Subskrybuj
Pisarz z Krakowa. Jego powieść Sto dni bez słońca nominowana była do Paszportów „Polityki” 2014; natomiast Fugę nominowano do Nagrody Nike 2013. Ostatnio opublikował Wróżenie z wnętrzności.

Chochoły: Wigilia (fragment)

Rozmowy wygasały. Ci, co zamilkli, gestami uspokajali innych. Wreszcie zrobiło się cicho i wszyscy znieruchomieli, zgodnie zwracając głowy w jednym kierunku. Rodziło się zgromadzenie. W rogu sali kolumnowej stał wuj Tomasz, wyprostowany, szczupły, wodzący niewidzącym wzrokiem tuż ponad naszymi głowami, jakby oczekiwał naszych twarzy wyżej, jakbyśmy w jego oczach ślepca przewyższali samych siebie. Rośliśmy pod tym spojrzeniem, stawaliśmy na palcach, wbijaliśmy się w niezasłużoną dumę.

Na Wigilię wuja Tomasza ubrano w sutannę, którą wkładał niechętnie, chodząc po Domu w wyciągniętych sztruksowych spodniach i flanelowych koszulach. Wyglądał niecodziennie, trochę jak przebrany, udający kogoś innego, a przecież przez większość życia takim właśnie go oglądałem. Teraz mimowolnie poprawiał palcami koloratkę, ruchy szyi potwierdzały, że dawny strój przestał być jego drugą skórą, sutanna wisiała na nim żałobnie. Obok Tomasza stał mój kuzyn Andrzej i trzymał otwarte Pismo Święte.

Od lat rozpoczynaliśmy wieczerzę wigilijną od lektury drugiego rozdziału Ewangelii według św. Łukasza. W owym czasie… kiedy namiestnikiem Syrii był Kwiryniusz… do swego miasta… która była brzemienna… urodziła… w żłobie… bo nie było dla nich miejsca w gospodzie. Znałem te słowa od dziecka, rok po roku wyżłobiły w mojej pamięci głębokie bruzdy. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego opis narodzin Jezusa zawiera głównie jakieś biurokratyczne informacje na temat spisu ludności. Sens tego fragmentu ukryty był wśród drobiazgowego przedstawienia okoliczności, narodziny pozostawały na marginesie tej opowieści.

Pojawienie się wujka Tomasza w Domu w naturalny sposób doprowadziło do zmiany tego obyczaju, po lekturze Ewangelii ksiądz wygłaszał krótką homilię, to było oczywiste, obyczaj zreformował się sam, za pierwszym razem, bez niczyich interwencji, i tak pozostało w kolejnych latach, żywa tradycja regulowała się sama.

Zastygliśmy w oczekiwaniu. On słyszał tę ciszę i wytrzymał ją; splótł dłonie i podniósł je do twarzy, zasłaniając usta. Kilka razy westchnął w skupieniu. Wreszcie dał głową znak, Andrzej zaczął czytać.

– Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak…

To nie był ten fragment, wypowiadane przez Andrzeja słowa uderzały we frazy podsuwane przez dobrotliwą pamięć. Mąż jej Józef… oddalić ją potajemnie… we śnie… nadasz imię Jezus… uczynił tak, jak mu polecił anioł … aż porodziła Syna. Każde zdanie się wykolejało, każdy ze słuchających musiał się skoncentrować, wejść na nowo w odczytywane orędzie.

– Oto Słowo Pańskie…

Odpowiedzieliśmy chóralnie. Andrzej zamknął Biblię i odłożył ją na stolik za sobą. Wujek Tomasz stał chwilę w milczeniu. Wreszcie podniósł głowę i z zamkniętymi oczyma powiedział:

– To wydarzy się dzisiaj w nocy. Spróbujmy tego nie przegapić.

