Wszyscy chrześcijanie muszą wierzyć w cuda, wśród których najważniejszym jest Zmartwychwstanie. Tymczasem niejednokrotnie, kiedy przychodzi nam publicznie wyznać taką wiarę, czujemy się zażenowani. We współczesnym świecie wiara w cuda wydaje się czymś anachronicznym, irracjonalnym, zabobonnym. Ba! Wiara w cuda wydawała się czymś anachronicznym już świętemu Augustynowi, który we wczesnych pismach z pewnym zażenowaniem poruszał ten temat i sugerował, że cuda zdarzały się w okresie apostolskim, ale w jego czasach, na przełomie IV i V wieku, już nie (potem na szczęście zmienił zdanie).
Głównym powodem tego stanu rzeczy jest utrzymujące się przekonanie, że wiara w cuda stoi w konflikcie z nauką, a ponieważ nauka – zwłaszcza dyscypliny przyrodnicze – stanowi wzorzec ludzkiej racjonalności, wiara w cuda jest czymś nieracjonalnym.
Cud: próba definicji
Czy jednak jest racjonalne samo to przekonanie? Czy rzeczywiście wiara w cuda stoi w konflikcie z nauką? Odpowiedź na to pytanie musi być poprzedzona refleksją nad samym pojęciem cudu. Taka refleksja ujawnia, że zdarzenia uznawane za cudowne nie zawsze, a nawet nie z reguły, są wydarzeniami wykluczonymi z punktu widzenia praw przyrody. Cuda – zwłaszcza te, które występują w funkcji motywacyjnej, a więc jako zachęta do wiary religijnej – mają za zadanie przede wszystkim ugruntować autorytet sprawcy (świętego, apostoła, samego Boga) wobec adresata cudu, ażeby ten ostatni chętniej uwierzył w treści przekazywane przez tego pierwszego. Istotą cudu jest tutaj sprawstwo, a nie samo zdarzenie. Do tego, by ustalić autorytet sprawcy, wywołane przez niego zdarzenie nie musi przekraczać całkowicie sił natury. Wystarczy, jeśli będzie zjawiskiem niezwykłym, nawet możliwym i zdarzającymi się czasami spontanicznie, pod warunkiem że zostanie wywołane na żądanie przez sprawcę. Jeżeli ktoś powie w obecności ludzi trapionych suszą i modlących się o deszcz: „Niech w tej chwili spadnie deszcz!” – i deszcz w tej chwili spadnie – to ten ktoś będzie uznany za cudotwórcę, mimo że deszcze przecież czasem się zdarzają nawet na pustyni. Ba, cudami mogą być wręcz najzwyczajniejsze, najbanalniejsze zdarzenia codzienne, jeżeli tylko z perspektywy „mirakulowanego” – adresata cudu, któremu się te zdarzenia zdarzają – układają się one w czytelny komunikat (na przykład są odpowiedzią na żarliwą modlitwę).
Takie pojęcie cudu może rodzić pokusę, by cuda całkowicie „naturalizować” i przedstawiać je jako zdarzenia być może dziwaczne, ale w pewien sposób możliwe do naukowego wyjaśnienia.
„Apologia” taka jest jednak niedobra. Jest nieskuteczna i niepotrzebna.
Jest nieskuteczna, ponieważ nawet jeśli nie wszystkie, to przynajmniej niektóre cuda, i to te najważniejsze, są wykluczone przez prawa przyrody. Ponadto, jeśli za cud uznamy nie samo wywoływane przez sprawcę cudu zdarzenie, ale zdarzenie polegające na tym, że ten sprawca spowodował przyczynowo zajście tego-a-tego zdarzenia, to prawa przyrody wykluczają już praktycznie wszystkie cuda.
Jest jednak także niepotrzebna, albowiem cuda, mimo że są wykluczone przez prawa przyrody, nie stoją w konflikcie z nauką. Ta teza, choć brzmi paradoksalnie, ma pełne uzasadnienie we współczesnej metodologii. Przyjrzyjmy się temu bliżej.
Regularności przyrody i cudowne wyjątki
Jakakolwiek interakcja (a więc także i konflikt) jakiegoś zdarzenia z nauką polega na tym, że nauka próbuje to zdarzenie wyjaśnić, czyli przedstawić jako konsekwencję pewnej teorii. W zależności od wyniku takiej próby uznaje się tę teorię za (czasowo) potwierdzoną, jeśli próba się powiedzie, lub za obaloną, jeśli nie. Jeżeliby takim zdarzeniem był cud, twardy, sprzeczny z prawami przyrody cud, to jego uznanie równałoby się odrzuceniu nauki, a przynajmniej tych teorii naukowych, które wykluczają jego zajście (ponieważ zaś różne cuda naruszają różne prawa, ubytek byłby dla nauki katastrofalny).
