Subskrybuj

Religia, polskość i intelektualiści

Mechanizm przystosowania inspiracji romantycznej do potrzeb polskości wyraźnie dostrzeżemy na przykładzie postaw wobec religii, wobec katolicyzmu. Temat to ważny – zwłaszcza dzisiaj – a równocześnie i rzadko podejmowany, i delikatny.

Zarówno przeciwnicy – nieliczni, chociaż wymowni – jak i zwolennicy polskich form religijności przedstawiali je podobnie. Wiara prosta, maryjna, czyli „matczyno-etyczna” raczej niż metafizyczna, wiara przesiąknięta do cna zaufaniem całej zbiorowości do Twórcy, a nie oparta na relacji jednostka – Bóg. Wiara osadzona w tradycji i przenikająca uczucia naro¬dowe, ale i przez nie przeniknięta. Wiara cechująca się uproszczonym mesjanizmem, przeświadczeniem, że cierpienia (Ojczyzny nie jednostki) stanowią zasługę, a zatem nagroda spotka Polskę, jeszcze zanim „rozgrzmi się już sąd Twój w niebie”. Wiara niechętna więc „katolickiemu intelektualizmowi”, pozostawiająca odłogiem kwestie teologiczne, dramaty wyboru, oraz wiara, która skłaniała (przypomnijmy list Krasińskiego do ojca) nie do wojen religijnych, lecz raczej do dobrodusznego apostolstwa. Wiara czysta zatem według zwolenników, powierzchowna – według przeciwników. Spór ten, jak wszystkie takie spory, jest – jak sądzę – nierozstrzygalny i nieciekawy jednocześnie. Zamiast się spierać, warto zdać sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z dwoma niewątpliwymi faktami. Przede wszystkim – z siłą tej wiary. Polemizując z Leszkiem Kołakowskim i zarzucając mu błąd intelektualizmu, ksiądz Józef Tischner powiada, że w twórczości Kołakowskiego widać, iż nigdy nie stał z kilkusettysięcznym tłumem u stóp Jasnej Góry. Jeżeli argument ten pozostawić bez wyjaśnienia, łatwo o zarzut demagogii i to nawet demagogii najgorszego rodzaju, bo typu: „Pan nie wie, co myśli i czuje naród, Pan nie jest z tym narodem” … Ale nie takie były intencje Tischnera i nie tak, w każdym razie ja, ten zarzut rozumiemy. Na czym polega przeżycie pielgrzymki do Częstochowy? Przecież człowiek religijny mógłby, wierząc w świętość obrazu umieszczonego na wzgórzu, udać się tam sam, a samotność – jak wiadomo – raczej ułatwia skupienie i poszukiwanie prawdy. Przecież prawda nie staje się prawdziwsza dlatego, że dążą do niej tłumy stojące wokół mnie, a wiara silniejsza dlatego akurat, że one wierzą. Naturalnie, istotne są reakcje wywoływane przez tłum, chociaż wiemy, że są to reakcje raczej niskie, ale naprawdę ważne jest poczucie wspólnoty, jak by to określili personaliści, czy raczej poczucie uczestniczenia w rzeczywistości duchowej, jak bym z zasadniczych względów wolał to nazwać. Nie idzie tu bowiem o poczucie psychicznej bliskości z braćmi i siostrami idącymi wokół mnie. Dlaczego nagle miałbym czuć bliskość podobną do przyjaźni wobec obcych mi ludzi? Idzie tu o to, że my wszyscy, właśnie wyzwalając się z więzów psychiki, zmysłów, materii, spotykamy się w tej rzeczywistości wyższej, do której docierają tylko nasze duchowości, a spotkanie to unaocznia nam z nieoczekiwaną mocą istnienie tej rzeczywistości. Jej istnienie przestaje być wynikiem spekulacji lub wiary indywidualnej i staje się faktem. Jak to? – odrzec można – istnienie rzeczywistości duchowej staje się faktem dlatego tylko, że postrzega ją jednocześnie (jeżeli naprawdę ją postrzega) tysiące ludzi? Tak. Oczywiście nie tylko dlatego wiemy, że ta rzeczywistość duchowa istnieje, ale jest to jedno ze spojrzeń, jedna z sytuacji, kiedy głęboka wewnętrzna oczywistość (kartezjańskiej natury) nam to unaocznia. Ten rodzaj kontaktu z rzeczywistością