I tyle; czekaliśmy na coś więcej, ale nie było nic więcej, wuj Tomasz ruszył do przodu, Andrzej podbiegł, by mu pomóc znaleźć miejsce, kiedy zasiadł na fotelu, zaczęliśmy się wszyscy poruszać, odczarowani, ośmieleni, ciotka Magda wkroczyła między nas z talerzem pełnym opłatków. Rozpoczęły się życzenia, dwadzieścia osób zaczęło krążyć po sali kolumnowej, by na krótką chwilę spotkać się z każdym krewnym.

Podszedłem do Matki. W naszej rodzinie życzenia trwały długo. Dwadzieścia dwie osoby, każdy przełamuje się z każdym, każdy ma przed sobą dwadzieścia jeden spotkań, w sumie dwieście trzydzieści jeden przełamań, tafle opłatków strzelają wokoło jak pękający lód. Ile zajmują pojedyncze życzenia? Podejście, chwila zastanowienia, wygłoszenie życzeń, zapytanie o jakąś troskę, wysłuchanie życzeń, krótka pogawędka, promenada, odnalezienie kolejnej osoby, ominięcie tych, którym się już życzyło, chwila oczekiwania, bo do babci, cioci, wujka jest kolejka, pogawędka w kolejce, korekta planów, odnalezienie wzrokiem babci, cioci, wujka, do których nie ma kolejki, przypadkowe spotkanie z kuzynem, myśmy sobie już życzyli, uśmiechy; babcia, ciocia, wujek, do których nie było kolejki, są już zajęci, znowu korekta planów, pod oknem stoi samotnie babcia, ciocia, wujek, więc podejście i kolejne spotkanie. Ile trwa jedna kolejka? Dwie minuty, trzy, pięć? Niezręcznie jest spoglądać na zegarek, to przecież życzenia, nie wydzielamy czasu, życzymy aż do wyczerpania, opłatki są, zawsze w nadmiarze, można dobrać, w każdej chwili można dobrać, aż do wyczerpania, aż do wycieńczenia. Zazwyczaj przekraczamy godzinę, nigdy nie sprawdzałem, ale godzinę co najmniej, pod koniec życzenia stają się coraz krótsze, z wielopoziomowych konstrukcji pozostaje tylko esencja, każdy jest już trochę zmęczony, życzymy sobie, żeby życzenia były krótkie, coraz krótsze, to jest podstawowe życzenie, z ostatnimi osobami rozumiemy się bez słów, tylko skubiemy resztki opłatków, okruszki ostatnie, głębsze spojrzenie, jakiś gest, jakiś pocałunek, do wycieńczenia. Jak nam się udaje to wszystko zmieścić, w jeden wieczór? A potem jeszcze potrawy, i prezenty, i kolędy, i na pasterkę jeszcze trzeba się zebrać, i dojść, i zająć miejsce. Ten wieczór trwa co najmniej dwa wieczory, czas rozciąga się, by pomieścić złożoność domowych rytuałów, czas zastyga, pozwala zdążyć ze wszystkim.

