Subskrybuj

Prezydencja na czas kryzysu

Leży w najżywotniejszym interesie Polski i Europy, aby Unia przetrwała obecny kryzys. Polska powinna być w czołówce państw, które o to walczą.

Co do tego, że Unia jest pogrążona w poważnym kryzysie nikt nie ma dzisiaj wątpliwości. Czy kryzys jest, Pana zdaniem, skutkiem polityki takich krajów jak Grecja, Irlandia i Portugalia? Czy część odpowiedzialności spada również na większe kraje członkowskie? Czy kryzys ma przyczyny natury ekonomicznej, czy również inne, głębsze – a zwłaszcza polityczne?

Powiedziałbym mocniej: Unię dotknął największy kryzys od początku jej istnienia. Przyczyn jest wiele. Wśród nich wysuwa się na czoło wciąż istniejąca wewnętrzna niespójność Unii i brak autentycznego ośrodka decyzyjnego, zdolnego szybko i sprawnie reagować na zagrożenia. Inaczej mówiąc: Unii do dziś brakuje wymiaru politycznego godnego tej nazwy. Dlaczego tak jest? Otóż niektóre państwa członkowskie oceniają przynależność do Unii jako zło konieczne i nie zmierzają do celów, jakie wyznaczyli jej „Ojcowie Europy”. Kraje te systematycznie dążą do tego, aby przekształcić Unię w strefę wolnego handlu.

O jakich krajach Pan mówi?

W szczególności o Anglii. Czuje się ona nade wszystko członkiem światowej wspólnoty krajów anglosaskich, z którą wiążą ją nie tylko ramy instytucjonalne, ale również historia, kultura, język i sentyment. Od krajów kontynentalnych – Francji, Niemiec, Hiszpanii – dzieli Anglię pamięć konfliktów i wojen, odmienny sposób życia i odmienne widzenie świata. Anglia była, jest i pewnie nadal będzie czynnikiem hamującym postęp Unii i rozluźniającym jej wiązania instytucjonalne. Premier David Cameron zapowiedział niedawno, iż w jego kraju każda istotna zmiana obowiązującego obecnie traktatu unijnego zostanie poddana pod referendum. Oznacza to, że żadnej „istotnej zmiany” nie będzie. Kolejne sondaże opinii publicznej wskazują bowiem, że przytłaczająca większość społeczeństwa angielskiego jest zmianom przeciwna.

W jaki sposób może to zagrozić Unii?

Świat zmienia się dzisiaj z wielką szybkością. Unia powinna więc mieć możliwość dostosowania się do tych zmian. Dotychczas służyły temu celowi kolejne rewizje traktatu rzymskiego: Amsterdam, Maastricht, Nicea, Lizbona. Pozbawiona tej możliwości Unia staje wobec perspektywy skostnienia, uwiądu i rozpadu. Nie jest wykluczone, że pewne państwa, ugrupowania polityczne i osobistości do tego właśnie dążą.

Dlaczego zatem Anglia wstąpiła do Wspólnoty Europejskiej przekształconej w dzisiejszą Unię?

Otóż powstanie Wspólnoty mocą traktatu rzymskiego z roku 1957 – usunięcie na jej obszarze barier celnych, administracyjnych i psychologicznych – okazało się czynnikiem stymulującym w sposób fenomenalny rozwój ekonomiczny państw założycielskich. W ciągu pierwszych piętnastu lat od wejścia w życie traktatu średni roczny wzrost PKB przekraczał pięć procent we Francji, w Niemczech i we Włoszech. Było to zjawisko niebywałe jak na rozwinięte kraje przemysłowe. Za wzrostem ekonomicznym szedł wzrost poziomu życia wszystkich warstw społecznych. Natomiast w Anglii, pozostającej poza Wspólnotą, PKB rósł w tempie o połowę mniejszym, mimo doskonałej ówczesnej koniunktury światowej. Wyspiarskie państwo stanęło wobec widma degradacji gospodarczej, społecznej i politycznej. Stąd decyzja, podjęta nie bez wielkich oporów, aby przystąpić do Unii. Londyn zdał sobie sprawę, że uzyskanie nieograniczonego dostępu do dynamicznego rynku wspólnotowego jest sprawą największej wagi dla gospodarki brytyjskiej. Doszedł również do wniosku, że będąc we Wspólnocie, uzyska wpływ na jej ewolucję, co z zewnątrz było niemożliwe. Do tej pory wszystkie rządy angielskie, zarówno prawicowe, jak lewicowe, hamowały ewolucję UE w kierunku większej spójności i większej sprawności, a zwłaszcza przeciwstawiały się powstaniu prawdziwej unii politycznej. Polityka Anglii przedstawia tym większe zagrożenie dla integracji europejskiej, iż tworzy zachętę do antyunijnych tendencji w innych państwach członkowskich, ich model i punkt oparcia.