duchową jest podobny do tego, jaki uzyskujemy oglądając obraz bądź czytając książkę, chociaż jest niepowtarzalny i niedostępny inaczej. Konkretny i zamierzony we współuczestnictwie tysięcy innych ludzkich duchów. Siła tej wiary bierze się właśnie ze zbiorowości i z tego nie całkiem czystego związku ze sprawą narodową. Prawda, że w polskiej modlitwie często nie do końca wiadomo, czy błagania pokorne zanoszone są do Boga zbawiciela dusz, czy też do Boga zbawiciela ojczyzny, ale nawet jeżeli o ojczyznę chodzi, to altruizm i prosta naiwność tych próśb i nadziei godne są podziwu. Trzeba też zupełnie jasno powiedzieć, że tej prostej i silnej wierze niemal nie towarzyszy (w każdym razie w XIX i XX wieku) pogłębiona myśl religijna. Przyczyny są rozmaite. Najbardziej widoczna i zapewne najważniejsza to potrzeby obronne. Każda komplikacja, każda minimalna subtelność mogły spowodować zagrożenie niepewnością bądź służyć rozbiciu jedności, solidarności narodowej także w zakresie wiary. W tym tekście interesują mnie jednak nie przyczyny, lecz konsekwencje. Spośród skutków zaś szczególnie ciekawa jest religijna obojętność inteligencji. Przez kilkadziesiąt lat (od lat osiemdziesiątych XIX wieku po lata siedemdziesiąte wieku XX) znaczna część polskiej inteligencji była religijnie obojętna. Z rzadka pojawiał się wojowniczy antyklerykalizm, jeszcze rzadziej ateizm, ale w przeważającej mierze była to obojętność polegająca na przestrzeganiu elementarnych religijno-narodowo-rodzinnych obyczajów i lekko ironicznym stosunku do wiary, dogmatów, liturgii, a nawet instytucji, a w każdym razie do reprezentantów Kościoła. Oto Zygmunt Krasiński pisze w 1844 roku do Adama Sołtana: „potworzyło się mnóstwo hipokrytów, którzy zwą się ludźmi rozsądku, głoszą w mnogich kazaniach, że jedyną teraz sprawy podporą jest to, by oni gęste intraty do własnej kieszeni zbierali”, a w roku 1848: „Makryna zajęła tu stanowisko potężne, stała się jakoby centrum mistycznych objawów, które, jak wiesz, zawsze się i ciągle w kościele powtarzają. Jej zasługa męczeńska podniosła ją wysoko. Rozmawia z potężnymi tego świata jak niegdyś święta Teresa”. W innych listach z tej epoki także pojawia się podobny ton: są marni, oddani sprawom materialnym księża i są niezwykli głosiciele Słowa. W tym przypadku dodatkowo warte odnotowania jest to, że jak wiadomo, Makryna Mieczysławska była na pewno oszustką, a zapewne i carską agentką. Jednak i przedtem, i potem byli w Polsce księża, którzy bądź przyciągali masową publiczną uwagę, bądź tworzyli wokół siebie szczególny świat, w jakim dojrzewali ludzie pełni wiary i inteligencji. I tak jest do dzisiaj. Wszystko to można by uznać za normalne, tak jak jest normalne, że na uniwersytetach są znakomici, średni i marni profesorowie, gdyby nie to, że Kościół ma szczególną misję, jaką miał zawsze, ale misję tę musi wypełniać, i to jest nowość także w Polsce, na tle kolosalnej inwazji świeckiego przekazu, który nawet do tych, co niewiele czytają, dociera przez telewizję. Stąd tylko trzy wyjścia: albo mówić językiem dostojnym i religijnym (jak ci nieliczni, a sławni kaznodzieje), albo mówić językiem archaicznym i słodkoeufemistycznym, co jest najczęstsze i świadczy o swoistym lenistwie, o niedostrzeganiu lub nieumiejętności dostrzeżenia, że świat jest inny, albo dopasować się do wirtualnego świata Internetu, do świata nowej muzyki i nowych obyczajów, co kończy się wtopieniem w ten świat i pozostaje tylko jednym z wielu przekazów,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zmierzch religii smoleńskiej?