Podszedłem do Matki. Zewsząd łapałem kątem ucha zwyczajowe zdrowia, szczęścia, pomyślności, ludzie wokół mnie życzyli sobie najlepiej, a jednocześnie wypowiadali to nieporadnie, kryjąc się za sprawdzone od lat formuły. Wiadomo, zdrowie ważne, szczęście ważne, wszystko ważne. Życzenia ciepłe, serdeczne, odarte z intymności bezpośredniej relacji. Ogólność ułatwiała tę relację, znosiła kłopotliwość, skrępowanie zbytniego zanurzenia w świat innych. Czego życzyć dziewięćdziesięcioletniej babci Marii? Zdrowia? Stu lat? Co znaczy pomyślność? Jak co roku próbowałem lepić coś własnego, nieudolnie próbując rozpoznać te nadzieje, które otwierają horyzont moich bliskich. Moja oryginalność co roku rodziła się w momencie wzięcia z tacy opłatka, nie była nigdy zbyt przemyślana, konstruowana w popłochu, zawsze niegotowa. Kto liczy na wyzdrowienie, kto potrzebuje odpoczynku, kto nie może znaleźć sobie miejsca na świecie, kto pogrąża się w samotności, kto chciałby spokoju, zmiany pracy, odmiany życia. Starałem się diagnozować te pragnienia, odczytywać je z okruchów doświadczeń, zasłyszanych rozmów, domysłów, wyznań, wykradzionych snów. Ponieważ w tym rozpoznaniu zawsze byłem spóźniony, nieprzygotowany, poświęcałem na nie czas podczas życzeń innych. Oni zaczynali, zdrowia, szczęścia, pomyślności, czasem coś od siebie, a ja słuchałem nieuważnie, słuchałem nie słuchając, pozorując skupienie, wszelkie błogosławieństwa puszczałem mimo uszu, ugniatając gorączkowo własną wypowiedź; tę wstydliwą czynność skrywałem pod pełnym spokoju uśmiechem, pod spojrzeniem głębokim i pustym jednocześnie. Kiedy kończyli, babcia, ciotka, wujek, ja zaczynałem, z namysłem, ze zrozumieniem. Bliscy, kiedy udało mi się utrafić w sedno ich prawdziwych trosk, uśmiechali się ciepło, jakby przypomnienie o własnym bólu, o własnej biedzie, sprawiało im przyjemność. Ich twarze, na co dzień przygaszone, zaprzątnięte krzątaniną wokół spraw ważnych i pozornie ważnych, rozprostowywały się, oczy nabierały blasku. Zderzaliśmy się jak wolne elektrony, jak cząsteczki, które odbijają się od siebie nawzajem. Spotkania krótkie, rozbłyskujące na moment, na mgnienie oka, potem przepraszające spojrzenia, jeszcze muszę połamać się z ciocią, babcią, wujkiem; kruchość naszych małych spotkań była nie do ocalenia. Z wieloma moimi bliskimi nie rozmawiałem tak blisko, tak ulotnie, przez cały poprzedni rok. Rozstając się z kawałkiem niekwaszonego ciasta w dłoniach, wymienialiśmy pełne porozumienia spojrzenia. Musimy to powtórzyć, może jutro, może w drugi dzień Świąt, mieszkamy przecież pod jednym dachem… Wiedzieliśmy, że nie dotrzymamy tych niemych obietnic, że spotkamy się dopiero za rok, na ten jeden moment.