Jednakże, w myśl ustaleń współczesnej metodologii nomotetycznych[1] nauk przyrodniczych, nie każde zdarzenie ma status zdarzenia (faktu) naukowego, a tym samym nie każde zdarzenie może wchodzić w relację potwierdzania (lub obalania) z teoriami naukowymi. Zdarzenia, które nie mają ustalonej klauzuli ceteris paribus[2], których nie można powtórzyć w laboratorium i tak dalej – nie mogą zostać uznane za fakty naukowe w sensie nauk nomotetycznych. Nie mogą też być uznane za fakty naukowe takie zdarzenia, które nie są objęte konkurencyjną teorią. W myśl tego ograniczenia kontrprzykładem falsyfikującym daną teorię może być tylko zjawisko przewidywane przez jakąś inną teorię. Zjawiska ekstrateoretyczne dla nauk nomotetycznych są niedostrzegalne, choćby nawet kłuły w oczy. Potrzebna jest przynajmniej jakaś rudymentarna teoria obserwacyjna, w rodzaju: ‘ilekroć przeprowadzimy w takim a takim czasie obserwacje Merkurego, zaobserwujemy anomalię jego orbity’. Na podstawie tej miniteorii każdy uczony może opisywany w niej fakt sprawdzić.
Tymczasem cuda pojawiają się nieregularnie, zawsze jako zdarzenia jednostkowe i całkowicie nieprzewidywalne. Dla cudów niemożliwe jest sformułowanie nawet tak elementarnych miniteorii jak wspomniana powyżej, nie spełniają one żadnych wymogów metodologicznych narzucanych na fakt naukowy i nie mogą być brane pod uwagę przy ocenie teorii naukowych: ani nie domagają się wyjaśnienia, ani nie mogą być używane jako składniki innych wyjaśnień.
Nieco inaczej rzecz wygląda w tak zwanych naukach idiograficznych, takich jak historia lub geografia, które zajmują się właśnie – przynajmniej niekiedy – pojedynczymi zdarzeniami czy zjawiskami. Te nauki nie są chronione przed inwazją cudów przez samą tylko unikalność zjawisk cudownych – bitwa pod Grunwaldem też jest przecież unikalna, a nie jest cudowna (przyjmijmy)[3]. Tu jednak w sukurs przychodzi metodologiczna niesamodzielność tych nauk. Do tego, by określić swój przedmiot i metodę, potrzebują one innych nauk, w tym zawsze pewnych nauk nomotetycznych.
Jak bowiem ustala się unikalny fakt, dajmy na to, historyczny? Zaczynamy od źródeł, które o tym fakcie mówią, i sprawdzamy ich autentyczność. Metodą C14 (chemia i fizyka) sprawdzamy, czy są w odpowiednim wieku; oglądamy pod mikroskopem (optyka) pyłki roślin (biologia), żeby ocenić, czy pochodzą z właściwego regionu (geografia). Badamy właściwości języka, w którym źródło jest napisane (językoznawstwo), oceniamy ornamentykę i ilustracje (ikonografia). Kiedy uznamy samo źródło za autentyczne, przechodzimy do etapu oceny jego wiarygodności – zastanawiamy się, czy autor źródła prawdę mówił czy zmyślał jak najęty. Porównujemy treść źródła z innymi źródłami (i sprawdzamy, czy dotychczasowa wiedza historyczna nie wyklucza zajścia opisywanego w źródle zdarzenia), ale przede wszystkim oceniamy, czy opisywane zdarzenie w ogóle mogło mieć miejsce: czy zgodne jest ze znanymi nam ustaleniami biologii, chemii czy fizyki. I jeżeli na przykład źródło utrzymuje, że król taki a taki spotkał się potajemnie z jednorożcem, zdarzenie to a limine wkładamy między bajki, wiemy bowiem z innych nauk, że to niemożliwe. Z punktu widzenia tego aspektu metodologii, który dotyczy wyłącznie historii, nie ma przecież żadnych różnic między, dajmy na to, tymi fragmentami legend arturiańskich, które mówią o projektach politycznych władcy Camelotu, a tymi, które opisują czary Merlina. Te same źródła mówią jednym tchem o jednych i o drugich. To fizyka, de facto, a nie źródło historyczne, decyduje o tym, że Merlina i Vivianę uważamy za zmyślonych, a króla Artura – za postać (być może) historyczną. Tylko nauki nomotetyczne są pod tym względem samowystarczalne – a być może nawet tylko sama fizyka. Tylko fizyka, jak się zdaje, jest epistemologicznie autonomiczna: sama decyduje, co jest faktem fizycznym, a co nie jest; co jest akceptowalną teorią fizyczną, a co nie jest. Ostatecznie więc to fizyka właśnie jest gwarantem metodologicznej niezawisłości całej nauki i strażnikiem jej bram przed inwazją cudów. Sama zaś – jak powiedzieliśmy – jest przed nimi dobrze zabezpieczona za pomocą odpowiedniej definicji faktu naukowego. Cuda nie mogą stać się powodem sformułowania fałszywych teorii w jakiejkolwiek nauce, fizyka bowiem eliminuje je z korpusu ewidencji empirycznej każdej nauki. Metodologia wymaga, by…