konstrukty są w sposób oczywisty absurdalne, mimo że nie spełniła ona wielu ze swych szumnych obietnic (…) mimo że środowisko naukowe wciąż toleruje niepoparte dowodami wyjaśnienia typu „bo tak”, ponieważ zobowiązuje nas do tego przysięga wierności, którą uprzednio już złożyliśmy materializmowi (…) Mam przy tym na myśli materializm absolutny, nie możemy bowiem wpuścić Boga choćby do przedsionka12.
W obliczu podobnego dogmatyzmu, myśliciele tak różni jak Gilbert Keith Chesterton i Thomas Nagel zdają się mieć rację, ostrzegając, że „obawa przed religią wywiera potężny i często szkodliwy wpływ na dzisiejsze życie intelektualne”13. Mamy tu doskonały przykład tego szkodliwego wpływu: jeśli jakieś zjawisko nie spełnia z góry przyjętych kryteriów naukowości, po prostu nie istnieje. Błąd supranaturalistyczny polega zatem na wnioskowaniu z istnienia o nicości. Nasza ogarnięta kultem scjentyzmu nowoczesność wymaga bowiem, byśmy porzucili „obraz zjawiskowy” i zastąpili go „obrazem naukowym”. Przypomnijmy sobie sir Arthura Eddingtona i jego dwa stoły: z jednej strony stojący przed nami masywny drewniany stół, z drugiej zaś – zbudowany z atomów i próżni stół w świetle fizyki. Nie ma w tym obrazie nic zdrożnego. Fizyka ma prawo w ten sposób postrzegać nasz stół, a my i tak będziemy ufnie na nim układać nasze spodki, talerze i sztućce. W ostatecznym rozrachunku sugeruje się nam jednak, że to obraz, jaki podsuwa nam fizyka, jest w rzeczywistości jedynym właściwym. Dlaczego? Ponieważ tylko cząstki elementarne są naprawdę rzeczywiste (ontos onta), stół w babcinej kuchni powinniśmy natomiast włożyć między bajki, stanowi bowiem przejaw traktowanej ze wzgardą tzw. psychologii ludowej. Możemy w ostateczności pójść na ustępstwa – co nam w końcu po stole, cóż znaczy stół? Ale z chwilą, gdy odrzucimy obraz zjawiskowy – bądź też, gdy obraz zjawiskowy zrzeknie się swoich praw do opisywania świata – sytuacja staje się nad wyraz skomplikowana, nie wystarczy już bowiem rezygnacja z kategorii stołów. Będziemy zmuszeni pożegnać się na przykład również ze światem kolorów. Tak zwane jakości wtórne już od czasów Demokryta, przez Galileusza aż po Locke’a po kolei wypraszano z sali, aż w końcu zatrzaśnięto za wszystkimi drzwi. William Butler Yeats – trzeba chyba przyznać: proroczo – powiedział kiedyś, że zapoczątkowany przez Newtona naukowy paradygmat, przyjmujący istnienie jedynie jakości pierwotnych, pozostawił nas w świecie podobnym do „ekskrementów”. Jak jednak za Berkeleyem podkreśla Anthony O’Hear: „Wart wtórny Pac pierwotnego pałaca”14. Innymi słowy: powody, które skłaniają nas do odrzucenia jakości wtórnych, uzasadniają równie dobrze odrzucenie jakości pierwotnych z tej prostej przyczyny, że również i one zależą od postrzegającego podmiotu – są więc, że tak powiem, uwikłane w stany umysłu.
Dążenie do redukcji tego, co złożone, do tego, co proste, na kolorze się tymczasem nie kończy. Bynajmniej. Jak pisze Paul Churchland:
Weźmy na przykład dźwięk. Wiadomo już, że dźwięk to nic więcej jak tylko sekwencja przemieszczających się w powietrzu fal podłużnych i że to, co nazywamy wysokością dźwięku, równoznaczne jest z częstotliwością drgań. Na światło składają się fale elektromagnetyczne, a ciepło i zimno ciał to po prostu energia wytwarzana przez ruchy składających się na nie cząsteczek. W tym samym sensie to, co zwiemy „stanami umysłu”, jest identyczne ze stanami naszego mózgu15.
Tak oto przeszliśmy drogę od barwy do myśli samej. Oddajmy ponownie głos Churchlandowi: „Czy to możliwe, że nikt nigdy w nic nie wierzył?”16. W jego…