Podszedłem do Matki. Z trudem odnaleźliśmy się w gromadzie krewnych. Większość z nich ustawiła się w kolejkach do foteli, na których zasiadali starcy, przyjmując życzenia i błogosławiąc. Kolejki żyły własnych życiem, w nich ludzie konwersowali, korzystając z okazji przełamywali się między sobą, w oczekiwaniu, w napięciu, by seniorom rodu życzyć dobrze i treściwie, w rodzinnym ogonku bliscy deptali sobie po piętach. Kilka razy widziałem Matkę zajętą, z babcią, ciocią, wujkiem. Szukałem kogoś innego i znów gromada nas rozdzielała. Kolejna twarz, kolejny uśmiech, zapraszające rozłożenie ramion, my przecież jeszcze nie, a jak jeszcze nie to teraz, czemu nie teraz. I wszystkiego najlepszego z babcią, ciocią, wujkiem. Znam dobrze moich bliskich, znam ich od dziecka, znam z wspólnych wakacji, znam z imienin i obiadów świątecznych; od kilkunastu lat mieszkamy razem w jednym domu, Domu, widzę ich w szlafrokach, piżamach, widzę na co dzień, bez makijażu, bez udawania, w kapciach, w łóżkach, przy stole. A jednak mam poczucie, że nie wiemy o sobie nic. Ja sam przemykam codziennie między nimi z poczuciem, że najważniejsze ze swoich spraw pozostawiam dla nich zatrzaśnięte, że nie dla nich pielęgnuję moje troski i sekrety. Wtłoczyliśmy się, dla własnej wygody, dla wygody uporządkowania tych ponad dwudziestu osób, z którymi mieszkamy dzień w dzień pod jednym dachem, wtłoczyliśmy się nawzajem w dobrze skrojone mundurki, wiemy, czego możemy od siebie oczekiwać, czego się spodziewać, rzeczywistość Domu jest przewidywalna, bo po to ma się dom, by wszystko było na swoim miejscu, po to, by każda inność stała się swojska, oswojona, wypolerowana od ciągłego gładzenia. Rysy tracą ostrość, nie kaleczymy się o kanty i krawędzie, każdego z tych bliskich, najbliższych, potrafimy zgrabnie opisać jednym, dwoma aforyzmami. Inni żyją wokół nas jak aforyzmy, odwróceni tylko profilem albo patrzący tylko na wprost, z jednym wyrazem twarzy, z jedną kwestią do wypowiedzenia. Dla wygody uporządkowania rzeczywistości babcie są babciami, starcy starcami, młode matki młodymi matkami, wujowie i kuzyni porozstawiani po kątach. Ja też stoję w jakimś kącie, też zostałem zaklęty w kamień przez moich bliskich. Zamieszkujemy ten Dom podobnie jak zegary, kredensy i etażerki, pomiędzy nimi zajmujemy przypisane sobie miejsce, między gablotką a sekretarzykiem, kaloryferem i szafką nocną. Patrzę na twarze moich bliskich, znane od dziecka, niezmienne dzięki codziennemu oglądaniu, niestarzejące się i pozaczasowe, przez te nieruchome, zastygnięte w moim umyśle oblicza nie dociera do mnie nic ważnego o nich samych. Nasze spotkania wywołują w nas te same reakcje, witamy się tymi samymi słowami, wszystko odbywa się według niezmiennego rytmu powtarzanego za każdym razem obrzędu. Małe, wstydliwe ryty przejścia, poranne pozdrowienia, południowe zapytania, konwersacje, nie rozmowy, ryty odpychające, odpychające nas od siebie, pozwalające przejść przez życie, przez Dom, nie spotykając nikogo, i jednocześnie mieć poczucie uczestniczenia we wspólnocie. Relacje nasze mają charakter niemal liturgiczny. Wiem, czego mogę od nich oczekiwać, wiem, że mnie nie zaskoczą, ja też nie zaskakuję, odpowiadam ciągle to samo, to, czego można oczekiwać. I tak trwamy od lat, w poczuciu porządku i bezpieczeństwa, Dom jest domem, tu nie czyhają na nas żadne pułapki, dom to przecież świat oswojony. Spotykam moich bliskich, nad nami zawisa nastrój, i mówimy to, co powiedzieć powinniśmy. To, co chcę naprawdę powiedzieć, to, co mi się wydaje, że chcę powiedzieć światu na swój temat, zachowuję dla siebie i pomstując na skamienienie obyczajów rodzinnych, sam dostrajam się, mimowolnie i bezrefleksyjnie, do tego nastroju. Zapewne inni myślą to samo, kiedy się mijamy, czują ten sam niedosyt, to ukłucie utraconej szansy, dlaczego miałoby być inaczej, dlaczego tylko ja miałbym posiadać przenikliwość dostrzegania owej trudności nie do przezwyciężenia, na której panowanie wszyscy wydajemy przyzwolenie, więc mijamy się i rozstajemy się z goryczą niespotkania, goryczą poddania się nastrojowi, niesmakiem kolejnego błahego przegapienia się nawzajem i po chwili przełykamy tę gorycz bez bólu, mijamy kolejną babcię, ciocię, wujka. A potem się do tego przyzwyczajamy, nie można przecież ciągle mijać się z gorzkim smakiem na języku, to przechodzi, nadzieje prawdziwych spotkań płowieją, nastroje, w których ludzie dotykają się naprawdę, schną w zapomnianych zielnikach.