Jakie są inne powody kryzysu?

W dużym stopniu zmiana generacyjna. Odchodzą pokolenia, które były nie tylko świadkami powstania pierwszych Wspólnot Europejskich oraz ich powolnej mutacji w dzisiejszą Unię, ale również beneficjentami głębokich zmian, które przyniosła integracja europejska – pokoju, dobrobytu, odrzucenia konfrontacji między państwami na rzecz idei współpracy, dialogu, budowy zaufania i działania na rzecz wspólnego interesu. Dla nowych pokoleń te czasy należą już do historii.

Skąd ta zmiana nastawienia?

Nowe pokolenia żyją w warunkach o wiele trudniejszych niż ich rodzice. Okres szybkiego rozwoju gospodarczego należy w Europie do przeszłości. Stary Świat odczuwa boleśnie konkurencję krajów Azji i Ameryki Łacińskiej. Upadają całe gałęzie aktywności ekonomicznej. Bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie. Bieda zagląda w oczy niemałym odłamom społeczeństwa. Na tym tle pojawia się zjawisko znane od wieków: poszukiwanie kozła ofiarnego. Rosnące dziś w siłę ugrupowania skrajne i populistyczne nie mają wątpliwości: wszystkiemu winna jest Unia. Ta retoryka wydaje się przemawiać do ludzi zmęczonych trudnościami życia i niespokojnych o przyszłość. Stąd osłabienie poparcia społecznego dla integracji europejskiej. Wskażę na jeden tylko symptom tej ewolucji: systematycznie spadającą frekwencję w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Czy obecny kryzys można porównać do wielkiej recesji z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych wraz z jej konsekwencjami politycznymi?

Można. W roku 1929 francuski premier i minister spraw zagranicznych Aristide Briand przedstawił na forum Ligi Narodów propozycję utworzenia „związku federalnego” państw europejskich. Ówczesna sytuacja ekonomiczna i polityczna Europy wydawała się sprzyjać ustanowieniu nowych zasad w stosunkach między państwami. Projekt Brianda został życzliwie przyjęty przez przedstawicieli rządów, opinię publiczną i media. Gdyby chociaż w części został wówczas zrealizowany, to Europa może uniknęłaby drugiej wojny światowej. Jednakże bezprzykładny kryzys ekonomiczny, który wybuchł parę tygodni po genewskim wystąpieniu Brianda, i spowodowany przezeń bezprzykładny kryzys socjalny zmiotły ten projekt z agendy Europy. Ugrupowania polityczne żerujące na nędzy i rozpaczy ludzi uzyskały ważną, albo dominującą, pozycję. Europa znalazła się na drodze do nowej wojny.

Wracając do współczesności, jakie były etapy obecnego kryzysu?Kryzys uderzył najpierw w najbardziej wrażliwy i najmniej odporny składnik UE, czyli strefę euro, to znaczy grupę krajów, które przystąpiły do unii walutowej i zastąpiły własne waluty jednolitą walutą europejską. Podatność na kryzys wynikała z niespójności strefy. To, że należące do niej państwa nie ujednoliciły swoich polityk fiskalnych, ekonomicznych i socjalnych, okazało się czynnikiem rozsadzającym jej zwartość. Najsilniejsze gospodarczo i najmniej dotknięte kryzysem państwa strefy euro podjęły ogromny wysiłek, aby uratować jednolitą walutę. Utworzony został Europejski Fundusz Stabilizacyjny, dysponujący setkami miliardów euro. Proponowany pakt konkurencyjności i konwergencji pewnie zostanie przyjęty i być może zredukuje wewnętrzną niespójność strefy. Trzeba sobie życzyć, aby te wysiłki przyniosły sukces. Bez euro sytuacja byłaby jeszcze gorsza, niż jest obecnie. Przypominałaby chaos i katastrofę z roku 1929 i lat następnych. Euro jest bezcennym instrumentem ekonomicznej, politycznej i ludzkiej integracji Europy. Co więcej, stanowi jeden z podstawowych warunków znaczenia Europy w szybko zmieniającym się świecie. Jednakże kryzysu nie udało się jeszcze definitywnie opanować. Czołowi politycy europejscy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prezydencja na czas kryzysu