Podszedłem do Matki, wiedząc to wszystko, kontemplując to niczym bolącą ósemkę, wiedziałem to wszystko i szedłem pomiędzy moimi bliskimi, swojskimi i przez to dalekimi, uśmiechając się, przełamując, kochając w rodzinny, niezobowiązujący sposób; wiedziałem to, i oni wiedzieli, może w ten wieczór bardziej, może nasza radość z rodzinnego ciepła podszyta była żalem, że starcza nam siły na spotkanie tylko przez te parę godzin, może radość wigilijna w nas wszystkich podbita była nostalgią i tęsknotą, zawstydzeniem własną niemożnością, tym bardziej dotkliwą, że w myślach przezwyciężaną bez większego trudu. Wiedziałem to wszystko i szedłem do mojej Matki, która przez moment mignęła mi przy chórze starców. Wszyscy, ona też, byliśmy zakładnikami nastrojów, które przechodziły przez Dom niczym fronty atmosferyczne, nieraz zawisając na kilka lat nad poszczególnymi pomieszczeniami, ludźmi, relacjami. Nie raz szliśmy do kogoś z rodziny, do babci, cioci, wujka, układając w głowach prawdziwe, niesfałszowane rozmowy; nie raz szliśmy na spotkanie, projektując w głowie nieskłamane dialogi. Przekroczenie progu pokoju, miny, które wymienialiśmy zawsze, rytualne frazy pozdrowień, to wszystko oddalało nas od siebie i oddawało w panowanie niechcianych nastrojów. Mechanicznie dostrajaliśmy się do zadanej tonacji, każdy zajmował właściwe miejsce, wypowiadał właściwe kwestie. Nastroje zawisały nad nami, zagnieżdżały się w Domu na długie tygodnie, przemieniając wszystkie nasze spotkania, zapytania i odpowiedzi. Wiedziałem to wszystko i nie potrafiłem, nie chciałem nic zrobić, nastroje mnie obezwładniały, rozleniwiały. Po co zmieniać, czy tak nie jest dobrze? Blisko, przez szybę.

Nastroje, przestroje, rozstroje; słowa gładkie i wyślizgane, jak ulał pasujące do rzeczywistości, cisnące się na usta, obejmujące cały świat swą zniewalającą mocą. A za nimi skryty Bartek, szlachetny dawca kategorii, Bartek, który uwięził nasze życie w tej metaforze, Bartek, wielki twórca teorii nastrojów, Bartek nadający rzeczom prawdziwe imiona. Nastroje, nieuchwytne i ulotne, tłumaczą wszystko, w nich poruszamy się i żyjemy, one rozstrzygają za nas, one przemieniają nasze światy; ich niewidoczne oddziaływanie na nasze relacje, ich ciche przełamywanie się ponad naszymi głowami. To Bartek splótł moje myślenie z tą metaforą, to dzięki niemu wyglądałem na świat z jej wnętrza. Nie znosiłem jej, wyjałowiła się od częstego powtarzania, przeżułem ją na wszystkie sposoby, aż zupełnie straciła smak; a jednocześnie nie miałem sam lepszego języka. Brak własnej mowy zastępowałem cudzymi słowami. Chciałem się wyrwać, lecz nie mogłem jej porzucić; uciekałem spod jej władzy i zawsze wracałem z podkulonym ogonem, zniechęcony wypaloną ziemią dookoła. Teoria nastrojów jaśniała na moim pustkowiu, trzymałem się jej kurczowo, jakbym nie potrafił uwolnić się spod zaklęć mojego brata. Jedyne miejsce, skąd świat wyglądał na uporządkowany, wydarzenia tłumaczyły się nawzajem, wszystko ogarniał sens. W innych miejscach moje myślenie usychało, moje myślenie mogło zamieszkiwać tylko w metaforyce nastrojów. Mój brat skryty za metaforą, nasza Matka skryta za rodzinnymi życzeniami.

Podszedłem do Matki, jej smutek, jej zmęczenie. Bartek, nie ma Bartka, jej życie zanurzone teraz w tym jednym nastroju. Podniosłem oczy i nie wytrzymałem jej spojrzenia.

– Nie zadzwonił?

Matka odruchowo ułamała wystający spomiędzy moich palców kawałek opłatka. Uniosła go do ust i zastygła w pół drogi.

– Musisz dowiedzieć się, jak żyje i gdzie mieszka. Znajdziesz go?

– Tak, mamo.

Matka wsunęła okruch opłatka między wargi. Ja też odłamałem, delikatnie, skromnie, sam rąbek, płytka pękła z cichym trzaskiem.

– Znajdziesz go?

Powtórzenie mnie uderzyło; przecież powiedziałem, po co mnie jeszcze o to pyta; może nie usłyszała odpowiedzi, dookoła taki gwar; może nie zrozumiała jej, bo wypowiedziałem ją niedbale, hałas przekręcił moje słowa; może ja nie zrozumiałem pytania i moja odpowiedź była bez sensu. Przez głowę przeleciał tabun myśli, dlaczego pytanie zostało powtórzone? A może moja Matka nie wierzy, że znajdę brata, nie wierzy, że w ogóle będę go szukał? Sądzi, że przytaknąłem, bo wypadało, a duchu zakładam, tak sądzi, że zakładam, że nie nic nie zrobię, bo nie będę musiał nic robić, że Bartek zadzwoni, znajdzie się, a ja nic nie będę musiał, dlatego tak ochoczo przytaknąłem. Tak zapewne sądzi moja Matka, że tylko tak powiedziałem dla świętego spokoju: znajdę, poszukam; wszystko po to, aby nie psuć nastroju, bo wieczerza, bo igliwie, bo opłatek, bo wszyscy radośni i tylko Matka nie pasuje, bo przygnębiona. Tak myśli, nie wierzy mi. A wokoło wszyscy sobie wierzą, wierzymy sobie jak nigdy, chcemy wierzyć w ten jeden wieczór, wokoło Wigilia, wszyscy nawzajem odkrywamy w sobie ludzi, uśmiechy, dyskretna, dostrzegalna w wymienianych spojrzeniach radość.

Ja jeden jestem zakwestionowany, mnie jednemu się nie wierzy. Czy chcę znaleźć brata, czy chcę go szukać? Dlaczego Matka w to wątpi? Poczułem się nieswojo. Wokół narastał gwar, ludzie w parach, pochyleni nad sobą, nad trzymanymi z uwagą kruchymi tabliczkami, nad wypowiadanymi w skupieniu słowami, nie słyszeli naszej rozmowy. Popatrzyłem w nieprzeniknione, zmęczone oczy Matki. A może rzeczywiście odpowiedziałem mechanicznie, takim samym tonem, jakim przyjąłem na siebie od Matki już dziesiątki, setki zobowiązań, których nie dotrzymałem. Może Matka lepiej wie, jak było przed chwilą, a ja się przed tym bronię, chcąc chociaż wobec siebie pozostać lepszym, niż okazałem się naprawdę?

Znaleźć brata, co to znaczy? Pójść do jego mieszkania, zadzwonić na policję, do szpitali, porozmawiać z jego znajomymi, odnaleźć jego przyjaciół, prowadzić własne śledztwo? Dopiero teraz zacząłem sobie uświadamiać, o co Matka mnie prosi. I zobaczyłem, że ta prośba była jednocześnie jej cichym przyznaniem się do bezradności. Poprosiła, bo była bezsilna, bo nigdy nie prosiła o to, z czym sobie dawała radę. Teraz przekazuje mi poszukiwania: ona próbowała i nie dała rady, nie potrafi, nie wie, co robić, teraz ja muszę. Matka powierzyła mi swoją największą troskę: mam odnaleźć Bartka, który zniknął. Wyjechał? Dlaczego nie powiedział, przecież to Wigilia? Porwali go, zaginął, wpadł pod pociąg, pod samochód, ktoś go pobił i zostawił przy drodze? Wcześniej nie zastanawiałem się nad tym. Nie dzwoni, bo mu komórka padła, nie dzwoni, bo nie może zadzwonić.

Ale teraz wiem, o co mnie pytała. W tamtej chwili, przed wigilijną wieczerzą, w rozgadanym zgromadzeniu mojej rodziny zrozumiałem, po co było to powtórzenie. Matka chciała, bym zadał sobie te wszystkie pytania, bym ja sam zakwestionował sam siebie, ja, nie ona, bym podał w wątpliwość swoją dobrą wolę, swoje przekonanie o domniemaniu własnej dobrej woli, bym przeszedł przez to wszystko i nie poprzestał na bezmyślnej zgodzie.

– Znajdziesz go?

– Tak – odpowiedziałem i uwierzyłem we własną odpowiedź.

Chyba o to jej chodziło. Przytuliłem ją na znak zakończenia życzeń, powrót w ramiona obrzędu, jeszcze odłamaliśmy po okruszku opłatka, małym, rozmiękłym od trzymania w palcach, oddartym, nie odłamanym, i ruszyliśmy we dwoje na górę, do pokoju Ojca, by tam przez kilka minut, przed wigilią, jak co roku, przy jego łóżku.

Po schodach, korytarzach odprowadzał nas gwar rodzinnego zgromadzenia, polifonia głosów, szeptów i śmiechów. Melodie pojawiały się i uciekały, frazy krzyżowały się i zderzały, moi bliscy, nasi bliscy odzywali się i milkli, nawet w najcichszych momentach nie zapadało zupełne milczenie.

Przy Ojcu siedziała babcia Maria, góralski profil Berdów, rysy wyostrzone jak na dziewiętnastowiecznych sztychach. Wsparta na lasce, zgarbiona, patrząca w uśpioną twarz swojego syna. Kiedy weszliśmy, wstała z trudem. Podeszła do Matki i objęła ją.

– Jest taki spokojny – powiedziała.

Stały chwilę w milczeniu, patrząc w tym samym kierunku. W pokoju było ciemno, lampka na stoliku przy łóżku rozświetlała tylko posłanie, kąty tonęły w mroku.

– Basiu, jesteś taka dzielna – powiedziała i rozpłakały się przytulone.

Wyszedłem na korytarz, zawstydzony.

9Zasiedli przy stołach, zasiedliśmy. Bez ustalonego wcześniej porządku, bez karteczek przy nakryciach, tworząc niewielkie grupy, ledwo wydzielone z całego zgromadzenia, zawiązane doraźnie, bez głębszych uzasadnień, czy mogę koło ciebie, siadaj, ależ proszę, może siądę przy babci, przy cioci, przy wujku. Tylko dzieci zbite w gromadkę, my chcemy razem, posadzone z brzegu stołu, blisko szopki, blisko choinki, w każdej chwili można odejść, sprawdzić, czy aniołek się nie pojawił, może są już prezenty. Stół długi, biały, rozjarzony skocznymi płomykami świec, niebieskie wiatraki i drzewa na talerzach zdają się poruszać, łamiąc się w ciepłym świetle. W głowie stołu, w obydwu głowach, któż rozsądzi, który koniec ważniejszy, który jest na początku, a który na końcu, w głowach stołu puste miejsca dla Nieznajomego i dla mojego Ojca, komplet zastawy, opłatek na talerzu, krzesło dotykające oparciem krawędzi obrusa. Zasiedli, zasiedliśmy, cała rodzina, wszyscy, którzy mogli, zasiadł cały Dom. Naprzeciw mnie, od lewej: Ania Chochoł, moja kuzynka, córka stryja Piotra i cioci Magdy; Bartłomiej Chochoł, puste miejsce dla Bartka, mojego brata, dokładnie na wprost mojego nakrycia; wuj Łukasz Wicher, malarz, starszy brat mojej Matki; wujek Tomasz, ksiądz i ślepiec, młodszy brat mego nieżyjącego już dziadka, Jana Chochoła i szwagier babci Marii; babcia Maria, z domu Berda, wdowa po Janie Chochole, najstarsza z rodu, matka mojego Ojca i stryja Piotra; stryj Piotr, młodszy brat mojego Ojca, architekt; ciocia Magda, z domu Ryś, żona stryja Piotra i matka Pawła, Ani i Andrzeja; Paweł, mój kuzyn, starszy brat Ani, syn Piotra i Magdy; Małgosia, żona Pawła, z domu Chowaniec; kuzynka Monika Ryś, po prawdzie żadna kuzynka, córka Marka i Uli; Mateusz, syn Moniki; Franek, syn Pawła i Małgosi. Zasiedli, zasiedliliśmy, po mojej stronie stołu, od lewej Andrzej Chochoł, młodszy brat Ani, syn Piotra i Magdy; ja, naprzeciw pustego miejsca po Bartłomieju, moim bracie; moja Matka, z domu Wicher, żona Wojciecha Chochoła, mego Ojca; babcia Marysia Wicher, z domu Kądziela, matka mojej Matki; ciotka Maria, z domu Kozioł, wdowa po Szczepanie Chochole, bracie mego nieżyjącego dziadka Jana Chochoła i wujka Tomasza, księdza i ślepca, szwagierka babci Marii; wujek Marek Ryś, po prawdzie żaden wujek, brat cioci Magdy; ciocia Ula Ryś, żadna ciocia, żona wujka Marka; kuzyn Michał, po prawdzie żaden kuzyn, syn Marka i Uli, młodszy brat Moniki; Olga, z domu Rohaniuk, żona Michała; Kaja, w nosidełku, córka Michała i Olgi; Anielka, córka Pawła i Małgosi, siostra Franka. Wnieśli, wnieśliśmy pierwszą potrawę, wnieśliśmy karpia w galarecie. Na półmiskach, lekko drżący, przybrany gotowaną marchewką i zieloną pietruszką; krojony w dzwonka, potem przepołowione, moczony przez noc w mleku, płukany, ugotowany w wywarze z jarzyn, z zielem angielskim i liściem laurowym, obierany z ości delikatnymi opuszkami kobiet z naszego Domu, sprawdzany dwukrotnie, żeby się nie zadławili, żeby dzieci, żeby starcy, żebyśmy wszyscy mogli jeść spokojnie. A do tego chałka drożdżowa, też w Domu pieczona, wyrabiana przez moją Matkę, potem zaplatana w poczwórny warkocz przez babcię Marię, do tego cytryna, do tego dobrze schłodzone białe wytrawne orvieto, specjalnie wybierane i sprowadzane przez stryja Piotra ze słonecznej Umbrii. Widelce stukały o talerze, galareta zatrzęsła się, skropiona sokiem z cytryny. Wszyscy rzuciliśmy się do jedzenia, jakbyśmy od rana nic nie jedli. Wreszcie na siedząco, wygodnie, wreszcie jakiś smak poza opłatkiem. Dość mieliśmy słów, od słów trzeba było odpocząć, ta pierwsza potrawa, prawdziwie pierwsza, w milczeniu, bo może jednak jakaś przegapiona ość, w skupieniu, bo pierwsza, opłatek nie potrawa, opłatek ważny, ale się nie liczy, karp w galarecie, miękkie białe mięso. Pamiętam, jak siedliśmy do wigilii po raz pierwszy w Domu, wtedy jeszcze w innym składzie, nie było rodziny Rysiów, dzieci się nie zdążyły narodzić, nikt o dzieciach nie myślał, ich rodzice, moi kuzyni, mieli, mieliśmy niespełna po dwadzieścia lat. Sala kolumnowa jeszcze nie istniała, siedzieliśmy w dużym salonie w mieszkaniu dziadków Chochołów, dziś przejętym przez pokoje starców. Salon mieszczański, stare meble, serwisy do kawy w kredensie z fazowanymi…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świętowanie. Rytuał czy rutyna?